Photoblog.pl

Załóż konto

Zraniony narcyz

Zraniony narcyz

 

Terapia trwa. A ja mam wrażenie, że się cofam. To dziwnie denerwujące uczucie, bo coraz więcej się dowiaduję o moim postępowaniu, coraz więcej jestem w stanie dostrzec, ale ciężko jest mi to przyjąć, a co gorsza coś z tym zrobić. Terapia sama w sobie nie jest walką. Siedzi we mnie wbita bezradność. To jest żałosne, ale ja zachowuję się często w taki zidiociały sposób, że śmiem zwalać i usprawiedliwiać wszelkie moje durne zachowania tym, że ja mam problem. Mam ochotę wrzeszczeć, że ja mam kurwa problem, że się nie trzymam, że nie potrafię zobaczyć w tym sensu, czuję że jestem jakaś ułomna. Jestem przerażona życiem. Czegoś mi brakuje, czego co mają inni wokół. I przeżywam to w sobie, kumuluję, nie rozumiem, gniewam się.
A ja to sobie wszystko sama zrobiłam.
Już nie wiem ile lat żyję wyobrażeniami o Monice, która nie istnieje. Jestem skrzywdzonym narcyzem. Żyję, każdego dnia żyję w swoich myślach. Kreuję rozmowy, sytuacje w których ona zachowałaby się w taki sposób, w który ja nie jestem w stanie. Ale ja pragnę, pragnę tego wyobrażenia.
A tak się chyba nie da. Wydaje mi się, że doszłam do tego, czym było moje odczuwanie "bycia sobą", "czucia siebie w sobie", które było tak rzadkie, gdzie przez 95% swojego czasu - jestem inna.
To były momenty, gdzie zbliżałam się do swojej kreacji.
A prawda jest taka, że jestem miłą dziewczyną, myślącą o uczuciach innych, lubiącą czytać. Jest niezdarna, niebłyskotliwa, co nie znaczy, że nieinteligentna. Lubi futerko kotów, ładne, błyszczące rzeczy, nie zależy jej na jakiejś wybitnej stylizacji, woli praktyczne rozwiązania. Jest bałaganiarą. Często się zamyśla, nie umie się odgryźć, żyje w obłokach, przez co często odbiega i gubi się w rozmowie, bo rozprasza ją jej własny wewnętrzny świat. Często idzie za innymi tylko z głupiej potrzeby przynależności do czegokolwiek. Nie lubi tego, ale przecież nikt nie chce być wyrzutkiem. Jest wrażliwa i za dużo bierze do siebie, ponieważ nie potrafi się pogodzić z tym kim naprawdę jest.


Nigdy nie chciałam być sobą. To, co wyżej napisałam, to jest to, z czym walczę od lat. Chciałam być silna, z klasą, wręcz zimna i opanowana. A jestem rozdygotanym dzieckiem w ciele kobiety. Żekłabym nikim. Ale to pułapka mojego umysłu, ja wiem. Tylko nie umiem, w sumie nawet nie wiem czego konkretnie.


Pomocy, błagam.
 Jak to naprawić?

To boli.

Wpis orthorexis

aaaa dupa 1 2 3 4 5 6  7  8 9

Wpis orthorexis

 

Byłam wczoraj na Nocnym Kochanku. Juwenalia ah juwenalnia. Smierdzący wymiotami, cygarami i tanią wódką młodzi ludzie. Szukający zaczepki albo okazji do poocierania się o jakąś laskę. Fuj. Ale miło było poskakać po ludziach, poobijać się o klatki, plecy, dostać z łokcia. To nieważne. Liczy się śmieszna muzyka i flaki dudniące od jej głośności. Zaliczyłam jeszcze tą straszna kolejkę przypominające młoty które w finale obracają się z Tobą o 360 st. Wrzeszczałam na początku ale uczucie wiszenia do góry nogami było okrutnie nieprzyjemne. W finale stwierdziłam, że można się do tej cholendarnej wysokości  przyzwyczaić i wtedy czekałam już tylko aż to się skończy. Dwa razy ciśnienie mi podskoczyło do stopnia, że gdybym była obiektem zaczepki to przypierdoliłabym komuś prosto w szczękę. To ten rodzaj gniewu, kiedy chce się po prostu kogoś skrzywdzić. Wyładować. Być górą. Ale to tylko uczucie. Żałośni są ludzie, którzy specjalnie szukają ku temu okazji, sami wszczynają bójkę. Nawet teraz, gdy to piszę przepełnia mnie odraza do dwóch osobników, którzy wczoraj skakali do mojego S.

