Photoblog.pl

Załóż konto

Portret

Portret

Fot. Renata Drygiel
Wrocławskie Plenery FOtograficzne
Plener: Prerafaelici


Nie wiem, czy to kwestia wolnego weekendu, czy czego, ale he keeps bothering me - to chyba idealne określenie, a nie potrafię znaleźć adekwatnego po polsku. Irytuje mnie to i męczy, bo po co i dlaczego. Życie już mi milion razy pokazało, że jeśli chodzi o płeć przeciwną nigdy nie jest tak, jak ja bym chciała, a w tym wypadku mam przecież całkowity i wyraźny brak zainteresowania. Więc dlaczego. Wrrr.
Po co on za mną lazł na ten spacer, zapewne potrenować bajerowanie. Tylko dlaczego na mnie? No tak, jakby się zastanowić, to po prostu nie było lepszego obiektu. I mogłoby to być całkiem spoko, ale niestety typ na mnie działa.
I chuj.
Pewnie trochę sama jestem sobie winna, że nie trzymałam się od niego z daleka. Może i tym razem to on przychodził do mnie, a nie ja do niego, ale to wszystko jedno. Łatwo się mówi "trzeba było mu kazać spierdalać", trudniej to faktycznie zrobić.

No cóż, standardowo muszę się uzbroić w cierpliwość, skupić się na życiu i poczekać, aż mi przejdzie. I wbrew swoim uczuciom mieć nadzieję, że już się więcej nie pojawi w moim życiu. Albo że pojawi się w momencie, w którym już nie będę na niego reagować.

Jutro intensywny dzień, wczesna pobudka, sesja zdjęciowa, praca, zouk, urban kiz. Z jednej strony mam nadzieję, że nie padnę, a z drugiej, że właśnie tak.

18.18.

Byłam dzisiaj w rynku, na herbacie z koleżanką. Świeciło słońce i było tak pięknie i pomyślałam sobie, że właściwie jakbym dzisiaj miała umrzeć, to umarłabym bez żalu. Przeżyłam mnóstwo wspaniałych chwil, spotkało mnie mega dużo dobrych rzeczy, jestem kochana, spełniłam całkiem sporo marzeń, choć kilka porzuciłam, bo dotarło do mnie, że na ich realizację nie mam wpływu. I jakby dzisiaj był ostatni dzień mojego życia, to byłoby absolutnie w porządku.

Wpis idrilaepscatach

Fot. Tomek Modrzejewski

Mod. Bartek Jędraś, Katarzyna Chmielewska
Wrocławskie Plenery Fotograficzne
Plener: Prerafaelici

Bartek jest tak pięknym facetem, że mogłabym na niego patrzeć godzinami. I nic poza tym.

Trochę jestem zła, że choć minęło kilka miesięcy i byłam pewna, że wszystko w porządku, to jednak ostatnie spotkanie wytrąciło mnie z równowagi. I właściwie nie wiem, dlaczego znów mi siedzi w głowie. Spacer po Gdańsku nocą może i brzmi równie romantycznie co wspólne oglądanie gwiazd, ale romantyzmu w tym było tyle samo teraz co wtedy - absolutne wielkie NIC.
Trochę przykro, że w głębi duszy chciałabym, żeby działo się to, co zapewne widzą ludzie patrzący z boku - że może jakiś romansik chociaż, ale nie, NIC.
ŻENADA.

 

Ech, no i co? Niby nie ma mężczyzn w moim życiu, ale zawsze się jakiś wpierdzieli, najczęściej właśnie wtedy, kiedy serio jest dobrze bez nich. Nawet dla mnie brzmi to jakbym jednak miała wciąż problem (a wcale nie chcę mieć).

Odliczam do piątkowego zouka (wczoraj nie dałam rady, ale to nie dziwne, skoro poszliśmy spać o 5.30, a jeszcze do Wrocławia trzeba było dojechać), to pewnie mi zaraz przejdzie.
Zastanawiam się, czy nie jechać na zoukowy festiwal pod koniec marca, ale trochę mam opory, bo nikogo nie znam.

Zmiana dni prób i w efekcie od przyszłego tygodnia zajęcia taneczne mam w poniedziałki, wtorki, czwartki i piątki. Mam nadzieję, że mój organizm nie wysiądzie, bo na razie nie chcę rezygnować z niczego, choć trochę się obawiam. Póki co jest średnio, bo od kilku tygodni coraz bardziej boli mnie biodro. Oliw ma mnie w czwartek umówić ze swoim fizjoterapeutą, chyba już czas przestać to odkładać.

