Photoblog.pl

Załóż konto

You know my name, not my story. 
zapisz

Wpis larvette

To wszystko wraca jak bumerang. I za każdym razem wygląda zupełnie tak samo. Żadnej złości w sobie już nie mam. Zniknęła. To było tak, jakby nagle stał się czystą kartą. Tabula rasa, mając 21 lat. Dwa razy myślałam, że mam to za sobą. Dwa razy odbudowałam świat. I po co to wszystko? Po to by runął po raz trzeci. Choć może nie runął, a raczej wszystko zbudziło się do życia. Tym razem brak objawów ruiny. To tylko smutek, to wycofanie. To niechęć do tego by poznawać kolejnych. To taki moment, kiedy wycofujesz się z tego pędu, kiedy stajesz się zimną skałą, której nie idzie zniszczyć. Tylko, że ona tylko pozornie jest tym ciężkim głazem. W środku jest pusta, a gdzieś pod ostatnimi warstwami tli się mikroskopijny płomieniek. Nie zauważasz ich wszystkich i gdy tylko zaważą się wyskoczyć z próbami zawarcia jakiejś bliższej znajomości to wpadasz w gniew. Są jak marny pył. Nie chcesz z nimi nawet rozmawiać. I czujesz się jak sadystka. Nie ma Cię dla nowych ludzi. W sumie już od dawna mnie dla nich nie było, już nie nawiązuję nowych znajomości tak jak kiedyś. Wszyscy Ci faceci wydają się być wyblakli, nudni i wręcz odrzucający. Co zrobić?

 

Przy nim przecież wszyscy bledną, właśnie tu jest ten haczyk. Zapomniałam o tych krzywdach, bo był inny. Choć był niby ten sam, to jakby nie ten. Jakby nieznany, znów. Zdawał się być... Troskliwym w stosunku do innych? Pamiętał, tak dużo pamiętał. Gdy tylko go widzę, wszystko wraca a ja wychodzę z siebie. Chyba nie umiem sobie z tym poradzić. Straciłam nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się zapomnieć o połączeniu tych niespotykanych cech. Nie sądzę, że kiedykolwiek nie będę już widzieć tych oczu, które były inne niż wszystkie wokół. Próbowałam, ale mija już rok. Dokładnie 14 grudnia 2019 widziałam go pierwszy raz. Bywało mi lepiej lub gorzej. Nie raz wmawiałam sobie, że mnie to nie rusza. Nieprawda. Każde przelotne spotkanie lub jakakolwiek interakcja powodowała zderzenie z murem, który wrzeszczał - gówno prawda. Po czym znowu lądowałam w tym samym miejscu.

 

Choć zdrowy rozsądek działa, jego próby są bezskuteczne. Broni mnie jak tylko potrafi. Na nic to. Przed Sylwestrem mdłe niechęci męczyły mnie cały tydzień. Robiło mi się gorzej na myśl, że tam idę i on też tam będzie, Pan Czyste Zło. W sumie i wcześniej był to dla mnie czynnik odstraszający. Ale powiedziałam sobie - dlaczego mam rezygnować z ludzi, których cenię tylko dlatego, że przyjaźnią się również z nim? Dlaczego mam znikać? Dlaczego mam odejść? Dlaczego TO JA mam rezygnować? Nie zrezygnowałam. I mamy tego dzisiaj konsekwencje. Ja nie mam nad tym kontroli, to może wszystko. Wystarczy, że odpowiednio intensywnie poprosi. To nie jest sprawiedliwe. I nigdy nie było. Nie zrobiłam nic złego, a jedynym wyjściem, które mogło by mnie być może uratować jest ucieczka. Jak tchórz. Odpuszczenie grupy ludzi na której mi zależy. A może zrobiłam?

 

Teraz go tam nie ma. Jedyna rzecz, za którą covidowi jestem wdzięczna. Jego powrót do domu, więc brak możliwości spotkania go we wspólnym gronie znajomych. Ale przecież to wszystko nie potrwa wiecznie. Oni nie zamierzają przecież rezygnować. Nigdzie sobie nie idą z myślą "na zawsze". To tylko czekanie na lepsze czasy. A te cholerne, lepsze czasy nadejdą. I pewnie niezbyt wiele czasu pozostało nam na nie czekać. I wtedy on wróci. Oni wrócą. Jak ja będę mogła to znieść? Chyba nie można. 

 

Już Sylwester mi pokazał jak marne było moje ''ja tu już nic''. Jak marne było ''tylko się boję, że zniszczy atmosferę, bo doskonale pamiętam jak smutno bywało gdy on był a jak miło jest teraz''. Przecież to była nieprawda, choć ja głęboko w to wierzyłam. Dopiero dzisiaj wiem, że to było tylko wyszukane na siłę zmartwienie a szczegóły tkwiły w czymś zupełnie innym. W lęku przed zobaczeniem ich razem, ale przede wszystkim w lęku przed jakąkolwiek interakcją z nim i że to będzie zdecydowanie zbyt trudne do przełknięcia. I choć to wszystko uderzyło we mnie ponownie, uderzyło zbyt mocno to ja jak ta lodowata skała, z wierzchu byłam niezmienna. I przy każdej okazji do choćby najzwyklejszej koleżeńskiej interakcji chowałam się w kąt. Udawałam, że nie widzę. Że jego nie widzę. Rozmowy ucinałam w zarodku. U C I E C Z K A.

 

Ale po prostu nie mogę. Wiem, że bym nie potrafiła. To co jest, jest tylko w mojej głowie i tam pozostanie niezależnie od kosztów jakie będę musiała z tego tytułu ponieść. Właściwie to już nawet chyba wiem ile to kosztuje. I że nigdy nie zdążę tego spłacić w całości, nie stać mnie na to. Więc ze mną zostanie. Nawet jeśli nie będzie pielęgnowane. Nie mogłabym im tego zrobić, nie mogłabym zrobić tego jemu. Przecież oni są razem szczęśliwi. Nie mogłabym się w to wpierdolić. Stop. Skąd niby wiem, że są szczęśliwi? Bo tak to sobie wyobrażam? Nie wiem, nic o tym nie wiem, ale to i tak niczego nie zmienia. Zresztą właśnie dlatego wtedy przed pójściem spać tak uciekłam. Dlatego go zignorowałam. Dlatego zignorowałam też resztę i postawiłam na swoim. Dzięki temu uniknęłam potencjalnie traumatycznej i niesamowicie niezręcznej sytuacji. Nie chciałam powrotu do 26 stycznia, tak nie mogło być, nie mogłam tak. Byłoby mi tylko jeszcze gorzej, choć tak czy siak gorzej już jest. Ale wtedy to przekroczyłoby moje granice.

Wpis larvette

Trochę tak się ostatnio czuję jak to zdjęcie - rozmazana. Większość rzeczy wokół jest jakaś bezwonna i bez smaku. Pogoda już się nie nadaje do spacerów. Moje dłonie nienawidzą tego zimna. Już nie mówiąc o płynach do dezynfekcji. Czuję jakby postarzały się 10 lat. Nic tylko siedzenie w domu i nie wystawianie nosa na zewnątrz. A w środku zamieszanie. Zwyczajowo też lęk. Jest niejako spokojnie, bo niewiele ostatnio czuję. Chyba nawet w stosunku do niego. Nieprzerwane poczucie pustki wokół, z którą nic nie da się zrobić, niczym zapełnić. Stop. Ona nie jest wokół, ona jest we mnie. Wokół dużo gwaru i kłęby ucieszeń. Zazwyczaj bywa radośnie. Jesienno-zimowa pustka wróciła, jeszcze nie pora na nią. I staram się z wszystkich sił oszukiwać nawet samą siebie, że braki w odczuwaniu to siła, doskonale o tym wiedząc, że to bujda. Przyjdą w końcu, uderzą z opóźnieniem.Teraz tak jakby świat się zatrzymał a jednocześnie wydawał się pędzić w miejscu swojego zatrzymania. Bo wciąż towarzyszy mu odczucie - ,,za chwilę coś się wydarzy, stanie się coś dużego, coś co zmieni wszystko, coś czego się nie spodziewamy''. W końcu nic nie może w nieskończoność wyglądać tak samo.

 

Nadmiarowo we mnie lęku. Wolno płynący rzeczywistością lęk przetacza się przez te cztery ściany co najmniej kilka wieczorów w tygodniu. Regularny spektakl, zapiszmy to w harmonogramie. Boję się przyszłości, boję się pracy, boję się nauki, boję się samotności - choć ostatnio ktoś zupełnie obcy na imprezie mi powiedział, że to niemożliwe, bo nigdy nie pozostaniemy sami. Owszem, lecz samotność to zupełnie inny konstrukt, niż bycie samemu. Samotnym można stać się zawsze, jeśli tylko odpowiednio się o to nie postaramy. Boję się swoich wyrzutów sumienia, których manifestacji oczekuję całe życie, choć nie dają znaku życia. Boję się poczucia zmarnowanego czasu i zaprzepaszczonych szans, boję się, że kiedyś nazwę to wszystko smutną historią. Boję się kolejnego dnia, a czasami drżę nawet w konsekwencji dostrzeżenia własnego cienia. Po prostu lękam się w chuj. Jednak ciekawość nie ustępuje. Jej zasoby chyba są niewyczerpalne. W końcu tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. A przed nami jeszcze Sasin prób. Dosłownie i w przenośni.

 

Czasem mam wrażenie bycia pochłanianą przez to wszystko, rozpuszczania się, tonięcia. W całym tym bezkresie ciemnej i zimnej pustki. Próbowałam też zwrócić uwagę mamie, gdy ostatnio byłam w domu. Jednakże, odbiłam się od ściany złożonej ze słów - ,,ja też się tak czuję jesienią''. Nic nie powiedziałam. Chyba znowu mnie zatkało. Dopiero teraz myślę - nie, kurwa nie wiesz. Naprawdę nic nie wiesz. I wulgaryzm nie był tu użyty przypadkowo, gdyż agresja którą budzą takie słowa, zawsze będzie się pojawiać. W głębi duszy chciałam zostać zrozumiana, lecz nie miałam siły ciągnąć w swoje. Znowu nie jestem w domu tą osobą, która walczy. Szczególnie trudno było mi gdy w głowie powróciły słowa ,,Ale co z prawem jazdy...'' kiedy we wrześniu oświadczyłam, że nie czuję się zbyt dobrze i być może dobrze byłoby skonsultować to z lekarzem, wrócić do leków. Zawiodłabym.