Trochę piwa i mak pokolorował dzień na moim liczniku na czerwono. Ale to nieważne, dziś ładnie jem. Poruszam się jeszcze, poczytam i zasnę utulona przez moje Słońce.

 

 

1 2 3 4 5 6 7

 

Wpis orthorexis

 


Intensywny dzień. Byłam u lekarza, siłka, rano egzamin z dermatologii. Zrobiłam na obiad zupę tajską, posprzątałam w mieszkaniu, zdrzemnęłam się jak kot.
Tak zwyczajnie.
Miło.
Lecę oglądać Dr Strange z moim Słońcem ; )
Miłego wieczoru!

1 2 3 4 5

 

Bylejakość.

Bylejakość.

Gdzie te ambicje? Będąc na tych studiach mogłabym wszystko pozdawać na 4,5-5. Może nawet osiągnąć najwyższą średnią. Ale w głowie wciąż mam głupią myśl, że to ten pierwszy rok się liczył. Ona już dostała stanowisko pracy na uczelni, więcej nie potrzebują. Też nagle osiągnięcie tej średniej wyższej niż ona, stało się jakieś takie odległe, niemożliwe.

Zazdrością odebrałam sobie ambicje, chęci do nauki.

Do wszystkiego podchodzę byle jak. Zadowalam się ochłapami.

To i życie mam byle jakie.

JA jestem byle jaka.

 

Wciąż nie zebrałam się za szukanie praktyk. A czasu i kasy coraz mniej.

 

1 2 3 4

Wpis orthorexis

 

 

Sukces nie istnieje.

Ale wyobrażenie nas samych w momencie sukcesu jest siłą napędową by działać.

Ale sukces i tak jest iluzją.

Bo dlaczego wielu ludzi u szczytu swojej kariery strzela sobie w łeb?

 

Dziś zjebałam.

Sprawy rodzinne mnie przybijają.

Nienawidzę dopierdalania, kogokolwiek o cokolwiek.

Pluć mu w ryj.

 

A ja niespodziewanie byłam dziś w kościele.

Boże, jak można słuchać tego z własnej woli?

Ale szanuje wierzących.

Na tylko nie pozwalam sobie na obwinianie i sztuczne wyrzuty sumienia.

 

Wpis orthorexis

Dobra, kolejna decyzja by trzymać dietę i schudnąć.

 

61,2--->57

Mam dietę od jakiegoś faceta z fejsa.

Ostatnio zgarnął dobre miejsce na zawodach. Um.. możliwe, że wie co robi.

 

fuck, za długo myślałam, że częsty mak, słodycze i gówniane jedzenie nie robi nic mojej sylwetce.

Plus bardzo długo trzymał mnie strach, że znowu wpadnę w ED, więc tak naprawdę nie robiłam nic, by dbać o wygląd

mojego ciala. Kiepska wymówka.

Chyba jestem obecnie posiadaczką "skinnyfat". Niby szczupła, a taka rozlazła.

 

Mam w głowie jedną myśl, przez ktorą nie czuję chęci do jedzenia, które mi nie służy-

-Ciało - biologiczna maszyneria, potrzebuje wysoko-jakościowego paliwa. Kropka. Takie uprzedmiocenie ciała,

oddzielenie je od mojej "osoby" jest dość zabawnym uczuciem, a mi z łatwością zaskoczyło w głowie, by jeść zdrowo.

 

 

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

21 lat, przesłodzona kawa i JA

21 lat, przesłodzona kawa i JA

 

Byłam dziś na terapii.