Lustro.

Lustro.

Fot. Tomek Modrzejewski
Wrocławskie Plenery Fotograficzne
Plener: Prerafaelici

Wszyscy robią podsumowania roku, a ja też się lubię trochę wywnętrzać, choć niekoniecznie na fejsbuku, to sobie weszłam tutaj, a co.

Dużo się działo w tym roku, bardzo dużo się zmieniło.

Ubrałam wymarzony strój sądecki, odwiedziłam koleżankę z liceum w Krakowie, usłyszałam, że jestem chujowym pracownikiem, postanowiłam zmienić pracę, ratowałam osobę z zaburzeniami depresyjnymi, wylądowałam na antydepresantach (na chwilę), zauroczyłam się, skończyłam 29 lat, pochorowałam się, pojechałam do Stronia, odwiedziłam Dublin, odwiedziłam Belfast, jadłam najpyszniejszy jak do tej pory ramen, odwiedziłam Kretę, upiłam się Retsiną, przeżyłam 13-godzinne opóźnienie samolotu, spędziłam Wielkanoc z rodziną, przeczytałam kilka książek,  byłam na koncercie Theriona, byłam na koncercie One Ok Rock, odwiedziłam Korfu, zmieniłam pracę, zatańczyłam kujawiaka z oberkiem na scenie, opiekowałam się małymi kotkami (które niestety zdechły), pojechałam do Holandii z zespołem, zatańczyłam Opoczno na scenie, nawiązałam znajomości z Meksykanami, odzyskałam kontakt z Yongchunem zjarałam się koncertowo holenderskim zielskiem, pochorowałam się znów, kupiłam meble na taras, pojechałam na dożynki do Chojna i skończyliśmy imprezę o 6 rano, pojechałam na Izerbejdżan, zostawiłam ukochane misie w agro, odzyskałam misie, uszyłam kolejne stroje na Sioło, zrobiliśmy Sioło (póki co ostatnie), znów się zauroczyłam, zrobiłam dla Zuzi imprezę urodzinową, wzięłam udział w plenerze fotograficznym, porzuciłam psychoterapię, poszłam na weekendowe warsztaty od podstaw zouka, zakochałam się w zouku i zapisałam na kurs, poszłam do kina na koreański film, ukończyłam kurs "High Impact Communication", poszłam na koncert New Model Army, zaczęłam tańczyć salsę, wzięłam udział w kolejnym plenerze fotograficznym poszłam na imprezę halloweenową do szkoły tańca, pojechałam do Gdańska, poleciałam samotnie na Maltę odwiedzić przyjaciółkę z mężem, pojechałam na samotną wycieczkę, poszłam sama do restauracji na kawę i ciastko, ukończyłam kurs "Managing Difficult Discussions", pojechałam na festiwal Wszystkie Mazurki Świata do Warszawy, zaczęłam tańczyć urban kiz, tańczyłam w warszawskim klubie, wzięłam udział w sesji zdjęciowej z ukrytą nagością, byłam na zespołowych Andrzejkach, usłyszałam, że "prowadzi się mnie jak nowego mercedesa", pojechałam do Pragi, dostałam naklejki z We Bare Bears, znów się pochorowałam (!), skończyłam anime Gintama, przeczytałam mangę Bleacha (od drugiego arcu), spędziłam wspaniałe Boże Narodzenie z rodziną, byłam na ostatnich zajęciach zouka w tym roku, zakochałam się po raz kolejny (jak na każdych zajęciach), poznałam mnóstwo dobrej muzyki, pokochałam siebie.


Dużo w tym roku chorowałam, co przełożyło się mocno na czas spędzany w towarzystwie samej siebie i odkryłam, że jest mi dobrze z tym. Po tylu latach czuję się komfortowo sama ze sobą i jestem szczęśliwa. Tak naprawdę. Było wiele gorszych momentów i kryzysów, ale te bywają zawsze. I nie jest tak, że nie chciałabym, żeby pojawił się w moim życiu ktoś wyjątkowy, że nie chciałabym założyć rodziny, mieć dzieci. Zawsze gdzieś to będzie we mnie siedzieć, po prostu odkryłam, że bycie ze sobą jest wystarczające do szczęścia.
Odkryłam coś, co sprawia mi bardzo dużo radości i mnie uszczęśliwia - zouk to styl tańca, który pokochałam bezgranicznie. Tańczę od niedawna i wciąż partnerzy zdumiewają mnie niektórymi figurami, do których zapraszają i za którymi moje ciało podąża - to jest niesamowite. Urban Kiz również jest stylem, który lubię coraz bardziej - mocna rama i skupienie, które są tu bardzo bardzo ważne, a które prowadzą do świetnych figur - to wyzwanie, które chętnie podejmuję i sprawia mi niesamowitą radość.