 

Jednak nie wszystko co złe z przeszłości z nich uciekło, jak widać. Znów te same zachowania. Znów te same problemy. Mamo, droga idzie nie tędy - zawróć do jasnej cholery, proszę. Ja nie umiem jej powiedzieć tego wprost, bo samej sobie to wypieram. Szczególnie teraz w sytuacji gdy w pracy ma gorący okres. Znowu mnie nie słucha. Znowu mówi wyłącznie o sobie. A kiedy ja próbuję powiedzieć cokolwiek to przerywa i powraca do własnego wątku wałkowanego już X razy. O nic nie pyta. A ja tylko słucham.

 

Nie wiem, czy wtedy tak było trzeba. Ze względu na niego? Na pewno nie było. Bo prawda która później wyszła na jaw pozmieniała wszystko. Nie ma go i do Sylwestra najprawdopodobniej nie będzie. (cieszę się w środku i nie, jak kot Schroedingera - jednocześnie) Ale kiedy zniknął między mną a resztą coś się zbudowało. Lękam się jeszcze nazywać to po imieniu, tak bardzo drżę przed byciem zawiedzioną. Zbliżyliśmy się do siebie, a ja zostałam częścią grupy. Pokochał mnie nawet pies, ostatnio mówili, że dostawał szału, chodził i wąchał każdy kąt gdy wyszłam. A w moje 24te urodziny, które zaplanowałam spędzić w domu sama, ewentualnie przyjąć od kogoś zaproszenie, kto będzie chciał się spotkać, bo przecież moi ludzie nie są w stanie usiąść razem w jednym pokoju - w konspiracji zaplanowali zrobić mi wieczorem wjazd na chatę. Ostatecznie z tej konspiry nic nie wyszło, z powodów pracowo-wyższych, ale to nie miało tu znaczenia. Nie sądziłam, że ktoś zrobi dla mnie kiedyś coś takiego.

 

Ale nie. Lęk tu znowu zjada mnie od środka, przyprowadził na ten bankiet również stare sposoby myślenia i we wszystkim szuka dziury. Ciągle podpowiada ''no przecież nie mogą Cię lubić, a jeśli lubili to mogłaś zrobić coś przez co przestaną''. Choć te przepowiednie mijają się z obecną prawdą. Z weekendu na weekend coraz mniej tu mimo wszystko we mnie lęku, ten proces jednak przebiega powoli. Zniszczenie mojej ufności przez sytuacje sprzed lat było tak olbrzymie, że choć pytali mnie o zdanie odnośnie Sylwestra, razem planowaliśmy to dopiero gdy jawnie zaczęli wyliczać listę gości zaakceptowałam, że na niej jestem. Ale stop. Nadal wisi myśl - a co jeśli zmienią zdanie? Tak bardzo była mi potrzebna grupa jak bardzo się jej lękam.

 

https://www.youtube.com/watch?v=ng1hLdaC19g

Wpis larvette

Witamy na kolejnym cholernie trudnym odcinku drogi. Idź śmiało, nie bój się.

 

To tak łatwo powiedzieć, ale zdecydowanie trudniej przetrwać i zrobić, kiedy czuje się ból straty, tęsknotę i strach. Znów zamykamy, znów straciłam pracę. I tak wiedziałam, że niedługo będę musiała odejść ale nie chciałam nigdy by to się działo w takich okolicznościach. Po prostu straciłam, chciałam zrobić to sama w swoim własnym tempie, jednak sytuacja to wymusiła. Może jeszcze wrócę. Ale tego nie jest w stanie powiedzieć nikt, bo nikt z nas nie wie ile to wszystko jeszcze potrwa, co wymyśli nasz kochany rząd i w jakim miejscu będę ja za te kilka miesięcy. Chciałabym móc jeszcze powrócić gdy znowu otworzymy i dopiero po tym odchodzić w swoim własnym rytmie, na swoich zasadach. Ale nic nie wiadomo, może to dziś jest ten ostateczny koniec, może po dzisiaj nie będzie już nic. Niepewność jest najtrudniejsza do zniesienia. Nie można wtedy całkowicie zamknąć rozdziału, bo nadzieja gdzieś tam siedzi w ciemnym kącie i wymyśla pozytywne zakończenia.

 

Tym bardziej boli mnie fakt, że poprzedni weekend był ostatnim gdy było względnie normalnie. A mnie tam z nimi nie było, bo akurat miałam zjazd kursu. Online, jednak nie mogłam zarwać nocy w pracy mimo wszystko. Już wtedy czułam przez cały ten czas, że nie tu chciałabym teraz być. Że trafiło się tak felernie, że ten weekend akurat był kursowym. Ostatni weekend. Ciałem byłam przed laptopem i kamerą, przedstawiałam się i pracowałam całą sobą, wszystkim co w sobie mam by podołać ale moje serce i myśli były tam z nimi, chciałam być wtedy tylko z nimi, martwić się razem co dalej. Nie zrozumcie mnie źle, chciałam być na kursie i chcę dalej. Ale moment był taki, że nie potrafiłam siedzieć na nim spokojnie. Bałam się co będzie i akurat spełnił się najgorszy scenariusz.

 

Znów nie będę mieć przy sobie ludzi, bo nie dość, że wszyscy się porozjeżdżali, to brak tej pracy oznacza dla mnie samotność i wycofanie. Tamto miejsce dało mi tak wiele, że zawsze będę pamiętać. Dzięki niemu jestem tutaj teraz, gdyby nie to wszystko nie było by mnie tu. Trudno mi ująć w słowa to co czuję, cały czas mam wrażenie, że nie dotarłam do sedna. Będę za nimi tęsknić. Nie wiem, czy oni będą tęsknić za mną. Mam cichą nadzieję, że tak. Wiele razy usłyszałam od nich sporo ciepłych słów, szczególnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Nie chcę się z nimi rozstawać. Czuję, że wtedy wszystko się rozpadnie i każdy pójdzie w swoją stronę. Nikt nie zaproponuje, żeby się spotkać a ja w obawie przed odrzuceniem też tego nie zrobię. Nie chciałabym, żeby tak się stało. Nie chcę znów zostać sama. Choć trudno to co mogłoby się stać w najgorszym scenariuszu nazwać byciem samotnym, bo przecież jest wokół mnie wielu ludzi których kocham tak samo mocno a właściwie których strata byłaby jeszcze bardziej dotkliwsza, to czuję że bez nich będzie mi pusto. Tak jakby ktoś zgasił światło i wpuścił do pokoju przerażający chłód.

 

Najtrudniej znoszę to, że żegnam się z nim, Panem Czyste Zło. Bo wrócił w ostatnią sobotę września. Widziałam go raptem kilka razy ale wszystko wróciło. Tak jakby stało zamrożone przez te kilka miesięcy które minęły od kwietnia. Przestało być skute lodem. Wróciło do życia. Sama przed sobą nie potrafiłam się przyznać, że to znowu jest we mnie, bo wiem że to nie jest bezpieczne. Racjonalizowałam sobie choćby wtorek i czwartek przed poprzednim weekendem. Dlaczego tam poszłam? Choć wiedziałam, że najprawdopodobniej powinnam go unikać, a on tam był. Czemu poproszona przez W. poszłam z nią we wtorek do miejsca gdzie akurat był na zastępstwie, choć powinnam w domu uczyć się do obrony, która nadejdzie już w tę środę? I czemu poszłam z T. w czwartek akurat do siebie do pracy, gdzie za barem stał akurat on? Racjonalizowałam, że chcę to obserwować, że chcę się przygotować na pracę z nim przez najbliższy czas, bo pierwszy dzień gdy niespodziewanie dla mnie wrócił był na tyle trudny, że po swojej zmianie od razu uciekłam do T nawet się nie żegnając. Brakło mi odwagi na pożegnanie, brakło mi tchu. Prawda była taka, że ja po prostu chciałam tam być. Chciałam go widzieć, choć nie potrafiłam się do tego przyznać szczerze nawet sama przed sobą. Potrzebowałam być obok. I żadne racjonalne myśli nie miały prawa głosu, bo serce nie sługa. Choć pewnie wszyscy chcielibyśmy by nim było.

 

I dziś jest ten ostatni dzień. Być może ostatni z ostatnich. Może nie będzie już więcej. Nie pracuję już, chociaż miałam z nim być na barze, ale otwieramy prawdopodobnie tylko na dwie godziny, więc nie będę potrzebna. A on musi być, bo jest autem więc przywiezie parę rzeczy z drugiego klubu przed zamknięciem. Ale i tak tam idę. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tam dzisiaj nie być. Że mogłabym się nie pożegnać. Chcę tam pójść i przytulić wszystkich, powiedzieć im że tak bardzo będę tęsknić i może nawet się popłakać, bo wczoraj wieczorem było mi do tego blisko. Nie umiałabym nie być z nimi wszystkimi w tej chwili kiedy wszyscy będą smutni i źli. Chciałabym powiedzieć po prostu dziękuję, za te wszystkie chwile które spędziliśmy razem. Jestem wdzięczna, bo czasem to miejsce i Ci ludzie byli jedynym co trzymało mnie jakoś w kupie i wracając byłam po prostu szczęśliwa, lub przynajmniej spokojna. Zawsze tam przestawałam być smutna.

 

Pewnie nie będzie mi już nigdy dane rozwiązać mojej sytuacji z Panem Czyste Zło. Ja się nie odważę a on najpewniej nawet tego nie odczuł. Nie miał prawa, bo schowałam to w sobie najgłębiej jak się tylko da. Być może nigdy więcej go nie zobaczę. Racjonalna część mnie mówi mi, że to co myślę jest najczarniejszym scenariuszem, ale wolę być na to przygotowana i pozytywnie się zaskoczyć niż rozczarować. Nie chcę czekać na coś co może się nigdy nie wydarzyć. Chcę tam tylko dzisiaj pójść, przytulić go ostatni raz i powiedzieć, że za nim też będę tęsknić. Wyrzucić z siebie te emocje które mam choćby po części. Puścić hamulce, których mam za dużo i powstrzymują mnie przed pójściem za tym co czuję. Nie chcę patrzeć w tył i nie będę, bo tak czy siak nic więcej ponadto nie mogę dziśzrobić, żeby godnie zamknąć to wszystko a nie odejść bez pożegnania.