Od dwóch tygodni ledwo wstaję z łóżka, przeciągam moment wstania do wszelkich granic, kiedy mogę się jeszcze gdziekolwiek wyrobić. Gorzej jak jest dzień, kiedy nie muszę nigdzie iść, wtedy wstawanie o 16 jest smutną normą. Przeciągam moment zaśnięcie by jeszcze tak szybko nie nadchodził kolejny dzień i płacz nad zbyt słodką kawą, bo nawet taka pierdoła wydaje się być błędem nie do naprawienia i ogółem - tragedią ; ) Teoria psychologa jest taka, że nie dolega mi "depresja", aczkolwiek moje reakcje na nieprzeżyte emocje są jak najbardziej depresyjne i autodestrukcyjne. A tych emocji wypchniętych wgłąb siebie było całkiem sporo.

Zwolnienie z pracy, umieranie mojej babci (które w wielkim skrócie swojego finiszu nie miało) blokada przed szukaniem miejsca praktyk (dużo strachu i lęku przed możliwością wykorzystania i zmarnowania mnóstwa czasu, który mogłabym przeznaczyć na zarobek) a jednocześnie czuję beznadzieje bo odwlekając to - czas właśnie tracę najbardziej.

Ale tych dobrych też nie brakuje - zdałam w końcu na prawo jazdy (Boże pamięta tu ktoś jak się pojawiłam na pbl? Miałam prawie 2 lata przerwy i po 18 wykupionych godzinach zdałam za pierwszym razem) - a i tak nie potrafiłam się z tego cieszyć, bo w swoim mniemaniu ZDAĆ NIE POWINNAM. Zdałam kolejną sesję w pierwszych terminach ( a nie potrafię tego docenić, bo przecież to było proste to jak mam być z tego dumna??) A poza tym - wypierałam do tej pory te refleksje jakie nadchodzą człowieka w okolicy urodzin. Jak ja wykorzystałam ten rok? Czemu wciąż jestem z siebie niezadowolona? Czemu dalej nie potrafię siebie docenić, zawalczyć o siebie w stosunku do innych (brak asertywności i bagatelizowanie swoich potrzeb) Kolejny rok, a ja wciąż nie ogarniam tego świata. Wciąż jestem cała z sobą pokłócona i zawiedziona. A z drugiej strony coś cichutko skrobie w okolicy czaszki, że tak naprawdę to tylko myśli i uczucia, bo z czym się nie spotykam w życiu, to sobie z tym radzę, pokracznie, trochę za bardzo emocjonująco, bardziej dziecinnie, ale radzę.

Jestem młodą kobietą.

To chyba nie zbrodnia, tego wszystkiego nie łapać?

 

 

Niechęć.

Niechęć.

Kiedy płacz stał się nieodłącznym elementem mojego życia?

Kiedyś sobie założyłam, że skoro nie mogę umrzeć, to może po prostu miło wykorzystam tu czas. Ale tak się nie da, bo życie wcale takie nie jest. Więc trwam. Jakoś. Bez celu, od niechcenia. Co jakiś czas załamuję się, gdy pytanie "ale po co to wszystko?" zbyt głośno wala się po czaszce. Kiedy nienawiść i dezaprobata swoją osobą jest po prostu zbyt silna.

No i co z tego, że pokonałam anoreksję. Bulimię. Ujarzmiłam demona.

Skoro życie bez tych cholerstw wcale nie jest łatwiejsze czy ciekawsze.

Mogę to ukryć. Nie mówić o tym, zająć się jakąkolwiek rzeczą, by o tym nie myśleć. Ale to i tak wróci. Będzie boleć, będzie palić, będzie wprawiać w wyrzuty sumienia, że nie potrafi się inaczej, że rani się osoby, które się kocha. Wstyd.

 

Kiedyś - napady i wymioty, głodzenie się.

Teraz płacz i stagnacja. Nic nie jest lepsze.