Malta.

Malta.

Jak to jest, że jedna osoba może sprawić, że czyjaś kariera zostanie zakończona, a setki tysięcy ludzi, którzy się nie zgadzają nie mogą zrobić nic, żeby to odwrócić?

Choć raz miałam nadzieję, że będzie inaczej, że ta popieprzona skostniała Korea zachowa się inaczej. Pół świata może krzyczeć, ale nie, pierdolcie się. Damy wam nadzieję, a potem i tak zrobimy po swojemu, czyli jak zwykle.

 

Ludzie to kurwy.

 

 

 

A Malta całkiem ładna, ale to nie jest miejsce dla mnie.

 

 

Wpis idrilaepscatach

fot. Anna Kolasińska
Plener Fotograficzny "Ostrów Tumski - XIX wiek"
Wrocławskie Plenery Fotograficzne.


Wróciłam do równowagi. Zaczęłam wpisywać do kalendarza wszystkie pierdoły i plany i nagle okazało się, że mimo, że robię więcej rzeczy, to jestem w stanie jeszcze różne rzeczy ad hoc ogarnąć - zasada "masz mało czasu - znajdź sobie więcej zajęć" działa bardzo dobrze.
Zrezygnowałam z terapii. Właściwie, to od wielu miesięcy niewiele mi dawała, ale chyba nie byłam gotowa na tę decyzję. Trochę przykre, że nie dostałam nawet głupiego "ok" w odpowiedzi po tych latach.
Zapisałam się na zouka - zupełnie spontanicznie, to co zrobiłam dotarło do mnie dopiero jak wychodziłam z La Rosy, ale fakt faktem, że weekendowe zajęcia od podstaw sprawiły, że po prostu zakochałam się w tym tańcu (a byłam przekonana, że to zupełnie nie dla mnie). Jest w nim jakaś magia, no i zachwyca mnie to, że mimo, że wiele figur jest tańczonych bardzo blisko i bardzo zmysłowo, to jednak ramy są takie, że ani przez chwilę do tej pory nie zdarzyło mi się czuć niekomfortowo.
Oliwia zapisała nas też na salsę jako para, ale czekamy na otwarcie grupy, bo facetów brakuje :(
A poza tym ostatnie spontaniczne piwo po próbie sprawiło, że zaczynam odzyskiwać wiarę w zespół i chęć do przychodzenia na próby. Choć nadal nie podoba mi się, gdy mam robić za faceta, albo prowadzić gościa o wzroście ponad 190cm, żeby się nauczył. Już bez tego mam problem z bycia prowadzoną w tańcu...

Dzieje się dużo, w pracy coraz więcej do robienia i coraz więcej ogarniam, co jest mega dobre. Zaczynają też się pojawiać lekkie stresy, kiedy wiem, że czeka mnie spotkanie z kimś, kto jest wysoko, a wszyscy mnie straszą, że jest nieprzyjemny i ostry czy coś. Póki co, wszyscy są dla mnie mili i nie wiem, czy to demonizowanie, czy po prostu miałam do tej pory szczęście :P
Zatem wszystko spoko, ale coraz bardziej wiem, że to nie do końca moja bajka, choć chcę w niej jeszcze posiedzieć, może moje zdanie się zmieni. Tymczasem uczę się wielu naprawdę ciekawych rzeczy.

Październik mam równie zawalony rzeczami jak wrzesień, a w listopadzie urlop! Już się nie mogę doczekać, bo najpierw jadę na weekend do Gdańska (muszę się upewnić i kupić bilety), a potem na kilka dni na Maltę do A. <3

Myślę nad jakimiś larpami w przyszłym roku, póki co zgłosiłam Hermionie chęć pomocy przy prezentacji na KOLĘ. Najbliższa odbywa się w styczniu, więc wreszcie nie zahacza o ważne dla mnie daty.