Wpis larvette

  Ojejku. Kupę czasu mnie tu już nie było. Właściwie to zastanawiałam się, czy ktokolwiek jeszcze z tego portalu korzysta i czy w ogóle nadal istnieje. Czasem się zastanawiam, czy nie powinnam tu wrócić. Pamiętam ile to dawało mi kiedyś ukojenia, gdy siadałam wieczorem by napisać post. A teraz właściwie nie piszę na komputerze nic prócz pracy magisterskiej. Trochę smutne, ale jak widać wszyscy dorośliśmy. Nawet nie wiem, czy jeszcze potrafię w te wszystkie blogi.

 

  Bałam się w sumie tutaj pisać. Bałam się, że czytają to ludzie z którymi nie mam kontaktu od 2018r. To mnie skutecznie zniechęciło do pisania tutaj. Wielokrotnie szukałam podobnego miejsca, eksperymentowałam, jednak nigdzie już nie było tak jak tu. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - prawda? Może pora przestać się nimi przejmować. Nadal pamiętam, bo nigdy nie zapominam. Wszyscy napotkani przeze mnie ludzie mają jakieś miejsce w mojej pamięci. Dla nich pewnie jestem jak stare pudełko schowane gdzieś głęboko w szafie na strychu. Mam nadzieję, że tak jest i żadne z nich już tu nie wchodzi by sprawdzić co u mnie słychać. Chętnie opowiem, ale nie chcę by szukali o mnie informacji po kryjomu. Budzi to pewien niepokój w związku z możliwością bycia źle odebraną.

 

  Co u mnie słychać? Czasem sama się zastanawiam. Brakuje mi czasu chwilami na tak mocne zastanawianie się nad tym jak kiedyś. Czuję, że to źle. Zdarza się, że umykają mi ważne kwestie. Ale taka chyba już jest cecha dorosłego życia. Pracujesz, uczysz się, próbujesz znaleźć balans pomiędzy tymi wszystkimi zadaniami ale to nie zawsze się udaje. Ja wciąż się tego uczę. Wymieniłam na lepsze sporą część rzeczy w moim życiu. Nie ma w nim miejsca na dramy, wielkie depresje i taką ilość toksycznych relacji jak kiedyś. Wyrzuciłam je wszystkie. Obecnie jeśli jakieś są, to trwają krótko a ja się z nich wycofuję. Albo po prostu się kończą, bo pozwalam im odejść. Choć chętnie do nich w myślach wracam, szczególnie w ciągu ostatnich tygodni. Myślę sobie o nich, bo mam w sobie jakiś dziwny sentyment. Pewnie dlatego, że te relacje dają mi zawsze ogrom różnych silnych emocji, a do tego wiem, że niekiedy mam słabość. ''Uwielbiamy wszystkich, na których widok nasze serca biją mocniej'' - taki mniej więcej był opis pod zdjęciem, które dodałam dzisiaj na Instagramie.

 

  Czuję, że jestem na dobrej drodze. Że właściwie to, to moje życie idzie już od jakiegoś czasu w dobrym kierunku. Właściwym, bo czuję się na swoim miejscu. Czasem tylko zdarza mi się iść gdzieś, gdzie nie powinno mnie być. Jednak natychmiast czuję to w środku. Czasem zbaczam z tej drogi, ale na szczęście tylko na chwilę. Często zdarza mi się pomylić. Był kiedyś jeden utwór na ten temat, który by tu teraz pasował. Często też boję się zaufać swoim wyborom, bo przypomina mi się jak często się w nich myliłam. Jednak chyba na te przypadłość cierpią wszyscy, którzy się nad tym zastanawiają i biorą pod uwagę fakt, że nie są wszechwiedzący i nie maja monopolu na rację. Kończę już studia. Właściwie to skończyłam, bo została mi tylko obrona. Cała ta sytuacja na świecie skutecznie utrudniła mi pisanie pracy i przy okazji utrudniony kontakt z promotorem również mi nie pomógł. Więc w efekcie jestem tu gdzie jestem. Kończę badania. Byle do końca i z wielkim uśmiechem na ustach pożegnam się z tą uczelnią, bo ostatnio naprawdę dawała mi już w kość. Poza tym jestem już wypalona w byciu studentem. Kiedyś myślałam, że będę studiować dłużej niż 5 lat, bo bałam się pójścia do pracy i dorosłego życia. Dziś mam dość całego tego bałaganu, który tam panuje i całego studenckiego życia. Ostatni rok łączenia pracy ze studiami ofiarował mi to w prezencie. Jestem za niego wdzięczna. Mimo, że obrona dopiero przede mną, to czuję że nie zmarnowałam czasu.

 

  Dostałam się na kurs o którym kiedyś wstyd mi było nawet pomyśleć, że mogłabym próbować. Miałam w sobie olbrzymie poczucie bycia ''niegodną'' z powodu całej swojej przeszłości. Wyobrażałam sobie, że odpowiednia w tym miejscu osoba to taka na której nie ma ani jednej rysy. A to przecież kompletnie nie tak. Wszyscy mamy na swoich duszach jakieś rysy. Większe lub mniejsze. Istotne jest tylko to w jaki sposób próbujemy z nimi żyć. Na szczęście coś we mnie pękło w którymś momencie i postanowiłam spróbować. Bo przecież jeśli nie spróbuję to nigdy się nie dowiem. Ocena tego czy się nadaję do wykonywania tego zawodu należy do nich, nie do mnie. Przyjęli mnie. Najwyraźniej czytając moje podanie i uzasadnienie stwierdzili wstępnie, że się nadaję. Dziś mnie już to tak bardzo nie dziwi, bo poznając ludzi, którzy tam są, na każdym kroku przekonuję się, że żaden z nich nie jest bez skazy. Wszyscy mamy swoje demony i oni też. Zresztą jak mieliby pracować nigdy się z nimi nie spotykając?

 

  Wspomniany w poprzednim wpisie już nie trzyma mnie za rękę. Od roku. Właściwie to 1 września będzie rocznica. Niestety tu znowu się pomyliłam. Do dziś się zastanawiam, jak mogłam nie wziąć poważnie tylu ostrzegawczych lampek które wyświetlały mi się w głowie po drodze i krzyczały o tym jaki to typ człowieka. Taki którego lepiej unikać. Wciąż nie wiem jak mogłam pozwolić sobie na to, by uwierzyć w to co mówił gdy z moich zalet próbował robić wady. Dziś brzmi to dla mnie wręcz irracjonalnie. Chyba problem polega na tym, że wierzyłam mu we wszystko i pozwoliłam na to by to co mówi na mój temat w mojej głowie było niepodważalną prawdą. To była przemoc, czysta narcystyczna przemoc, ukryta pod płaszczykiem ładnych uśmiechów. Dziś potrafię już powiedzieć o tym głośno.

 

  Kolejny był w porządku. Ale miał w głowie inną, więc wycofałam się, gdy tylko się o tym dowiedziałam. A następny po nim był Pan Czyste Zło. I zawsze myślałam sobie o nim gdy tylko słyszałam utwór Sariusa o tytule ''Wampir''. Albo ''Roses'' od Saint Jhn. Facet, który miał idealne kompetencje do tego by rozwalić mnie bardziej niż rok temu ten, który w poprzednim wpisie trzymał mnie za rękę. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby to wszystko się nie zatrzymało, to prawdopodobnie miałaby miejsce w dalszej perspektywie depresja tysiąclecia. I gdybym miała w sobie więcej śmiałości, której na szczęście nie miałam. Ale kiedy zaczęło robić się niebezpiecznie to cały świat się zatrzymał. Pozamykano nas w domach. Straciłam pracę i jednocześnie straciłam kontakt z nim. Choć raz na jakiś czas się odzywa. Zawsze coś wtedy ode mnie chce. Wyjechał do domu i do tej pory na stałe nie wrócił. Nie widziałam go od marca. Choć miesiąc temu wróciłam już na szczęście do pracy. To skończyło się prawie bezboleśnie właśnie dlatego, że nie protestowałam i nie zabiegałam o kontakt gdy wszystko wywróciło się do góry nogami. Na szczęście. Mogło być gorzej. Chociaż to chyba ten typ, z którego nigdy do końca się nie wyleczę. (Czy ja w ogóle z któregokolwiek całkowicie się wyleczyłam?) W pracy nadal na każdej zmianie słyszę tamte utwory. I za każdym razem wszystko wraca. Choć na szczęście szybko mija. Mimo wszystko niepokoi mnie to, że ostatnio zbyt często o nim myślę.

 

  A przecież jest jeszcze nowy. Co do którego mam mieszane uczucia. Niby wszystko w porządku - a jednak coś mi nie pasuje. Tak czuję, jakby to wszystko to były słowa bez pokrycia. Myślę, że mam ku temu powody. Bo słyszę te słowa, lecz po nich nie następują czyny. Stąd oczywisty dysonans. Czułam coś jeszcze niedawno, byłam z tego powodu szczęśliwa. Ale kilka sytuacji dało mi do myślenia i intuicja mówi mi, że to co on mówi nie jest do końca szczere. Brakuje mi też kilku ważnych elementów, praktycznie od samego początku. Będziemy musieli poważnie porozmawiać.

 

  Szczególnie, że ja już od dawna nikogo sobie nie szukam. Faceci mi się po prostu ''trafiają'', żadnych rozpaczliwych myśli na temat ''ja chcę mieć faceta''. Jest mi naprawdę dobrze tak jak jest. 

Wpis larvette

To już prawie trzy tygodnie a ja nadal nie mogę się pogodzić z tym że moja poprzednia praca się skończyła. Chociaż mam już nową. Więcej zarabiam. I chyba nawet jest mi tu lepiej, bo ostatnio mocno posypało się z tamtymi ludźmi. Przyszła jedna, dowalała się do mojego faceta. A potem druga którą mówiła że jest moją przyjaciółką. Fałsz. Ale on je spuścił na drzewo, obydwie. Na pożegnalnej imprezie z mojej pracy jasno im pokazał. Zaznaczył, że tylko dla mnie obok ma miejsce.

