photoblog.pl
Załóż konto
Dodane 25 CZERWCA 2011 , exif
4886
Dodano: 25 CZERWCA 2011

Gdzie jestem?

Kiedyś. kiedyś życie było zupełnie inne. Stawiało przede mną wiele wyzwań - szkoła, gra na skrzypcach, pianinie, śpiewanie, konie, obozy, znajomości. Wyzwań, które budują osobowość człowieka, kształtują go, tworzą poczucie dążenia do celu. Szłam tą drogą, pokonując opór, niechęć, zmęczenie. Szłam przez życie, jak każdy normalny człowiek, pokonując kolejne etapy rozwoju młodej istoty. Poczym wszystko zaczęło znikać.

Na początek mama. Tego dnia mówiła, że ją kłuje w serduszku. Byłam wtedy na kuligu, bawiłam się swietnie, wracając do domu usłyszałam od pracownika "Mamusia zasłabła, jest w szpitalu". Tata pojechał razem z nią, gdy wrócił widziałam, że nie jest dobrze... Mamy czekać do jutra, jak sprawa się rozwinie... Rano tata pojechał jak co dzień po babcię, mamę mamy, która w tygodniu u nas gotowała. Przyjechała strasznie zmartwiona... Siostra z tatą pojechali do szpitala... wrócili i powiedzieli "nie ma juz nadziei. Musimy podpisać zgodę na pobranie narządów". Płacz, lęk, zawód... Tak wiele poświęciła, non stop pracowała, wszystko robiła dla innych, dla siebie nie miała czasu. Mimo, że często jej nie było, to ona organizowała całe życie naszej rodziny, sprawiała, że jest ono wypełnione dobrem.
Potem próba podniesienia się z tego ciosu...

13latka zostająca sama, siostra wyjezdża na studia do Łodzi, tata sobie coraz bardziej nie radzi... tracę wartości, o które zawsze walczyłam, których uczyła mnie mama. Nie potrafię ich zatrzymac z powodu otoczenia. Żyję wśród okrucieństwa dorastania - nowa szkola, ludzie bez zainteresowań, celów - po prostu gimnazjum i w tym wszystkim ja, próbująca ciągle szukać tego czegoś... tego o co naprawdę warto walczyć. Przecież nie może być tak, ze w życiu wszystko jest nic nie warte, nie chciałam być taka jak inni. Na szczęście były wtedy konie. One uchroniły mnie od upadku na dno. W domu źle, w szkole ludzie, których światopogladu zupełnie nie rozumiałam.
Odrzucona, jednocześnie podziwiana...
Następnie problemy z tatą... Alkohol, nowa kobieta, nowe osoby w domu, plotki, plotki i jeszcze raz plotki. Uroki życia w niewielkim mieście, w którym prawie każdy czlowiek zna Ciebie i Twoją sytuację rodzinną... Jakies pomysły dalekich wyprowadzek i w tym wszystkim ja, zupełnie sama, ale z Batomem... z celem...  z czymś, co mnie do czegoś prowadziło... wszystko po troszku odbierane i moja walka o konie i o ideę bycia porządnym czlowiekiem.

Tata w końcu wpada w półroczny ciąg... Krzyki w dzień, w nocy, oskarżenia, moje próby uratowania go od alkoholu, ale cóż może uczynić taka mała dziewczynka, sama, przestraszona. Dziecko niewidzialne... Wydobywające z siebie wszystkie siły do walki, jednocześnie oskarżane o bierność. Starające się jak nikt, kogo zna i przeklęta za zbyt małe zaangazowanie... Tata trafia do szpitala... Diagnoza: marskośc wątroby, moze umrzeć w kazdej chwili, a juz na pewno w przeciągu najbliższych kilku lat... Nie przezył kilku lat, zaledwie jakieś parę miesięcy. Gdy on umierał, ja pisałam jakiś durny sprawdzian z geografii. Później wróciłam do domu, w którym już byłam sama. Pasowało mi to.. Miałam spokój.. Nareszcie spokój. Dzwoni znajomy mojego taty, dziwnie pyta, jak się czuje... Nic nie dostrzegam... Nagle w drzwiach zjawia się siostra... W poniedziałek? Jej chłopak stoi parę kroków dalej... Nie podchodzi... "tata zmarł" .............   "co czujesz?" ............ "boję się"........ i nic więcej... bez płaczu... rodzina się zjeżdża. to dziwne jak śmierć w rodzinie nagle zbliża rodzinę. Zbliża?  Ha! To tylko pozory. Kochani, nie ma czegos takiego. Przecież teraz ja i moja sisotra to księżniczki z wielkim majątkiem! A rodzina taty nie ma z jego śmierci nic! Toż to nie do zniesienia! Do tego chcemy tatę skremować! Awantury na ostatnim pożegnaniu, matka taty nie przychodzi na pogrzeb... Zostałyśmy same, z wielką firmą. Dwie dziewzynki, bojące sie jutra, oskarżane i czujące się winne całemu złu jakie spotkało nasza rodzinę, nie dostrzegające lub pokonujące zło, jakie je same spotkało...

