Photoblog.pl

Załóż konto

You know my name, not my story. 
zapisz

Wyświetleń: 274

  Ojejku. Kupę czasu mnie tu już nie było. Właściwie to zastanawiałam się, czy ktokolwiek jeszcze z tego portalu korzysta i czy w ogóle nadal istnieje. Czasem się zastanawiam, czy nie powinnam tu wrócić. Pamiętam ile to dawało mi kiedyś ukojenia, gdy siadałam wieczorem by napisać post. A teraz właściwie nie piszę na komputerze nic prócz pracy magisterskiej. Trochę smutne, ale jak widać wszyscy dorośliśmy. Nawet nie wiem, czy jeszcze potrafię w te wszystkie blogi.

 

  Bałam się w sumie tutaj pisać. Bałam się, że czytają to ludzie z którymi nie mam kontaktu od 2018r. To mnie skutecznie zniechęciło do pisania tutaj. Wielokrotnie szukałam podobnego miejsca, eksperymentowałam, jednak nigdzie już nie było tak jak tu. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - prawda? Może pora przestać się nimi przejmować. Nadal pamiętam, bo nigdy nie zapominam. Wszyscy napotkani przeze mnie ludzie mają jakieś miejsce w mojej pamięci. Dla nich pewnie jestem jak stare pudełko schowane gdzieś głęboko w szafie na strychu. Mam nadzieję, że tak jest i żadne z nich już tu nie wchodzi by sprawdzić co u mnie słychać. Chętnie opowiem, ale nie chcę by szukali o mnie informacji po kryjomu. Budzi to pewien niepokój w związku z możliwością bycia źle odebraną.

 

  Co u mnie słychać? Czasem sama się zastanawiam. Brakuje mi czasu chwilami na tak mocne zastanawianie się nad tym jak kiedyś. Czuję, że to źle. Zdarza się, że umykają mi ważne kwestie. Ale taka chyba już jest cecha dorosłego życia. Pracujesz, uczysz się, próbujesz znaleźć balans pomiędzy tymi wszystkimi zadaniami ale to nie zawsze się udaje. Ja wciąż się tego uczę. Wymieniłam na lepsze sporą część rzeczy w moim życiu. Nie ma w nim miejsca na dramy, wielkie depresje i taką ilość toksycznych relacji jak kiedyś. Wyrzuciłam je wszystkie. Obecnie jeśli jakieś są, to trwają krótko a ja się z nich wycofuję. Albo po prostu się kończą, bo pozwalam im odejść. Choć chętnie do nich w myślach wracam, szczególnie w ciągu ostatnich tygodni. Myślę sobie o nich, bo mam w sobie jakiś dziwny sentyment. Pewnie dlatego, że te relacje dają mi zawsze ogrom różnych silnych emocji, a do tego wiem, że niekiedy mam słabość. ''Uwielbiamy wszystkich, na których widok nasze serca biją mocniej'' - taki mniej więcej był opis pod zdjęciem, które dodałam dzisiaj na Instagramie.

 

  Czuję, że jestem na dobrej drodze. Że właściwie to, to moje życie idzie już od jakiegoś czasu w dobrym kierunku. Właściwym, bo czuję się na swoim miejscu. Czasem tylko zdarza mi się iść gdzieś, gdzie nie powinno mnie być. Jednak natychmiast czuję to w środku. Czasem zbaczam z tej drogi, ale na szczęście tylko na chwilę. Często zdarza mi się pomylić. Był kiedyś jeden utwór na ten temat, który by tu teraz pasował. Często też boję się zaufać swoim wyborom, bo przypomina mi się jak często się w nich myliłam. Jednak chyba na te przypadłość cierpią wszyscy, którzy się nad tym zastanawiają i biorą pod uwagę fakt, że nie są wszechwiedzący i nie maja monopolu na rację. Kończę już studia. Właściwie to skończyłam, bo została mi tylko obrona. Cała ta sytuacja na świecie skutecznie utrudniła mi pisanie pracy i przy okazji utrudniony kontakt z promotorem również mi nie pomógł. Więc w efekcie jestem tu gdzie jestem. Kończę badania. Byle do końca i z wielkim uśmiechem na ustach pożegnam się z tą uczelnią, bo ostatnio naprawdę dawała mi już w kość. Poza tym jestem już wypalona w byciu studentem. Kiedyś myślałam, że będę studiować dłużej niż 5 lat, bo bałam się pójścia do pracy i dorosłego życia. Dziś mam dość całego tego bałaganu, który tam panuje i całego studenckiego życia. Ostatni rok łączenia pracy ze studiami ofiarował mi to w prezencie. Jestem za niego wdzięczna. Mimo, że obrona dopiero przede mną, to czuję że nie zmarnowałam czasu.