 

A dużo się działo od postu z 1 maja. Poszedł ode mnie. Nie było go miesiąc. W tym czasie on skończył 37 lat, ja nauczyłam się kontroli emocji, znalazłam nowych ciepłych ludzi i zaczęłam grać na keyboardzie. I musiał wtedy odejść, by zrozumieć, że moje uczucia są stałe a jego życie beze mnie to tylko pusta egzystencja. To co mi powiedział gdy wrócił do mojego życia widziałam w jego oczach wtedy gdy tylko witałam się z nim w mojej pracy i więcej nic. I wtedy gdy tydzień po odejściu zażartowałam żeby wpadał do nas o 7 rano po afterze. A o 8 stał pod naszymi drzwiami i mnie obudził.

 

Ale teraz już oficjalnie. Kiedy idziemy przez miasto, mocno trzyma mnie za rękę. A ludzie się tylko patrzą. A niech się patrzą. Razem przyszliśmy na tamtą imprezę pożegnalną dokładnie tydzień temu, moim koleżankom wręcz odjebało. Przynajmniej wiem kto jest ze mną szczery. Poznałam jego córkę i mamę. Zaakceptowali mnie. Jeszcze nie powiedziałam tylko mojemu tacie, bo tego się boję. Wiem, że powinnam. Martwię się jego reakcją, choć mama nie powiedziała mi złego słowa.

 

To wszystko zbiegło się z odstawieniem leków. Więc emocje we mnie wybuchły, jak wielki ogień. Przez jakiś czas nie wiedziałam co dokładnie czuję. Ale już wiem. To jakaś dziwna tęsknota. Jakaś nostalgia. Ale to nie smutek, choć wiem że za bardzo tkwię w przeszłości. Czuję się tak jak ta dziewczynka w gimnazjum która zakochiwała się pierwszy raz. Codziennie, szczególnie pod wieczór aż przechodzą mnie dreszcze i chce mi się płakać, jeśli tylko zauważę coś pięknego. A prawie wszystko jest dla mnie piękne teraz. Nawet pieprzony szyld galerii, który widzę teraz gdy tu siedzę przed pracą. Bo znów pracuję w klubie.

 

A szczególnie chce mi się płakać ze wzruszenia kiedy on mówi mi, że jestem inna. Że mnie szanuje. Że mam takie ciepłe oczy. I że jestem jedną z tych dziewczyn, które nie są rozdziałem w życiu tylko tymi z którymi się żenią. Bo są po prostu dobre. I mają czyste serca.

 

On uspokaja mnie mocno i ja to sobie robię

Choć z uwagi na swoją własną przeszłość i kilka lat wstecz nadal żyje we mnie jakiś swoisty niepokój. A szczególnie przez to, że moi poprzedni szefowie tak po prostu nagle sprzedali nas wraz z klubem nowemu właścicielowi. Zadośćuczynili w zasadzie i cały czas za nimi tęsknię, ale to był zbyt duży szok. Jeszcze upłynie trochę czasu aż wrócę do równowagi. Poznałam tego nowego właściciela. I tak na poważnie to nie chcę go znać. I tak musiałam znaleźć sobie coś nowego na czas w którym trwa tam remont. Bo będzie z tego kolejny klub. Ale ja nie chcę dla niego pracować. I nie z fałszywymi koleżankami. A w sumie to nie straciłam nic, zostawiając tamto. Tu gdzie jestem teraz stawkę mam taką samą jak tam mi obiecywano. Przy normalnej muzyce i chyba z normalnymi ludźmi. Choć dopiero ich poznaję. Ale powoli zaczynam ich dążyć sympatią. Mówię sobie że wszystko się ułoży. Bo pewnie tak będzie. Zawsze tak było niezależnie od tego jak sytuacja była tragiczna. Więc i tym razem tak będzie. Szczególnie, że nie jestem sama, mam go obok siebie. A razem poradzimy sobie ze wszystkim.

 

https://youtu.be/Y7bx8yaPsTk

Wpis larvette

To już prawie miesiąc od kiedy widzieliśmy się pierwszy raz poza moją pracą. Wciąż się spotykamy. Tylko wszystko się już zmieniło. We mnie już zniknął lęk i niepewność. Powoli przestaję szukać dziury w całym. Widzę, że on ma wady. Ale nie takie z którymi nie mogłabym żyć. Po prostu ludzkie. Emocje są ważne. I czasem pod ich wpływem zachowujemy się źle. Doskonale widziałam, że miał powód. Człowiek od miesięcy krzywdzony i wyzyskiwany ma prawo się bronić słowami. Nawet jeśli są bolesne.

 

Po prostu jestem szczęśliwa. I bardzo ponad wszelkim syfem. Jest stabilnie i pewnie. To nie człowiek, który nagle bez słowa znika z Twojego życia. Bo on rozmawia. On komunikuje i próbuje się dogadać. On chce wiedzieć co druga osoba ma do powiedzenia. Bo nie jest tchórzem. Zresztą już wiem, że ode mnie nie ucieknie. Widzę, że jest szczęśliwy. I zachwycam się tak normalnymi rzeczami, których brak powinien być nie do przyjęcia. On mnie nie ukrywa przed swoimi znajomymi. On nie kryje mnie przed swoją ex. A pracują razem w tej samej firmie, na jego szczęście po dwóch stronach budynku. Niczego nie ukrywa. Tak samo przede mną. Nie robi jakichś dziwnych akcji. Po prostu widzę, że jest ze mną całkowicie szczery, zadaję pytanie, dostaję odpowiedź. Bez kombinowania. To ja jestem tą stroną która się boi opowiedzieć wszystko. Ale gram w otwarte karty i odpowiadam szczerze kiedy mnie o coś zapyta. Wczoraj zapytał mnie co takiego złego wydarzyło się w moim życiu. W skrócie odpowiedziałam mu o gimnazjum (w skrócie nie dlatego że, chciałam coś ukryć lecz dlatego że to bardzo długa historia). A on po prostu zrozumiał. Przytulił mnie i powiedział, że to musi być straszne być tak ciągle poniżanym. To była tylko część mojej trudnej historii, bo naturalnie jakoś tak wyszło że zmieniliśmy temat. Ale na pewno opowiem mu całą resztę kiedy poprosi.

 

I to ja jestem tą stroną która chce to co nas łączy trochę schować w cieniu przed niektórymi osobami. Ale myślę, że to słuszne, że nie chcę się tym afiszować w pracy jeśli poprzednim razem gdy coś mnie z kimś łączyło mój szef nagle zaczął być dla mnie bardzo niemiły i o wszystko się czepiać. Jednak i tak ostatnio z pracy wyszliśmy razem, a on nas widział. Tak czy siak będzie musiał się z tym pogodzić. Ja od samego początku stawiam granice w stosunku do szefa. Ja jestem pracownikiem, a on szefem. Możemy być znajomymi, ale nic więcej. Pomijając to, że nawet gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach - jego podejście do życia i ludzi jest tak bardzo sprzeczne z moim, że na wejściu i tak dostał by ode mnie kosza. I wychodzi na to, że jesteśmy razem. Choć żadne z nas tego wprost nie powiedziało. Ale wiem, że on myśli o mnie poważnie skoro chce żeby jego córka mnie poznała. Nie przedstawiał by jej mnie gdyby było inaczej. Boję się tego panicznie. Choć wiem, że to w końcu się wydarzy.

 

Miałam jechać do nich jutro, ale rano miałam sporą gorączkę i nie chciałabym zarazić małej. Nie wiem jak to wyjdzie. Martwię się, że ona mnie nie polubi a wręcz znienawidzi. Choć moja terapeutka powiedziała "jeśli jest faktycznie tak jak on mówi, ona może się wręcz ucieszyć, bo widzę że Pani zależy na tym by mieć z nią dobry kontakt". I jeszcze "naprawdę myśli Pani że gdyby on wiedział, że Pani tam nie chcą to narażał by Panią na to?". No właśnie. Nie sądzę. Nigdy nie narażał mnie na nic nieprzyjemnego. Więc zaufam mu. Szczególnie, jeśli chcę by to miało przyszłość, muszę mu zaufać.

 

Jeszcze nigdy się nie kłóciliśmy. Nie wiem o co moglibyśmy w ogóle się pokłócić skoro mamy tak bardzo podobne podejście do życia, ludzi i system wartości. Jesteśmy podobni. Jeśli z kimś być to na poważnie. Jeśli być to na stałe, nie bawić się uczuciami. Jeśli coś robić to z pasją. Jeśli się nie zgadzać z kimś to konstruktywnie, nie w kłótni. Po prostu on jest dojrzały. I ja również. To samo wyobrażenie na temat tego jak powinny wyglądać relacje sprawia, że sporów brak. Pomijając tylko ostatnią sprzeczkę o lekarza. Ale ciężko to nazwać kłótnią. Był chory, a ja wysyłałam go do lekarza. On jest uparty i nie chciał iść, bo twierdził że mu przejdzie. Ostatecznie mnie posłuchał, poczekał aż w niedzielę skończę pracę nad ranem i pojechaliśmy razem na całodobówkę. Później do mnie i poszliśmy spać.

 

On mnie tak rozumie. On ma żywe emocje które potrafi rozpoznawać. On mówi, że nawet jak jest zły, bo ktoś gdzieś go wkurzył to stara się jak może żebym ja tego nie odczuła. Trafił mi się prawdziwy skarb. A niejednokrotnie był krzywdzony i wykorzystywany przez inne kobiety. Przez narcystyczne zimne suki, przynajmniej jeśli są naprawdę takie jak on opowiadał. Ja jestem na przeciwległym biegunie. I dla niego to nowość. A mimo tego wszystkiego on ma dobre serce. I wiarę w to, że istnieje miłość. Ja straciłam nadzieję, że ona mnie kiedykolwiek spotka, ale chyba powoli ją odzyskuje. Bo jest tak miło, jak niezapowiedzianie wpadam do niego do pracy po drodze do swojej, lub wracając od koleżanki jak wczoraj. Widziałam, że szczerze się cieszył, że mnie widzi.