 

Świat mi dał znak twoje działania są zbyt małe, musisz poświęcić się bardziej, musisz dać z siebie więcej&

 

To nic, ze brakowało już sił, że wydawało się, że już więcej znieść nie mogę& ale starałam się.. Zawsze się staram&

i cóż teraz... problemy zniknęły.. nie ma alkoholu, awantur.. ulga?
próba odżycia po ciężkich latach, poświęcenie się pasji. Konie. Utrata kontaktów z towarzystwem pozastajennym, wyjazdy, obozy, zawody. Wreszcie upragnione wejście na wyższy poziom - treningów. Prawdziwych treningow, prawdziwej pracy... Cały tydzień w szkole, z głową w stajni. Weekend w najwspanialszym miejscu na ziemi, gdzie liczyła się tylko moja pasja. Całkowite zaangażowanie.... Poukładane w glowie - konie na pierwszym miejscu... i przyszedł czas, kiedy chciałam spróbować połączyć konie z normalnym życiem - największy zyciowy bląd. Poźniej juz tylko gorzej... Konie zeszły na dalszy plan, za to zaczęło się układać zwykle życie. Myslalam, ze to niemożliwe.. ale trwało to tylko chwilę.
Matura... Zawsze byłam gorsza, słabsza. W domu, w szkole, w towarzystwie. Cicha, na boku, niczym nie wyróżniająca się. Chciałam to zmienić! Naprawdę się przykładałam. Zmarnowałam wiele czasu i sił na dojeżdzanie, żeby się przygotować do niemieckiego.  Z wosu musiałam wszystko zacząć od zera... Zdążyć do maja. Z polskiego też nigdy nie byłam dobra, dlatego nawet nie przyznałam sie nauczycielowi, że chcę zdawac maturę rozszerzoną i tak by we mnei nie wierzył.. Zresztą nikt nigdy nie wierzył "Jak zdasz, tak zdasz, nie musi być nalepiej".. Nigdy nie musiałam być najlepsza, bo nigdy nei byłam, choć w głębi serca bardzo tego pragnęłam.. Może nie tyle samego być najlepszą, co dążenia do zdobycia celu... i zdobyłam go....
Wyniki z matur otrzymałam w szpitalu... cudowne 85% z rozszerzenie z polskiego, któz by przypuszczał. Ta zwykła Gosia taki wynik... Niemiecki i wos też niezle. Dostanie się tam gdzie chciałam. Czego chcieć więcej?
Powinnam być wdzięczna losowi, że pozwolił mi, choć przez chwile poczuc się szczęścliwą... widocznie na więcej nie zasługuję....
Choroby były straszne... ciągła bezsilnośc, ignorowanie mnie. Szukam pomocy, krzyczę z bólu.... Dostrzegają mnie dopiero, gdy stan jest ciężki. Operacja, poprawa, znowu ból, szpital, szukanie przyczyny, bez skutku, leki, odstawienie, ponowny ból, szpital i znów leki. I gdy miało być wszystko dobrze, gdy wracałam do koni, znowu ból, tym razem inny - operacja... "wszystko juz bedzie dobrze" - kolejny raz... 3 miesiące później - operacja "już tu nie wrócisz"... i poł roku spokoju... Zmierzenie się z okrucieństwem uczelni, z brakiem życzliwości i bezinteresowności, coraz większa wiara w bezsens dążenia do czegokolwiek, próba walki o konia, kłótnie... i nagle, gdy juz mialo byc dobrze, gdy mialam przestac brac leki, znowu to samo - ból, szpital... tym razem wszyscy mają to w dupie, to nie ich działka, to cos autoimmunologicznego, serce charakterystyczne dla chorób reumatoidalnych, zapalenia też charakterystyczne, tylko szkoda, ze badania wcale nie charakterystyczne... Wbrew pozorom jestem zdrowa... Zdrowa, tylko organizm sobie z czymś nei radzi i nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie "jaka jest przyczyna?"

Choroba autoimmunologiczna - przypuszczenie...
Nie wiadomo, czy nalezy sie cieszyc z tego, ze nie wychodzi ona w badaniach, czy tym martwic...
Boję się.. przeraża mnie myśl, ze jestem chora i niewiadomo na co... Przeraża mnei myśl, ze moge miec taka straszna chorobe... Przeraza mnie to, ze prawdopodobnie nie bede mogla wrocic do mojego zycia - koni - bo to jest moje zycie... na tym polegalo, dzieki temu czulam sie spelniona, szczesliwa i najlepsza... tylko tutaj nei bylam zagubiona, tylko tutaj mialam cele i tylko to mi pozostalo... i tylko to moze zostac mi odebrane...

i juz jest odbierane, po troszku zmierza to wszystko do końca... Muszę się przyzwyczaić do normalnego życia - własciwie już to zrobiłam... ale nie odczuwam juz nic - nie uśmiecham się, nie cieszę... nie mam celów, wartości, o które warto walczyć. Nie mam uśmiechu. Ciągle marudzę, widzę tylko niedoskonałości. Nie ma tu niczego, o co warto by walczyć.