No i jakoś się kręci. Może w przyszłym roku wybiorę się z punkową ekipą do Portugalii i Hiszpanii na wakacje, a może wpadnie jakiś festiwal, a może się zgadamy własną ekipą... wyjdzie w praniu :)

Wpis idrilaepscatach

Jestem trochę jak kiwi. Tylko z niespełnionym życzeniem.

 

Przedkoncertowo z Ryszardem

Przedkoncertowo z Ryszardem

Znowu bez sensu ktoś siedzi mi w głowie. Absolutnie tego nie chciałam, w końcu czułam spokój i byłam skupiona na sobie i swoich sprawach i było mi z tym całkiem dobrze.

Za krótko.

Pojawił się znikąd, pozostawił uśmiech i zamęt w głowie i wrócił do swoich spraw.

Taki chuj.

 

 

Zatem znów walczę o odzyskanie równowagi, choć tym razem zamiast jengi próbuję użyć klocków LEGO - praca, książki (w końcu zaczęłam "Lód" Dukaja), dramy, Gintama, przyjaciele - stałe i ważne rzeczy w życiu.

Tak właściwie to zastanawiam się, czy faktycznie chodzi o niego, czy też raczej o zbliżającą się jesień - od prawie dwóch tygodni panuje typowo jesienna aura, która budzi tęsknotę za czymś nieokreślonym, jakąś nostalgię i chęć leżenia w łóżku z herbatą i książką - i chyba bardziej to mi dokucza. Od kilku dni czuję się niewyspana, choć śpię normalnie i bolą mnie mięśnie - to może być akurat efekt prób, koncertów i wczorajszej wizyty u aquaparku.

 

Odkryłam, że moje podejście do pasji w życiu się zmieniło i trochę przeżyłam szok, bo myślałam, że to już dość stabilna sprawa. Tymczasem trochę mam kryzys jeśli chodzi o taniec i zespół, za to znów mnie ciągnie do larpów (pewnie trochę przez jednego typa, ale fakt, że tęsknię za częścią ludzi i robieniem z nimi fajnych rzeczy). Straszny mi to zrobiło zamęt w głowie, ale przecież nikt nie powiedział, że skoro zdecydowałam się odpuścić larpy, to nie mogę do nich wrócić. I to, że wróciłam do tańca nie znaczy, że będę tańczyć już zawsze. Co prawda nadal nie spełniłam marzenia o tańcach Lachów Sądeckich, ale nie czuję już parcia na szkło. Raczej zniechęcenie, gdy widzę ile fajnych osób odeszło, gdy słyszę tak często "już mi się nie chce" (mi też), gdy muszę robić za faceta na próbie., A tego ostatniego szczerze nie lubię.

 

Zaczęłam wpisywać do kalendarza wszystkie małe i duże sprawy - myślę, że to pomoże mi lepiej i efektywniej zarządzać swoim czasem, zobaczymy.

 

Tymczasem kończy się przerwa na obiad i czas wracać do biura. Dopiero ostatnio dotarło do mnie, że mam dwa kroki na Ostrów Tumski, gdzie przecież jest ogród i ławeczki z widokiem na Odrę, zatem dopóki pogoda jest ładna zaczęłam wychodzić, chociaż na te kilka minut. I odkrywam, że ten Wrocław to naprawdę piękne miasto jest i w sumie całkiem dobrze tu się żyje.

Wpis idrilaepscatach

fot. Atelier Leśniewscy, Wrocławskie Plenery Fotograficzne
Plener "Ostrów Tumski XIX w."

Są takie dni, że człowiek ma ochotę tylko zwinąć się w kłębek i przepłakać albo przespać cały dzień.
Dziś jest taki dzień dla mnie.
Lubię tę jesienną aurę, która nastała, ale nostalgia, którą przyniosła chyba mnie przytłoczyła. No i ten emocjonalnie burzliwy koniec lata.

Mam nadzieję, że wkrótce wrócę do równowagi, bo chwilowo lekki dramat.
Idę zaraz na próbę, nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się aż tak nie chciało. A muszę, bo w weekend dwa koncerty, na które się zadeklarowałam.
Ech.

Bies.

Bies.

Mam jakiś bałagan w głowie i chyba potrzebuję go uporządkować. Problem oczywiście w tym, że nie mam na to absolutnie czasu, żeby usiąść i się zastanowić co czuję, co myślę, co chcę ze sobą zrobić w pracy, w życiu, w ogóle.