 

Mam pewność, że nie jestem tu niechciana. Wręcz przeciwnie. Choć nigdy bym nie pomyślała, że moje życie potoczy się w ten sposób. To duże zaskoczenie. Poza tym już powiedziałam o tym mojej mamie. Była trochę zaskoczona. Ale ostatecznie powiedziała, że to moje życie i ja wybieram z kim się spotykam a najważniejsze jest to żebym była szczęśliwa. I jestem. Moje przyjaciółki go uwielbiają, mówią że jest taki miły. Że dobrze mnie traktuje. Cytuję "w końcu ktoś normalny". No tak, to prawda. On też jest kompletnym przeciwieństwem moich poprzednich. I mam nadzieję, że tak pozostanie.

Wpis larvette

Jestem. Nie wiem czy wracam. Dziś nabrała mnie ochota by coś tu napisać. Bardzo dawno mnie tu nie było. Wiele się pozmieniało. Może znowu będę pisać tu częściej. Od listopada minęło naprawdę dużo czasu. Ułożyłam sobie życie.

 

Już nie boję się rozmawiać z ludźmi. Mam ich wokół siebie wielu. Naprawdę wartościowych, dla których jestem ważna. Z których strony nie obawiam się wbijania noża w plecy pod osłoną nocy. Po depresji nie ma już śladu. Pozostały tylko stare blizny. Ale spokojnie, zagoją się. Może jeszcze z rok lub dwa. Dbam o nie. To blizny bojowe a nikt nie odbierze mi tej siły.

 

W pracy bywało różnie, nie raz czułam się zagrożona jednak zupełnie bezpodstawnie. Zyskuję coraz większą pewność. Czuję się spokojnie. Choć to takie toksyczne i hermetyczne miejsce. Ale ja odnajduję się tam wspaniale. A przecież nie jestem sama i nie ulegam wpływom. Niech robią co chcą, ja i tak będę robić swoje. Nikt nie jest w stanie niczego wymusić. Ze sobą też czuję się dobrze. Wyjątkowo dobrze. Wróciłam do swojej wagi z 1 roku studiów i do czerni na głowie. Ale tym razem naturalnie. Mój mózg nie działa. A raczej działa ale na zwiększonych obrotach. Tamten okazał się kompletnym palantem. Odszedł z pracy i nie muszę go już widywać co weekend. Czasem się zjawia i próbuje znów czegoś, ale mnie jest obojętny z przejściem w stronę złości. Ale jestem ponad tym.

 

Poznałam kogoś. Właściwie to już we wrześniu, ale mijaliśmy się tylko się sobie przyglądając. Mówiliśmy sobie cześć i nic więcej. Aż zaczął mnie zagadywać jakieś dwa miesiące temu i pisać do mnie na fejsie. Na samym początku czułam tak jakby to było przeniesienie z X. (czy ktoś to w ogóle jeszcze pamięta? :D) Po prostu pewnego razu szłam za nim po szklanki i zobaczyłam nagle, że on porusza się tak samo jak X. I wchodzi w grę różnica wieku, czego wcześniej nie wiedziałam, dopiero jak przestalkowałam fejsa. Ale X był ode mnie 30 lat starszy a on jest 14. Z koleżankami dawałyśmy mu max 30stkę. Błąd. Nie wygląda. I tak wyszło, że ja się zakochałam. A on chyba czuje do mnie to samo.

 

Bynajmniej nie otrzymuję ostrzegawczych flag z napisem ''on chce Cię wykorzystać''. Przez to wszystko co wcześniej przeszłam nadal mam te lęki. Że ktoś zamiast mnie pokochać, będzie chciał skorzystać z mojego dobrego serca. Przyglądam się bacznie. Szukam za i przeciw. Więcej argumentów jest przeciw lękowi. Właściwie to wszystkie.

 

W czwartek widzieliśmy się pierwszy raz poza moją pracą, wcześniej tylko rozmawialiśmy gdy przychodził do nas z drugim kolegą DJem albo sam coś tam tworzył. Tak wyszło, że akurat spontanicznie zaprosił mnie do kina, siedziałam wtedy z koleżankami z uczelni na piwie. Pobiegłam do niego, bo od dłuższego czasu wiedziałam, że w końcu mnie gdzieś zaprosi. Zdenerwowana bardzo. Oboje nie wiemy o czym był film, bo przegadaliśmy całe dwie godziny. Tak dobrze nam się rozmawiało. Opowiadał mi o swojej przeszłości. Moje wątpliwości zostały rozwiane. Cieszę się, że powiedział mi o tym natychmiast gdy nadarzyła się okazja, ja nawet go o to nie pytałam. To bardzo dobrze o nim świadczy.

 

Dwa lata temu się rozwiedli (a ja obawiałam się, że szuka jelenia na skok w bok), nie dopytywałam dlaczego. Mam pewność, że na pewno opowie mi o tym później. Ma dwójkę dzieci. Syn został z matką, bo tak wybrał, a młodsza córka z nim. Bardzo ważne było dla mnie usłyszeć od niego o tym odkąd zobaczyłam zdjęcia na facebooku. Ale nie wygląda na to by nie dbał o kontakty z dziećmi. Wygląda na to, że wszystko jest ok, jednak jestem czujna. Bo jeśli cokolwiek pomiędzy nimi nie jest w porządku to ja stąd uciekam. Nie chcę skrzywdzić niewinnych młodych ludzi.

 

D. oczywiście mnie skrytykował. On się nie odzywa ani ja się nie odzywam. Od października nie rozmawialiśmy na żywo. I dobrze. Nie chcę go widzieć. Znów chciałby mnie wykorzystać. On nie ma żadnego wstydu. Próbował mnie umoralniać. Ale on ma jakieś spaczone spojrzenie na świat. Krytykuje każdego a sam zachowuje się 100 razy gorzej. Ekspert od moralności kłamiący przed Bogiem na kolanach i przysięgający wiedząc, że nie dotrzyma przysięgi. Wykorzystujący mnie wcześniej do cna. On ma mi mówić, co jest dobre, co złe? Powiedział, że skrzywdzę ich wszystkich. Moja terapeutka zaśmiała się na to i powiedziała mi ,,no i kogo Pani spytała? Przecież on nie ma prawa być autorytetem moralnym''.

 

Przecież on nie rozwiódł się z żoną przeze mnie. Nawet się wtedy nie znaliśmy. I doskonale wiem, że dzieci zawsze mają być najważniejsze. Ale to co stało się w jego przeszłości to nie jest moja wina. I każdy ma prawo ułożyć sobie życie. Niezależnie od bagażu. Najważniejsze, że postępuje właściwie, nie oszukuje nikogo, nie zaniedbuje i o wszystko dba. Zresztą chyba szukamy tego samego. Rozumiemy się doskonale. Widocznie tak miało być. Nigdy nie zamierzam stawać pomiędzy nim a dziećmi. Nawet nie wiem i boję się mocno czy kiedykolwiek mnie zaakceptują i będą tolerować gdyby coś z tego wyszło. Ale nawet jeśli to nie będę ja, on ułoży sobie życie z kimś innym. To nie ja odpowiadam za ten rozwód. Nie widzę tu żadnej swojej moralnej winy.

 

A on po prostu o mnie dba. Choć bywa czasem lekko nieśmiały, tak jakby się bał, że dla mnie te całe bagaże będą nie do przeskoczenia. Można mieć przecież ich więcej, można się krzywdzić. To nie jest coś czego nie potrafiłabym zaakceptować. Wolę faceta z przeszłością niż pustego typa, który myśli tylko o tym jak zaciągnąć mnie do domu. Wolę faceta, który wsadza mnie do taksówki żebym nie szła sama po nocy niż tego który się pcha żeby jechać nią razem ze mną. Wolę faceta który zamiast się na mnie rzucać pocałuje mnie delikatnie ''żeby mnie nie odstraszyć'' i nosi na rękach. Ten pocałunek mogłabym porównać tylko do tego, który był moim pierwszym i jakiś czas po nim zdecydowaliśmy, że będziemy razem. Byliśmy przez 1,5 roku, bo on naprawdę mnie kochał. 

 

I choć cały czas czuję lęk i potwornie boję się o to, że się co do niego pomyliłam jak co do kilku poprzednich to on powoli zaczyna opadać. Pozwólmy się temu dalej potoczyć. Zobaczymy co dalej będzie. Tęsknię.

Wpis larvette

To wszystko było kłamstwem. To nie była miłość. Nie z jego strony. Był wyrachowany i zimny. Wykorzystywał moje uczucia. Pozwolił mi odejść. W głowie miałam głośne ''spierdalaj''. I chciałam wrzeszczeć. Szczególnie po ostatnim razie kiedy czułam się jak rasowa prostytutka. Wszedł i wyszedł. Zamieniliśmy ze sobą trzy słowa. Praca uratowała mi życie. Gdyby nie ona, dalej bym w tym tkwiła. 

 

Pracuję, chodzę na zajęcia, chudnę. Za dużo mam na głowie. Bardzo dużo piję. Ale czuję się dobrze. Choć dzisiejszy dzień nie należy do najlepszych. Dzisiaj moja impreza urodzinowa. Kolega z pracy mnie namówił. Okazało się, że jednak mam kogo zaprosić. I to będzie całkiem liczne grono. W dzień swoich urodzin też nie byłam sama. Pracowałam. Polała się wódka i poszły papierosy. Zamknęliśmy klub i poszliśmy na piwo. Tam spotkaliśmy kilku starych pracowników. O 6 rano wróciliśmy do klubu. Tańczyliśmy i piliśmy w pustym klubie. Szef standardowo polewał. 

 

Poznałam kogoś już jakiś czas temu, będzie u mnie dzisiaj. Otworzyłam serce ale widzę, że on nie jest gotowy. Twierdzi, że nie ma już serca. Każdy je ma. Ale jemu je mocno złamano. Poprzednia zdradziła go z jego kumplem. Widzę, że to go nadal boli. Ma wielką otwartą ranę która nie chce się goić. A ja mimo wszystkiego co się wydarzyło między mną a D. nadal mam swoją nadzieję. Nadal potrafię marzyć. Wszystko jest okej. 