Kiedyś miałam przynajmniej namacalnego wroga, określony mechanizm który można zwalczyć, ujarzmić, naprostować. A teraz? Jak można się leczyć na brak chęci do życia?

 

Pomocy.

Wpis orthorexis

 

 

 

Miej wyjebane

i bądź - Taka jaka jesteś i chcesz być. 

Bez przypierdalania się do swojej osoby. 

Rób to co trzeba, 

nie słuchaj pierdolenia. 

 

Twórz. 

Olewaj to na co nie masz wpływu. 

Dbaj o siebie, swój język, zdrowie. 

Nie zazdrość. 

 

Żyj, nie maż się. 

Tyle. 

 

Wpis orthorexis

 

Chyba wracam do punktu wyjścia. 

Maskowana nienawiść przebiła się spod wypracowanej powłoki. 

Czy w tym jebanym życiu, nic nie może być stałe?

 

Psycho dopiero na koniec lipca. Dłużej sama nie pociągnę. Nie wiem co ja z sobą zrobiłam. 

A może raczej - nie wiem co i dlaczego przestałam robić. 

 

Dziękuję, miłego dnia,

Melancholijna Padlina. 

Wpis orthorexis

 

 

 

Czuję się strasznie ze sobą.

Chce mi się wymiotować tymi okropnymi emocjami.

 

Anatomia Burżuja

Anatomia Burżuja

 

Nie ma to jak stracić pawie 2 h na dojazd do ucelni i z powrotem, bo się nie doczytało planu zajęć. Kapus w ktory mam większość zajęć ma darmowy dojazd określonymi busami i dzisiaj mogłam poczuć się jak "polski burżuj" - nie ma to jak wracać puściutkim autobusem x) Serio, ja i kiero... szofer oczywiscie. 

 

Muszę bardziej uważać na jedzonko, niby to mit, że od anty się tyje, ale wolę dmuchać na zimne. O, i znaleźć jeszcze jakąś aktywność, którą będzie mi się faktycznie chciało wykonywać ;_; Póki co moją jedyna aktywnością jest łażenie gdzie się da na nogach i ganianie za kotem po mieszkaniu. Smiech. Niby mam rolki ale bez mojego S nie ma mowy na żadną przejażdżkę. Nie łapię jeszcze poruszania się na nich. A raczej - nie wywracania się na dupę. 

 

Jutro muszę zrobić projekt na Estetykę z moją siostrą (mam wykonać metamorfozę na dowolnej modelce) i zdążyć na zaliczenie, na które na dany moment nie umiem nic. 

Ale właśnie się biorę za anatomię, jutro do 16 się wyrobię. 

Byle tylko ładnie przezpac noc, ostatnio mdłości lekko utrudniają sprawę. 

 

Mam w głowie ładne myśli które chętnie bym tu wylała o moim Księciu z piekła rodem, ale póki trzeba się wziąć za naukę. Coraz mniej mi się chce. Naszczeście już prawie koniec.  

 

Bilans:

Ś: kanapki z hummusem, serem, szynką, pomidorem. 

2Ś: omlet z truskawkami i sosem z masła orzechowego.

O: sos kurczakowo-warzywkowy z ryżem i sałaką 

P: Czekoladowe płatki (tak 2/3 garstki) i 2 kostki gorzkiej czekolady + kawa

K: kanapki z hummusem, kiszonym i wędlina

 

Czy to normalne że ma się spadek energii koło 16-17? Zasypiam w tej porze na stojąco ; (  (a śpię 7-9 h) Stąd w bilansie trochę słodkiego, taki shot energetyczny z cukrów prostych ; / 

6 fiolek krwi

6 fiolek krwi

Lubię ten obrazek. Ma oczy mojego lustrzanego odbicia. 

 

Znów zawisłam w próżni, nie wiedząc w którą stronę zwrócić kroki.  A może nie iść wcale?

Przeszkadza mi moja kruchość. Momentami za bardzo mnie ten świat przeraża. Dusi. Powala na kolana. Czy można się temu oprzeć?