Niby wszystko w porządku, ale coś mnie uwiera, jak ziarnko grochu księżniczkę.

Może po prostu mam za dobrze w życiu, idk.

Integracja

Integracja

Ulubione zdjęcie z festiwalu.

 

Ech, wobec wszystkiego co się zadziało ostatnio chyba po prostu chciałabym przestać mieć uczucia i podążać za nimi. Bo koniec końców wychodzę tylko na idiotkę i desperatkę, a przecież nikogo do szczęścia mi nie trzeba. Zwłaszcza, że odzyskałam swoje ukochane miśki i może dzisiaj wreszcie będę spala spokojnie.

!

!

 

 

 

 

 

 

 

 

Ktoś wrócił zza grobu.

 

 

 

 

 

 

Gdzieś w Montrealu

Gdzieś w Montrealu

Myślę, że to był bardzo radosny i udany wieczór panieński i mam nadzieję, że małżeństwo Joane jest równie udane :D


Trochę mi się tęskni za Ameryką, za tamtymi wakacjami. Mieszkać to niekoniecznie (chociaż w Montrealu czemu nie), ale wrócić bym tam chętnie wróciła, zwłaszcza do Kanady.
No ale w tym roku już prawie koniec z podróżami, jeszcze tylko Holandia, ale tam nie będzie odpoczynku, jak to na wyjazdach zespołowych bywa.

Doceniam mocno fakt, że wracam z pracy, na spokojnie ogarniam jakieś zakupy, obiad i mam jeszcze czas, żeby się trochę zrelaksować, choć dziś czuję się dość mocno zmęczona. Może to ten raport, co go dziś widziałam, w którym więcej jest wyjątków i manualnej pracy, niż czegokolwiek innego... trochę dramat, ale cóż. Może się kiedyś uda coś z tym zrobić.

Małe zwycięstwa: powtórzyłam dzisiaj od zera makro, które mi wczoraj nie wyszło podczas nauki bez powtarzania filmiku z lekcją :) Niby nic takiego, ale cieszy. Dużo satysfakcji i radości daje mi ta nauka, choć dzisiaj nie miałam za dużo czasu.

Tablica garderobiana

Tablica garderobiana

Taką piękną tablicę zrobiły sobie dziewczyny w garderobie, człowiek patrzy i od razu się uśmiecha.

 

Chciałam, to mam: jeszcze jeden facet zgodził się jechać na festiwal, więc nie tańczę z A. w ogóle. No i świetnie.

Nie przyznam się przecież, że strasznie mi żal, bo to mogła być jedyna okazja w życiu tańczyć z nim na scenie. Ale inny partner przynajmniej nie będzie mnie rozpraszał.

 

Martwię się, bo Opoczno mi średnio idzie, pani Kasia ciągle mi zwraca uwagę, że za słabo ściągam łokcie do przodu. A ja oczywiście o nich pamiętam, tylko nie wtedy, gdy to najważniejsze i gdy ona patrzy.

Ech.

 

Zaczęłam się uczyć VBA, mam nadzieję, że wyciągnę z tego wiedzę i umiejętności, żeby wprowadzić usprawnienia w pracy, bo niektóre pliki aż krzyczą o makra.

 

Weekend w Rijo, jutro do fryzjera, a póki co chyba poćwiczę, odpuściłam ostatnio przez te ciągłe próby, ale czas najwyższy wrócić do treningów.

W drodze na koncert

W drodze na koncert

Standardowa samojebka przedkoncertowa - tu w drodze na wybory miss Dolnego Śląska. Mina Cękala trochę mnie przeraża, ale z tyłu było ładnie i wesoło.

 

Nie chcę tańczyć z A., dekoncentruje mnie strasznie. Co prawda chyba udało mi się otoczyć murem i trochę odciąć emocjonalnie, ale czuję, że każdy uśmiech, każdy dłuższy kontakt wzrokowy, każdy kontakt w ogóle napierdala w ten mur, a w środku coś małego się trzęsie ze strachu, że gdy pęknie znów będę płakać bezsensownymi łzami bardzo głupio. A już takie zaskoczenia, jak buziak na do widzenia zamiast przytulasa są najgorsze na świecie. Nieważne, że całowałam się ze wszystkimi po kolei i to było po prostu naturalne. Nie w tym przypadku, nie dla mnie, jeszcze nie.