 

Intuicja nie daje mi spokoju. Ale wszyscy dobrze mi życzą. Jedno wiem na pewno. Musi się udać. 

Wpis larvette

Zdjęcie moje. Wpis z wczoraj, bo jak to ostatnio w zwyczaju Photoblog szwankował i nie dało się dodać wpisu.

 

Przyszłam do parku coś napisać. Pomyśleć. Chyba potrzebuje wytchnienia. Odpoczynku od emocji. Przez ostatni rok chyba zbyt wiele się działo. Z nim jest tak jak było wcześniej. Przyjechał do mnie w sobotę przed moim wyjściem do pracy. Znów jak na początku z drapania, szczypania i dokuczania przeszliśmy w pocałunki. Położył mnie obok siebie na łóżku. Patrzył mi w oczy. Powiedział "Chyba powinienem już pójść." Zapytałam o powód. Odpowiedział "Inaczej będę musiał Cię pocałować." Pytał mnie czy teskniłam, bo on bardzo. Odpowiedziałam, że nie. Po prostu pogodziłam się z tym, że wybrał inną drogę. W tamtym momencie nie czułam nic prócz przeładowania emocjami i myśli "ja nie wiem co czuję". Za dużo się wydarzyło. A minął już rok odkąd to wszystko się zaczęło. Pamiętam zeszłoroczny wrzesień. Picie i wiszenie na snapie. Wstawanie o piątej do kota. Myślenie o nim w środku nocy na huśtawce. Rzucanie palenia. Brak odwagi by się przyznać przed samą sobą, że coś do niego czuję. To trwało chyba z miesiąc. A on był jakiś inny niż oni wszyscy. Jakby nie stamtąd.

 

Aż nadszedł październik i nasze spotkanie. Najpierw we trójkę. Później we dwójkę. Dziś wiem, że nie myliłam się wtedy nawet odrobinę pytając siebie "czy on robi do mnie maślane oczy?" W sobotę powiedziałam mu, że ostatnio czułam się trochę odrzucona przez niego. Nie wiedział, że tak się czułam. Przeprosił. Obiecał że to się już nigdy nie wydarzy. Coraz rzadziej myślę o tym gdzie jest. Miesiąc temu przyjął święcenia. Czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Nie wytrzymał. Choć chciał. Ja wiem, że tamto życie nie jest dla niego. Chyba że ciągle będzie łamał swoje obietnice względem wyższych sił. Zapytałam co mu się stało. Skąd zmiana zdania. Odpowiedział "Ty mi się stałaś". Ojej.

 

Nie, to nie znaczy że stamtąd odchodzi. Nie pytałam. Nie zmuszę go do wyboru. Nawet tego nie chcę. Może w ten sposób mi nawet łatwiej w tej chwili. Oboje jesteśmy wolni. Ale wiem, że wciąż jestem ważna i nadal w ten sam sposób.

 

Pamiętam grudzień, gdy wszystko zaczęło pędzić z prędkością pendolino. Jak nie szybciej. Nagle wszystko się wywróciło. Wpuściłam go do mojego domu. Wpuściłam do swojego życia. Dziś na Facebooku wyświetliły mi się wspomnienia z tamtego roku. Post który dodałam. "Czy burczy Ci czasem w głowie?" Wtedy burczało. W sercu też. Od roku nie burczy.

 

Przyszłam sobie posiedzieć na ławce w parku. Z ulubioną colą jak za starych czasów. Jak w gimnazjum, jak tamtego wieczora gdy przy dźwiękach "Noc i dzień" okaleczyłam się pierwszy raz. Dobrze to pamiętam. Wtedy słuchałam tego, choć nie znałam znaczenia tych słów i emocji. I myślałam czy choć jedna chwila z mojego życia będzie tak wyglądała. Wyszła nowa wersja tej samej płyty. Gdy słucham tego utworu widzę nas. Mnie i jego, kiedy razem spontanicznie skończyliśmy w klubie. Patrzyliśmy sobie w oczy a później w pośpiechu wyszliśmy z klubu. W drodze zdecydowaliśmy że nie rozchodzimy się w dwie osobne strony. Pojechaliśmy do mnie.

 

Jak byłam w gimnazjum nigdy nie pomyślała bym że tak potoczy się później moje życie. W tej historii jest mnóstwo emocji. Pełnia narwania. Rok temu nie wyobrażałam sobie że tak będzie wyglądało dziś moje życie. Nie rozumiałam co to znaczy należeć "do nich". Do tych dziewczyn które uchodzą za nudne singielki. Ale tylko ich najbliżsi przyjaciele wiedzą, że one wcale nie są same. I nie są nudne. Lecz przed większością świata muszą ukrywać pewną część swojego życia. W obawie przed niezrozumieniem.

 

Pewnie większość otworzyła by szeroko oczy. Ale nie ma takiej potrzeby. Tu jestem anonimowa. Mogę o tym pisać. Nawet on nie ma tu wstępu. To jest moja własna świątynia. Moje miejsce do którego nie dopuszczam praktycznie nikogo. I o tym wszystkim mogłabym napisać dobrą książkę. Chyba nawet widzę siebie za klika lat i miejsce w którym będę się znajdować. Chyba wciąż będę mieć tę tajemnicę. Czuję, że to zostanie na zawsze. Że to co jest między nami wciąż jest aktualne, będzie i to nie jest ściema. Wbrew wszystkiemu. Wbrew ludziom, wbrew prawu, wbrew przysięgom. Nawet wbrew Bogu. A może wcale nie? Może o to najwyższemu właśnie chodziło? To ja jestem tą dziewczyną, która zawsze ma słuchawki na uszach i uzależnienie od ciemnych okularów. Nie ukrywam się. Lubię zatapiać się we własnym świecie i własnych myślach. Nikt kto spotyka mnie na ulicy nie pomyślał by kim naprawdę jestem. Ludzie widzą tylko pozory. Nie mają rentgenu w oczach, więc nie widzą wnętrza.

 

Nawet gdy ze sobą akurat nie rozmawiamy. To czuję się tak jakbyśmy ciągle byli obok siebie. To że nie mówi ani słowa nie znaczy że nie ma go przy mnie. To zdecydowanie głębsze. Bardziej skomplikowane. Jeśli jest w moich myślach, to jest też obok mnie. Jakbyśmy chodzili za sobą krok w krok, jak duchy. Trochę zagubione dusze. A może nawet bardzo. Mam go w myślach cały czas. Ja wiem, że zawsze mam gdzie wrócić. Wiem że mam swoje wspierające ramiona w których mogę się schować. Choć inni o tym nie wiedzą. Z wiekiem coraz bardziej dość mam emocjonalnego ekshibicjonizmu. Szczególnie tego na Facebooku. Miliarda statusów i pocałunków na zdjęciach. Świat nie musi o nas wiedzieć.

Wpis larvette

Tylko coś dobrego napisałam, a już się trochę pochrzaniło. Cholera jasna, wróżyłam z kart i to w nich było. Wszystko się sprawdziło. Co do joty. Kupiłam karty Tarota. Zawsze chciałam je mieć. Od czasów gimnazjum bliżej mi było do nich, niż do kościoła. Nie sądzę bym przestała się tam pojawiać, to nadal wiele dla mnie znaczy. Ale bardziej w kwestii bezpiecznego miejsca niż wiary. Choć gdy tam przychodzę, czuję to wszystko, wychodząc - przestaję. 

 

Miałam się w piątek spotkać z moim przyjacielem. Ale napisał wiadomość, że zerwała z nim jego dziewczyna. PRZEZE MNIE. Nie napisał mi tego wprost, ale powiedział, że ciągle robiła o mnie awantury. Że chciała się ze mną spotkać, sam na sam. Zbiło mnie z nóg. Nigdy nie wchodziłam, ani nawet nie zamierzałam wchodzić w ich wspólne życie. W jego życiu jestem od dwóch lat. Porzucanie przyjaciół, bo znalazło się miłość chyba nie jest najlepszym wyjściem. Jesteśmy przyjaciółmi, mamy wspólne tematy, rozumiemy się, potrafimy się rozśmieszyć. Nic więcej. Zawsze życzyłam im szczęścia. 

 

Napisała do mnie. Powiedziała mi, że wybrał mnie. Nie ją. Wyciągnęła ten wniosek na jakichś mętnych podstawach. W pewnym momencie zaczęła nawet próbować mną manipulować. Nie pozwoliłam. Nie wierzę w większość jej słów. Nie podoba mi się to. Bardzo mi się to nie podoba. Powiedziała, że mnie bronił przed nią, mimo że ona nigdy nie powiedziała na mnie złego słowa. To przed czym niby miał mnie bronić? On by mnie nie okłamał. Nie miał powodu. Ona miała. Daję głowę, że nie była szczera. Zaczęła mi wytykać, że gdybym była jego prawdziwą przyjaciółką, to wiedziała bym pewne rzeczy. Stwierdziła, że nią nie jestem, bo nie wiem tego, że on darzy mnie jakimś uczuciem. Ona tak stwierdziła. Bo nie potrafił dla niej zrezygnować ze mnie. Boże, to chore. Kazała mu wybierać między mną a nią. Dodała, że to był test - i tak pozwoliła by się nam przyjaźnić. Mało istotne. To zabawa uczuciami... 

 

To podłe. Nie zasłużył sobie na coś takiego. On powinien być wzorem dla większości facetów. Zeszli się. Bo kupił jej kilka prezentów i kwiaty. Mnie nie olał. Poza tym, nawet bym nie chciała by cokolwiek do mnie czuł, prócz przyjaźni. Ja nie nadaję się do związku. Poza tym cały czas kocham kogoś innego. Zasłużył na coś lepszego. Na kogoś, kto będzie go szanował, kogoś kto będzie szczery i nie będzie próbował nim manipulować. Uważam za niezłe skurwysyństwo i egoizm próby odcinania faceta od jedynej przyjaźni jaka się ostała w ciagu ostatniego roku. 