Nie ma mnie.
Skończyła się Batomowa.
Skończyło się wszystko....

"Nie zalamuj się, kiedyś będzie dobrze" - słowa usłyszane po raz pierwszy, gdy zmarla mama. Słyszane potem setki tysięcy razy....

Może po prostu za wiele oczekiwałam. Myslalam, że świat wymaga zaangażowanie, oddawanie swojego serca, bezinteresowności i zyczliwości. Wydawało mi sie, że gdy sama taka będę, otrzymam to od innych... i tak było... z tym że nie mogę się już odwdzięczyć.. Bo nie mam już nic do zaoferowanie... Nawet moje serce jest puste... i nie ma mojego uśmiechu...
Pustka, nicość...

Postaraj się.
Tylko po co?  Do czego teraz dążyć?  Co jest ważne? Skąd wiedzieć, czy to na pewno jest ważne. I jak wybrać pomiędzy tym, co istotne dla mnie, a tym, co dla świata?
Jak dać z siebie wszystko, kiedy nie ma się już nic?
Za mało, moje Serce, żeby dalej żyć...
Wybacz, za dużo mi odebrano... więcej znieść nie dam rady...

 

Zagubiona pomiędzy okrucieństwem i dobrem, które otrzymuje... którego nie potrafię dostrzeć przez doły kopane na mojej drodze...

 

Przecież życie jest piękne..

Komentarze

~gosc Hej ładne zdjęcie, zaglądnij na stronkę 'gi tesy', możesz rónież ljaknąć nasz fp :**
06/10/2013 22:55:37
~gosc Siemanko Gosia, zapraszam: fbl.me/zdjecia#8657
04/10/2013 23:45:25
~askaczarna Gosieńko jesteś wielka. Nie jedna osoba by się załamala po takich tragediach. jesteś silna i po raz kolejny dasz sobie radę z tym wszystkim. Wierzę w Ciebie z całego serca i bardzo Cię podziwiam. A pamiętaj konie to nie wszystko, wiem to z własnego doświadczenia. Są rzeczy ważniejsze które dają więcej szczęścia. i moim zdaniem nie ma co liczyć na ludzi którzy piszą Ci ze koniarze to najbarziej zgrana ekipa... Gówno prawda... Bo pewnie piszą jak tylko zobaczą smutną notkę. Na pewno wokół Ciebie są osoby które myślą o tobie każdego dnia i z nimi warto trzymać. Buziaki Kochana. Pamiętaj kiedyś to się odwróci i będziesz szczęśliwa może nie jutro ale na pewno któregoś dnia. Los jest przewrotny.
27/06/2011 22:11:44
~selwinka Zgadzam się z "hitek" ! Z drugiej strony to dziwne...za każdym razem mysle sobie ,że doświadczyłas już tyle że więcej nie mozna.... Nie dotrwałam do końca nnotki bo wyłam jak mops !!! Nie wiem czy ją udźwigne w całości ale spróbuje podejść do niej poraz drugi... :******************************************
:(((((((
26/06/2011 9:58:48
~izuu a gdyby tak zaczac budowac inne sfery życia? Wiem.. KONIE.. te jezdzilam i boli mnie to do dzisiaj a chyba nawet w połowie nie byłam tak w to zaangażowana jak Ty,ale życie toczy sie dalej.. łatwo mi mówić,co? -dziecko szczescia... Ale masz Artura, Anie chociażby ze wzgledu na nich warto się jeszcze, kolejny trudny raz podźwignąć? Wierze w Ciebie, jeśli tylko chcesz i będęmogła to Ci pomoge ;* Zaczniemy wychodzć do ludzi,może jakieś nowe dodatkowe zajęcie? Ale nie studia! Emisja głosu? Skrzypce?;>
Jestem z Tobą ;*
26/06/2011 8:54:45
demeter Gosiu kochana ! poryczałam sie jak bóbr jak to wszystko przeczytałam, przytulam Cie mocno i az sama nie wiem co Ci napisać. Pamietaj ,że masz nas,przyjaciół ,koniarzy-najwspanialszą społeczną grupe, i pamietaj że jestesmy zawsze z Tobą ;***!!! Wiem ,że los Cie nie oszczedza ,ale marze o tym aby Twój koszmar wreszcie sie skończył !
25/06/2011 23:02:29
hitek ja wierze w różne rzeczywistości.
jeśli teraz jesteś wciąż doświadczana, jeśli ciągle spotyka Cię coś złego, to na pewno jest w tym głębszy sens.
do czego teraz dążyć? Nie wiem i pewnie nikt nie wie.
ale wierze, że jeśli teraz, w tym życiu, w tym momencie jest źle, to w końcu przyjdzie taki czas, kiedy Ty Gosiu powiesz-jestem szczęśliwa. Jestem szczęściarą i chyba warto było tyle cierpieć, żeby docenić to co spotyka mnie codziennie.
i tego Ci życzę. Z całego serca.
25/06/2011 21:25:35
maggie094 poczekaj na mnie 2 tygodnie, tylko skończe prace i przyjadę do Ciebie, obiecuje! poczekaj, damy radę!
25/06/2011 19:51:38