 

Wyjście na piwo przed próbą zapewne też nie było najlepszym pomysłem, ale tu bym poszła z każdym innym tak samo. No i spodziewałam się trochę, że nie będzie sam, tylko z kumplem może i dziewczyną. W sumie było miło i zwyczajnie, aż tak mnie nie ruszyło, nie tak jak tańczenie z nim, czy ten głupi buziak później (po co ja się w ogóle tak żegnałam, skoro widzimy się dziś i jutro i pojutrze? Idk).

Ale tym razem nie upomniałam się już o obiecane piwo. I już więcej nie zamierzam.

 

W sumie to chciałabym, żeby już było po wyjeździe, żebym mogła się znów odciąć na dłużej i może w końcu skutecznie.

 

Shownu

Shownu

Taki ładny Shownu, bo dzisiaj jego urodziny (i mojej cioci też. I mojego tatuażu).
Najlepszego <3

Trzeci tydzień w nowej pracy - dziewczyny siedzą po godzinach, bo mają za dużo do zrobienia, a ja z wyrzutami sumienia czytam książkę i cieszę się, gdy dają mi choć najbanalniejsze zadania, żeby choć trochę je odciążyć.
Generalnie przeżyłam niezły szok pracowo-kulturowy i dopiero zaczynam się otrząsać. Praca zupełnie inna, bez godzinowych deadline'ów, przerwa na obiad rzecz święta (choć jak zapierdziel to też różnie bywa), ludzie mili, choć zupełnie inni. Nikt nie je obiadu na open space i nikt się nie śmieje na pół piętra - pełna kultura.
Poza tym, że na razie robię w tydzień mniej niż w otc w jeden dzień, rzeczy, które mam przejąć wydają się podejrzanie proste i podejrzanie ich mało (może poza jednym projektem, co mam się nim zająć, ale właściwie nikt nie wie co i jak ma być zrobione - póki co wszyscy machają ręką, a ja staram się nie panikować). Cały czas podświadomie czekam aż zacznie się zapierdol, bo w końcu do tego jestem przyzwyczajona.
W czwartek nie pracujemy - co też jest szokiem, tak się przyzwyczaiłam do pracy w święta.
No i zdaje się, że zdecydowana większość ludzi jest ode mnie starsza i ma rodziny z dziećmi, więc momentami czuję się nie na miejscu, jak na spotkaniu menadżerów w zeszłym tygodniu. Byłam jak dziecko, które z braku innych dzieci usadzono do stołu z dorosłymi.
Generalnie wiele rzeczy na plus, jedynie czuję się nadal trochę samotna - to na minus, ale myślę, że to przejściowe. Teraz chyba najbardziej uderzyło mnie ile relacji zbudowałam przez te prawie cztery lata, które zostawiłam za sobą i muszę od zera zbudować nowe.
No cóż, samo życie.

Nie wiem dlaczego, ale męczy mnie jakiś niepokój. Tak jakbym czekała, co jebnie. I nie wiem, czy chodzi o P., co się ma nie najlepiej ostatnio, czy to, co do mnie dociera ze starego piętra i martwię się, bo nie mam jak pomóc, czy po prostu udziela mi się taki niezbyt pozytywny nastrój, bo za dużo czasu spędzam ostatnio sama, czy cokolwiek.

Wczoraj zostały ustalone składy na wyjazd i po żalu, który miałam odnośnie czerwcowego koncertu nie pozostał ślad - tańczę we wszystkich trzech koncertach, w tym debiutuję w Opocznie, co pokazało, że ciężka praca, którą włożyłam w próby w tym roku została zauważona i przyniesie owoce. Bylebym się za bardzo nie myliła na najbliższych próbach.
Jedyna ironia losu - Rzeszów tańczę z A. Coś, o czym marzyłam jeszcze trzy miesiące temu teraz tylko wytrąca mnie niepotrzebnie z równowagi. Oczywiście część mnie jest bardzo szczęśliwa, bo jednak jest jednym z najlepszych tancerzy w zespole, ale... no właśnie ciągle jest to "ale". Zachowuję się wobec niego normalnie, uśmiech, żarciki, głupie teksty - wszystko fajnie. Ale to nadal trochę trudne, żeby to wszystko traktować płytko i powierzchownie jak relacje ze wszystkimi innymi kolegami.
Eh.

No nic, trzeba się zbierać do spania, rano do pracy.