 

Ale zostały mi w głowie jej słowa. Że nie wiem czegoś, bo mi nie powiedział, żebym nie miała o nim złego zdania. To mi nie daje spokoju. I to, że według niej on coś do mnie czuje, tylko milczy bo jest ktoś obok mnie. W każdą stronę - źle. To zniszczyło by naszą przyjaźń. Chyba, że w pewnym sensie wbrew sobie weszłabym w związek. Z poczuciem, że to jest facet który jest tego wart. Ale bez uczuć. Bez tych uczuć którymi darzę tamtego. Może to było by bezpieczne i szczęśliwe. Ale ja potrzebuję w życiu iskry, tamtej którą mam przy D. 

 

Ta rozmowa została między nami. Nie powiem mu ani słowa. Nie powinnam i nie chcę się mieszać w sprawy między nimi. Teraz chyba powinnam robić dobrą minę do złej gry, choć wiem, że ta dziewczyna gra nieczysto. Wiem, że po tym co powiedziała, przez ten test, ja nigdy jej nie polubię. Nie chcę zniszczyć naszej przyjaźni. Choć pewnie udało jej się go odciąć od świata. Brawo...

Wpis larvette

Fajnie czasem obudzić się przed 6. Szczególnie gdy ostatnio codziennie wstajesz przed 12. Jakoś czuję się bardziej wypoczęta niż wcześniej. A przespałam tylko 5 godzin. O matko, same tu liczby. Nie wyłączyłam komputera na noc. W efekcie obudziłam się o tej porze przy filmiku z kotem i tym odkurzaczem, który odkurza sam. (chyba czuje się jak własna babcia, bo nie umiem tego inaczej nazwać) Ale fajnie czasem wstać przed 6. Od razu wszystko wygląda inaczej. Nawet deszcz i chłód za oknem wygląda lepiej. Ładnie jest. Ładna jesień idzie do nas.

 

Wciąż przedszkolne przepychanki. Słabe zagrywki. Nuda. Blokowanie na instagramach, dodawanie i usuwanie ze znajomych na snapie. Zawiodłam się na nich, że nie potrafią zachować się lepiej. Nawet psycholog się śmiała gdy jej to opowiadałam. Przyznawała mi rację. Wiem, że ją mam. Gdyby tak nie było natychmiast prostowała by moje myśli. Zawsze tak robi, gdy się mylę. Ona nie stroni od krytyki. Ale tu usłyszałam - wieloletnie przyjaźnie nie zrywaja się w taki sposób przez takie pierdoły. Coś z tymi ludźmi było nie tak. Traktowali tak innych, w końcu padło na mnie. Tak musiało się stać, bo przecież jeśli ktoś źle traktuje innych to idzie się spodziewać, że Ciebie też może, mimo wieloletniej przyjaźni.

 

Jednak czuję, że wiele zyskałam przez zakończenie tego wszystkiego. Choć czasem wraca nostalgia. Przez te 8 miesięcy dorosłam. Stałam się odważna i niezależna. Wiem, że w każdej sytuacji dam sobie radę, więc żadna nie jest straszna. I zobaczyłam jak naprawdę powinny wyglądać relacje z ludźmi. Doceniłam współlokatorkę, dla której syf w mieszkaniu nie był w ogóle ważny gdy dowiedziała się co się wydarzyło. Doceniłam T. który zawsze mi mówił o tym, że wszechświat daje nam to, o czym w duchu myślimy. To daje powroty różnych osób. Te o których myślimy często wracają. To jego religia. I coraz bardziej widzę, że ona ma sens.

 

Tak też wrócił D. I wiem, że więzi między nami nic nie złamie. Tego co zostało nic nie zabije. Zawsze będziemy się wspierać. Prawdziwa więź jest wtedy gdy w ciągu godziny można się pokłócić, wyzwać od nieczułych ale skończyć godząc się i przytulając w zimną wiosnę. I mając frajdę z głupiego roweru. Wiedzieć, że ktoś jest. Mimo wszystko. Mimo całej historii. Niesamowite. 

 

I J. z którą zawsze można pogadać o wszystkim. Od głupich rzeczy o kotach do naprawdę poważnych przez ciśnięcie beki z tego wszystkiego. I wycieczki po sklepach. Rozmowy o wszelakich kosmetykach. 

I A. który zawsze jest pod telefonem. Który wiem, że gdyby było bardzo źle to przyjedzie w środku nocy i wyciągnie mnie do Maka. Z którym pali się fajki w samochodzie w środku nocy i rozmawia na rynku kiedy pada deszcz. Fajnie.

 

Do tego gdzieś z tyłu jest jeszcze inny T. który choć jest daleko zawsze można z nim pogadać. Ja nie zerwałam tej przyjaźni. Mam nadzieję, że ona zostanie na całe życie. Mimo tego, że będzie daleko, wiem że będzie o mnie pamiętał i ja będę pamiętała o nim. Dużo dzięki niemu mam.

 

Właśnie przyszedł do mnie kot. To tak oczywiste, że zupełnie bym zapomniała o nim tutaj wspomnieć. Nadal czasem gryzie mocno. Ale on tak daje znać, że coś robię nie tak. Zawsze ma powód. Jak jestem smutna to podchodzi z nienacka i gryzie mnie w ramię. Patrzy tymi swoimi błyszczącymi oczkami jakby mówił "nie płacz, kocham Cię". W zimie wycierał mi łzy łasząc się pyszczkiem. I tęskni zawsze gdy mnie nie ma. Gdy wracam radośnie trzęsie ogonkiem przy drzwiach i obchodzi mnie dookoła.

 

Rodzice też są. Co by się nie działo. Choćby się paliło i waliło. Choćby zrobiło się najgorszą rzecz na świecie. Oni są jak skała. Niezmienni. 

 

Takich mam przyjaciół. Każdy inny. Zupełnie. Ciężko było by ich ze sobą umieścić w jednym pokoju. Ale to zaleta, bo każde ma inne spojrzenie na świat, dostaję niepowtarzalne rady. Nikt nie jest wyblakły. Każda osobowość jest tęczą kolorów. Zupełnie różnych.

 

https://www.youtube.com/watch?v=hu8t-a6kGmo

 

Wpis larvette

U mnie wporządku. Po powrocie z wizyty w domu na weekend wszystko powoli wróciło do normy. Ten sam, stały tryb. Spanie do 11, praca, siłownia, sprzątanie i wieczór w domu. Dość mam na ten moment wyjść na miasto. Za dużo nieprzespanych nocy przez alkohol. Nie przez wspomnienia. Wystarczy kropla a ja cierpię na bezsenność. Już nawet nie mam ochoty go tykać. Mam nową pracę. Zdalną, choć chciałam na etat. No cóż, po klubie ciężko byłoby znaleźć coś ciekawszego. To w pewien sposób wypełnia mi dzień. I to chyba pierwsza praca która nie powoduje u mnie moralnych zgrzytów. Nic mi nie narzucają. Po prostu chodzę i oceniam. SPRAWIEDLIWIE. Sprawiedliwość to coś, na punkcie czego mam fioła. 

 

Kot zdrowy. Choroba z tamtego roku już dawno za nami. Zmartwienia, nieaktualne. Okazało się, że ma alergię na kurczaka. Wykluczyłam go z diety. Wszystko jest w porządku. Nadal grzecznie śpi mi na kolanach. Staje się z dnia na dzień coraz bardziej kochany. A ja nienawidzę zostawiać go samego w mieszkaniu. Z utęsknieniem czekam na powrót współlokatorki. Myślałam, że nie przetrwam tego czasu wolnego. Tego czasu w którym jestem w swoim domu zupełnie sama. Ale jest już prawie wrzesień, znów wszystko ruszy z kopyta. Przez cały ten czas był On i mnie trzymał. Na dobre i na złe, na zawsze. Nieważne w jakiej postaci. Nie jestem osobą która obiecuje dozgonne oddanie i nie dotrzymuje słowa. (choć znam takie przypadki z autopsji)

 

Plotki szybko się rozchodzą. Dowiedziałam się, jak moje byłe przyjaciółki rozpowiadają o moim życiu i moich tajemnicach. W sumie to żadna tajemnica. Nie wstydzę się, a gdy to usłyszałam, byłam niezmiernie rozbawiona. Gdzie ich honor? Minęło 8 miesięcy a one nadal nie potrafią zamknąć sprawy, zająć się swoim życiem. Ja już dawno się od nich odcięłam. Nie tęsknię, nie jestem nawet ciekawa co tam u nich. Choć wieści szybko się rozchodzą. Odkąd odeszłam, ufają niewłaściwym osobom. Cóż, mają niezły zasięg, skoro newsy przechodzą prawie 100 km. Ich tajemnice nie są tajemnicami. Trzeba uważać komu się ufa. Nazwały mnie fałszywą a to co się dzieje u nich teraz to dopiero jest fałszywość. Ja nie mam z tym nic wspólnego i nie chcę mieć. Odkąd sobie poszłam nie czuję się związana. Zbyt długo taplałam się razem z nimi w ich prywatnym zaściankowym bagienku. 

 

Nawet przez moment miałam poczucie winy! Ale to już nieaktualne. Miałam je niesłusznie. Gdy zobaczyłam jak wciąż z ich gestów bije nienawiść i zazdrość, automatycznie przestałam je mieć. I widzę, że nie jest tak jak próbują to pokazać na zdjęciach. Wyszło szydło z worka. Idealnie ich sytuację opisuje w tej chwili mój ulubiony mem z kotem ''Andrzej to jebnie''. Jak już jebnie  to z hukiem. Siedzą na ogromnej minie, która jak wybuchnie to niczego z tego już nie da się pozbierać. A mnie na szczęście tam nie ma i nie będzie, więc przynajmniej nie będę musiała sprzątać po nich tego syfu jak zazwyczaj. Tak właśnie wygląda sprawiedliwość - jeśli czegoś nie rozumiesz i potępiasz bez namysłu, dostajesz później sytuację która ma nauczyć Cię rozumieć. Ale nie liczę na zrozumienie, nawet go nie chcę. Wiem, że byłabym w stanie wybaczyć i pomóc. Ale nie. Ja ręki nie wyciągnę. Nie tym razem. Nie warto, bo nic się nie zmieniły. Wciąż są tak samo obłudne i fałszywe jak były. Poczekam, aż zmienią się w dobrych ludzi. 