 

  Dostałam się na kurs o którym kiedyś wstyd mi było nawet pomyśleć, że mogłabym próbować. Miałam w sobie olbrzymie poczucie bycia ''niegodną'' z powodu całej swojej przeszłości. Wyobrażałam sobie, że odpowiednia w tym miejscu osoba to taka na której nie ma ani jednej rysy. A to przecież kompletnie nie tak. Wszyscy mamy na swoich duszach jakieś rysy. Większe lub mniejsze. Istotne jest tylko to w jaki sposób próbujemy z nimi żyć. Na szczęście coś we mnie pękło w którymś momencie i postanowiłam spróbować. Bo przecież jeśli nie spróbuję to nigdy się nie dowiem. Ocena tego czy się nadaję do wykonywania tego zawodu należy do nich, nie do mnie. Przyjęli mnie. Najwyraźniej czytając moje podanie i uzasadnienie stwierdzili wstępnie, że się nadaję. Dziś mnie już to tak bardzo nie dziwi, bo poznając ludzi, którzy tam są, na każdym kroku przekonuję się, że żaden z nich nie jest bez skazy. Wszyscy mamy swoje demony i oni też. Zresztą jak mieliby pracować nigdy się z nimi nie spotykając?

 

  Wspomniany w poprzednim wpisie już nie trzyma mnie za rękę. Od roku. Właściwie to 1 września będzie rocznica. Niestety tu znowu się pomyliłam. Do dziś się zastanawiam, jak mogłam nie wziąć poważnie tylu ostrzegawczych lampek które wyświetlały mi się w głowie po drodze i krzyczały o tym jaki to typ człowieka. Taki którego lepiej unikać. Wciąż nie wiem jak mogłam pozwolić sobie na to, by uwierzyć w to co mówił gdy z moich zalet próbował robić wady. Dziś brzmi to dla mnie wręcz irracjonalnie. Chyba problem polega na tym, że wierzyłam mu we wszystko i pozwoliłam na to by to co mówi na mój temat w mojej głowie było niepodważalną prawdą. To była przemoc, czysta narcystyczna przemoc, ukryta pod płaszczykiem ładnych uśmiechów. Dziś potrafię już powiedzieć o tym głośno.

 

  Kolejny był w porządku. Ale miał w głowie inną, więc wycofałam się, gdy tylko się o tym dowiedziałam. A następny po nim był Pan Czyste Zło. I zawsze myślałam sobie o nim gdy tylko słyszałam utwór Sariusa o tytule ''Wampir''. Albo ''Roses'' od Saint Jhn. Facet, który miał idealne kompetencje do tego by rozwalić mnie bardziej niż rok temu ten, który w poprzednim wpisie trzymał mnie za rękę. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby to wszystko się nie zatrzymało, to prawdopodobnie miałaby miejsce w dalszej perspektywie depresja tysiąclecia. I gdybym miała w sobie więcej śmiałości, której na szczęście nie miałam. Ale kiedy zaczęło robić się niebezpiecznie to cały świat się zatrzymał. Pozamykano nas w domach. Straciłam pracę i jednocześnie straciłam kontakt z nim. Choć raz na jakiś czas się odzywa. Zawsze coś wtedy ode mnie chce. Wyjechał do domu i do tej pory na stałe nie wrócił. Nie widziałam go od marca. Choć miesiąc temu wróciłam już na szczęście do pracy. To skończyło się prawie bezboleśnie właśnie dlatego, że nie protestowałam i nie zabiegałam o kontakt gdy wszystko wywróciło się do góry nogami. Na szczęście. Mogło być gorzej. Chociaż to chyba ten typ, z którego nigdy do końca się nie wyleczę. (Czy ja w ogóle z któregokolwiek całkowicie się wyleczyłam?) W pracy nadal na każdej zmianie słyszę tamte utwory. I za każdym razem wszystko wraca. Choć na szczęście szybko mija. Mimo wszystko niepokoi mnie to, że ostatnio zbyt często o nim myślę.

 

  A przecież jest jeszcze nowy. Co do którego mam mieszane uczucia. Niby wszystko w porządku - a jednak coś mi nie pasuje. Tak czuję, jakby to wszystko to były słowa bez pokrycia. Myślę, że mam ku temu powody. Bo słyszę te słowa, lecz po nich nie następują czyny. Stąd oczywisty dysonans. Czułam coś jeszcze niedawno, byłam z tego powodu szczęśliwa. Ale kilka sytuacji dało mi do myślenia i intuicja mówi mi, że to co on mówi nie jest do końca szczere. Brakuje mi też kilku ważnych elementów, praktycznie od samego początku. Będziemy musieli poważnie porozmawiać.

 

  Szczególnie, że ja już od dawna nikogo sobie nie szukam. Faceci mi się po prostu ''trafiają'', żadnych rozpaczliwych myśli na temat ''ja chcę mieć faceta''. Jest mi naprawdę dobrze tak jak jest. 

padholder istnieje, istnieje... :)
01/09/2020 4:30:16
larvette Dobrze było się o tym przekonać. :D
04/09/2020 1:53:28
padholder czekam na nowy wpis :)
06/09/2020 20:01:41
larvette Miło się dowiedzieć, że ktoś czeka :)
16/10/2020 15:11:55