Dystans- piękne słowo, a skryta w niej postawa szalenie mnie interesuje. Skrupulatnie dozowane uczucia, nieufność, niezachwiana pewność swojej wartości i brak oblepiania się niewartymi oczekiwaniami innych. Odcięcie się od tego co jest odpadami, a zachowanie tego, co jest naprawdę ważne.

Trudna  sztuka. Ale opłaca się.

 Na szczęście, przy Tobie nie muszę się bronić.

 

 A tak bardziej codziennie, miałam dziś robioną krzywą insulinową i tolerancję glukozy, to ma ponoć potwierdzić moje policystyczne jajniki. Dobrze, że siostra niedaleko mieszka, to mnie poratowała, bo źle oceniłam wartość tych badań i musiałam trochę pożyczyć. Mam nadzieję, że  zostanie zamknięty już  ten temat, bo już zdecydowanie za dużo wydałam na moje gonady. I krwi. Dziś 6 fiolek mi pobrali.

Pochwalę się wam jeszcze, ostatnio zdałam egzamin z  patofizjologii na 5. Pierwsza na roku dostałam tą ocenę. Druga piąteczka padła tuż po mnie, więc czuję się jak boss. Najtrudniejszy egzamin w tym roku akademickim tak pięknie roztrzaskany. Zostało mi jeszcze 5 egzaminów i projekt z Estetyki i mogę spokojnie rozglądać się za pracą. Marzy mi się jakaś posadka w kawiarni bądź knajpie. Tak, coś w tym jest, że osoby po ED lubią pracować w pobliżu jedzenia.

Robi się coraz cieplej a ja najchętniej chodziłabym tylko na czarno. Moje ciało się zmieniło. Jestem słaba, i więcej we mnie tłuszczu. Zastąpił mi ewidentnie mięśnie. Ostatnio jem coś lepiej ale wciąż mój tryb życia to siedząco-leżący.

Jeśli chodzi jeszcze o mój wygląd -niedługo zniknie buraczkowa czuprynka. Zmieniam kolor na chłodny odcień brązu. Zdecydowanie lepiej mi w ciemniejszych  włoskach. Czyżby szykowała się jakaś zmiana w życiu? Przecież kolor włosów zwykle z tym się kojarzy ; ) Chyba coś w tym jest. Niedługo wracam znów na terapię. Zjazdy mnie kończą. Ale najważniejsze, że już nie kończą się napadami. Tu biję sobie pokłon, bo to była cholernie ciężka praca. 

 

Lubię

Wypłacznik

Wypłacznik

Znacie to?

Dopada znienacka, bez uprzedzenia. Nawet jeśli żyje się na dany moment względnie dobrze. Ale co dopada? Zwątpienie? Nienawiść? Żal? 

Nie wiem. Ale to boli. Rzuca na kolana, dusi wypruwając ostatni oddech. Całe ciało... ciało? Cała dusza rozsypuje się na kawałeczki. Bo to tu, między żebrami rozlewa się całe epicentrum tych irracjonalnych uczuć. Ręce drżą, po policzkach toczą się cieżkie łzy. Umysł rozsadzają wszystkie najgorsze chwie, te najbardziej upokażające, upadlające, bolesne. Koszulka, posciel, policzki usmolone rozmytym tuszem. Każdy kolejny oddech jest męczarnią. Chcesz śmierci. 

A ty tylko wrzeszczysz w środku jak bardzo się nienawidzisz. Czujesz jak rozrywa wstyd za to co się dzieje w obecnej chwili, czyżby ostatnie porywy rozsądku? Ale tego nie da się przerwać. Lawina już ruszyła. Czujesz jak krwesko ciążysz innym, ranisz tych których kochasz. Jedynie czego praniesz to ból ból ból. Najchętniej ten fizyczny, byle tylko przerwać tą plątaninę przegniłych myśli. Piekło.

Dzięki Bogu sen przerwał tą męczarnie. Jednak wraz z przebudzeniem pozostaje może i mglisty spokój, ale i same pytania bez odpowiedzi. 

Dlaczego to wszystko?