Photoblog.pl

Załóż konto

My horror story, named LIFE. 
zapisz

Wyświetleń: 491

Cześć, to ja, Nastalhija. Dawno mnie tutaj nie było, wiem o tym, ale zwyczajnie sporo się w moim życiu od tego momentu wydarzyło. Nie wiedziałam jak mam tutaj wrócić, jak pisać, jak dać znać że jeszcze żyję, że nadal istnieję. Ostatni raz byłam tutaj 2 lutego 2021 roku, będąc opętaną anoreksją i chęcią bycia jak najszczuplejszą, najpiękniejszą, aż się w tym kompletnie zatraciłam. Moja minimalna waga wyniosła 48 kg, przy wzroście 170 cm i nie wyglądało to dobrze, wcale. Ale nie chciałam przestać, bo czułam się w końcu piękna, zauważana, doceniana... Błąd i to wielki błąd, aczkolwiek nadal choruję, nadal mój mózg nie jest do końca sprawny, tak jak powinien być. Nadal borykam się z mentalną anoreksją, jak i zarówno bulimią. Zdarzało się, że wymiotowałam, że płakałam z bólu, kiedy objadałam się tak bardzo, że już mój żołądek nie dawał rady. Nadal miewam takie myśli, nadal są momenty kiedy chcę wepchnąć dwa palce w gardło i sprowokować wymioty, czy mam ochotę się głodzić i katować treningami. Byle tylko być CHUDĄ. Aktualnie, borykam się z problemami, że jestem za gruba, że źle wyglądam, że powinnam znów coś zmienić. Ważę 64 kg, przy wzroście 170 cm. I nienawidzę swojego ciała tak bardzo, że mam ochotę płakać co noc, zakleić wszystkie lustra i obwiązać lodówkę łańcuchem, byle tylko nie jeść. Ale jest ktoś, kto kocha mnie i kocha moje ciało, takim jakim jest. Jest to mój wspaniały chłopak, którego pokochałam całym swoim sercem i nie wyobrażam sobie by moje życie wyglądało inaczej, nie chcę już nic zmieniać, bo jest mi z nim tak bardzo dobrze, czuję się tak bardzo kochana, tak bardzo akceptowana, tak bardzo szczęśliwa, że wręcz nie potrafię opisać tego uczucia słowami. Historia naszej miłości jest dość zabawna, bo widywaliśmy się już na szkolnych korytarzach, ukradkiem na siebie spoglądając, ale nigdy nie mieliśmy odwagi zagadać, z powodu kompleksów (na pewno ja z tego powodu). Po latach, kiedy oboje praktycznie skończyliśmy szkołę, wysłał mi na IG mema. Skwitowałam, że nie rozumiem jego poczucia humoru, kiedy w sumie, bawiło mnie to, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać, mój umysł na to nie pozwalał. Wypaczony ówczesnymi związkami, problemami z psychiką, kompletnym brakiem wiedzy, kim tak na prawdę jestem. Przestałam odpisywać. Ale on... nie poddał się, ponownie wysłał mema. Tym razem, zaczęliśmy wymieniać się wiadomościami i z dnia na dzień, poznawaliśmy się lepiej, aż postanowiliśmy się spotkać. I to były najlepsze noce mojego życia, jakie kiedykolwiek mogłam spędzić. Bawiłam się świetnie, mimo stresu, mimo przewijających się przez głowę myśli, które ciągle powtarzały "Nie rób tego! Odsuń się od niego, nie powinnaś! Nie zakochuj się, nie w chłopaku! Przecież Ty wolisz dziewczyny!" Cóż... Trafiło mnie, oh jak mnie bardzo trafiło! Po tych kilku spotkaniach, byłam kompletnie zauroczona, a im dłużej się spotykaliśmy, im częściej się widywaliśmy, coraz bardziej czułam, że się zakochuję. I boom, oficjalnie zostaliśmy razem 28 kwietnia 2021, a miłość kwitnie. A tak się zastrzegałam, że nigdy więcej. Jak widać, miłość przychodzi w nieoczekiwanych momentach. I jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, choć czasem muszę wyjmować głowę z chmur i walczyć z moimi demonami, które jeszcze gdzieś tam we mnie siedzą. A jest ich sporo, między innymi zdiagnozowany u mnie borderline, który jak cholera utrudnia życie, ale to już temat na następną historię, na następny wpis. Więc dziękuję wam za uwagę i dziękuję za to że ciągle tutaj jesteście, że ciągle zaglądacie na mojego bloga i pokazujecie swoją obecność, pokazujecie że nie jestem sama i że mam po co tutaj wracać. Jesteście na prawdę cudowni!