 

A jeśli moje dwie byłe przyjaciółki to czytają - co jest bardzo prawdopodobne - to pozdrawiam je serdecznie, nie środkowym palcem, lecz otwartą dłonią. I życzę powodzenia w taplaniu się nadal w bagienku pełnym intryg, zawiści, nienawiści, kłamstw i obgadywania każdego na prawo i lewo. Udajecie święte, udawajcie dalej. C'est la Vie!

Wpis larvette

W nocy zawsze przychodzi smutek. Nie ma radości. Nie ma uśmiechu. Z okien tramwaju widać róże. I pary. I ludzi. W tramwaju też jacyś znajomi ale jednak obcy. Stop, galeria. Przypomina Ci się mnóstwo rzeczy. Wspomnienia są męczące. Pełny makijaż nie ukryje smutnych oczu. Przecież nie można sobie dorysować uśmiechu na siłę. Nie można gdy czujesz w trzewiach, że boli. Każde miejsce w tym mieście przypomina mi o czymś czego już nie ma i nigdy nie będzie. Po nocach ciągle te same sny. Nic się nie zmieniło, choć na pierwszy rzut oka zmieniło się wiele. I nawet kilka razy czuło się wstręt! I odrazę! A co! Ale kilka sekund po tej myśli przypominały się wszystkie dobre chwile. I wszystkie troskliwe pocałunki w czoło.

 

Minęło pół roku, a nadal się wspomina pewne chwile. Choć są tak dalekie jak nigdy wcześniej. I nowi ludzie, którzy kiedyś byli obcy. Teraz są przyjaźni. Dobrze, że czasem można z nimi pogadać o tych samych rzeczach. Dobrze, że ma się wspólne wspomnienia. Dobrze budować nowe. Ale za każdym razem przypominam sobie jego. I nie mogę zapomnieć. Nie jestem w stanie, choć mówili mi to już z milion razy. Nie dał zapomnieć klub. Nie dał zapomnieć wyjazd. Nie dał zapomnieć alkohol. Myślę, że tego nigdy nie będę w stanie zapomnieć. 

 

Przez chwilę nawet pomyślałam "może to dobrze? Teraz jestem wolna." Nie, to tak nie działa. Żadna to wolność. I chyba nigdy wolna nie będę. Wątpię by ktokolwiek, kiedykolwiek był w stanie go zastąpić. Niektórzy ludzie są nie do zastąpienia. Niektóre pocałunki są inne niż wszystkie. A spojrzenia tak znaczące, że nie da się ich podrobić.

 

I mijasz przystanek na którym wsiadaliście razem. I rynek, na którym powiedział Ci, że przy Tobie wszystkie inne mogą się schować. I pocałował, po 4 miesiącach. W tym pocałunku była cała masa emocji, skumulowanych przez 120 dni. Był jak ten pierwszy. Ile jeszcze będzie takich ''pierwszych'' pocałunków? Czuję, że sporo. Tak jak poprzednio czułam, że to nie był koniec, teraz czuję dokładnie tak samo. W czerwonym świetle wygląda się lepiej. Ale nadal się tęskni do miejsc i ludzi których nie ma.

 

I przechodzisz przez dworzec. Na peronie stoi pociąg do niego. Przechodzisz tunelem, nadal to samo graffiti. Ale jesteś sama. Jednak pamiętasz, gdy odprowadzałaś go tamtędy w zimie. Do "domu". I pamiętasz jak zatrzymał was starszy Pan i pytał czy już odjechał pociąg. Odjechał. A on mnie pytał co ma mu powiedzieć. Kolejny był o 5 rano. Wciąż ten sam most tramwajowy. Dokładnie ten sam co w grudniu gdy na nim prosił Cię do tańca, ale odmówiłaś. I ten sam tor gokartowy widać z góry, na który chciał Cię zabrać. Doskonale pamiętasz śmiechy. I nawet uśmiechasz się teraz, ale to tylko nostalgiczny uśmiech przez łzy. Już zawsze na te "domy" będę patrzeć jakoś inaczej. Ciężko o nim zapomnieć, jeśli w tym kraju masz je za każdym rogiem. Zapytajcie mnie o którekolwiek miejsce w tym mieście. Każde ma już wyrytą naszą historie.

 

Na pewno żadnej z nich nie zapomnę. To nadal trwa. Nadal rozmawiamy ze sobą codziennie. I on zawsze będzie sam. Ja pewnie też. Ale nawet jeśli będę mieć kiedyś innego męża, dzieci, dom, gromadkę kotów i psa. Wciąż gdzieś głęboko w sercu będę go kochać. Takie rzeczy nie mijają. Myślę, że mimo wszystko, już zawsze będziemy dla siebie kimś ważnym.

Wpis larvette

Spędziliśmy ze sobą wiele nocy. Wiele poranków. Budził mnie chwytając za rękę. A wchodząc przez próg witał pocałunkiem. Całował w czoło i tęsknił. Mówił, że jestem wspaniała gdy prasowałam mu koszulę. Rozmawialiśmy o wszystkim i byliśmy ze sobą brutalnie szczerzy. Dzwoniliśmy do siebie w środku nocy. Zdecydował, że wraca do seminarium, ponieważ tam czuje się potrzebny. 

 

Nie było wrzasków, nie było wyzwisk. Nie było oskarżeń o wykorzystanie. Robiłam to, bo chciałam. Chciałam żeby był szczęśliwy. I wiem, że jeśli nie zmieni zdania, to byłam ostatnią na tym miejscu. To chyba nawet mały zaszczyt. Kiedy odebrał telefon pierwsze słowa które wypowiedziałam brzmiały ''zależy mi na Tobie''. Po chwili się rozchmurzył, kiedy zrozumiał, że nie zamierzam krzyczeć ani wydrapać mu oczu. To jego decyzja. Przeprosił. 

 

Powiedziałam, że będę czekać. Tydzień, dwa, miesiąc, rok. 10 lat. 15, albo i 50. Nieważne. Zapytał dlaczego. Bo zależy mi na Tobie i jestem uparta. Prosił kilkukrotnie żebym nie czekała, bo to bez sensu. Odpowiedziałam, że wcale nie. Bo warto czekać. Zawsze. I walczyć o to na czym nam zależy. Niezależnie od tego jak długo to trwa. Czekanie ma wartość. I  ładnie brzmi. Powiedziałam, że będę mu o tym codziennie przypominać. 

 

Każdego cholernego dnia. Choć to będzie pewnie kurewsko bolało. Ale nie potrafię bez niego żyć. (tego mu nie powiedziałam) Choć będę tęsknić z każdym dniem coraz bardziej. I płakać po nocach. Trudno. I tak nie umiem bez niego żyć. Może kiedyś wróci. Może za miesiąc. Może za rok. Może za 5 lat. To nie będzie zmarnowany czas. Wtedy ja będę w tym samym miejscu. Otworzę drzwi i złapię go za rękę. Bo wiem, że tam może być potrzebny wielu osobom. Ale nigdy żadnej z nich nie będzie tak potrzebny jak mnie jednej. Ani im wszystkim razem wziętym. Dla mnie jest tlenem.

 

I łzy zbierają mi się w oczach. Ale to nie jest smutek. To wzruszenie i tęsknota. Już tęsknię. I nigdy nie sądziłam, że będę na tyle silna by zdobyć się na coś takiego. Jednak ludzie czasem się zmieniają. Nie zmieni się tylko jedno. Zawsze będę go kochać. Kochałam go niezmiennie od listopada 2017 roku. Od chwili kiedy podszedł do mnie i dał mi czerwoną różę. Wtedy gdy było dobrze i gdy było źle. W trakcie kłótni i wielokrotnych rozstań. Wielokrotnych zmian decyzji. Kiedy miesiącami nie rozmawialiśmy ze sobą. Ja siedziałam w mieszkaniu godzinami i dziergałam dla niego koc, nie odzywając się do niego ani słowem. Miłość nie umarła nawet gdy próbowałam z całej siły odebrać jej życie. Dawno temu oddałam mu swoje serce. Nie mam drugiego więc poczekam, aż z nim wróci. Jeśli nie, trudno. I tak nie mam nic do stracenia, bo wierzę, że miłość zdarza się tylko raz w życiu. A ja dla tego jestem w stanie znieść wszystko. 

 

Chyba najbardziej będę tęsknić za jego uśmiechem. I zasypianiem na jego piersi, bo czułam się wtedy bezgranicznie bezpiecznie. 

Wpis larvette

Długo mnie nie było. Może kolejnym razem opowiem co się wydarzyło.

 

Patrzyłam dziś na tamte twarze, na swoim komputerze. Na twarze K1 i K2. Moich przyjaciółek tysiąc lat temu. Zero emocji. Nie czułam nic. Wydawały mi się tak obce jak to tylko możliwe. Jak gdybym nigdy wcześniej ich nie widziała. Bez wyrazu. Zdjęcia zupełnie puste. Obce twarze pośród innych obcych twarzy. Może to czas. Może to przez te pół roku. Może wystarczy tyle by zapomnieć wszystko. Ulubione słowa, głosy, zapachy i wspólne zwyczaje. Wspólnie odwiedzane miejsca. Tak jakby nigdy mnie tam z nimi nie było. Jak gdyby to nigdy nie była moja historia, lecz opowiedziana przez kogoś równie obcego. Może jedynie ciekawość co słychać, lecz łatwa do zapomnienia.

 

Zdałam sobie sprawę, że nie znałam ich już od dawna. To był szmat czasu, nie tylko głupie pół roku. Wiem, że już wtedy byli mi obcy. Już dawno stali się innymi ludźmi. Może zmienili się na gorsze? A może to świat nam się psuje? Jednak pomimo tego uczucia wtedy ciągle kurczowo się ich trzymałam. Jak gdyby byli tlenem niezbędnym do życia. Nie ma ich. Nie ma bólu. Nie ma złości. Nie ma zawodu. Żyję dalej. Mam się lepiej niż wcześniej. Trzymałam się mocno, jednak tylko ich obrazów stworzonych w mojej wyobraźni. Miały zastąpić to co jest. A raczej dziś to co było, gdy było beznadziejne. Ludzie się zmieniają. To nam nie zawsze pasuje. Już lata temu powinnam była pozwolić im odejść. Wtedy kiedy przestaliśmy wiedzieć o sobie wszystko. Gdy skończyło się granie w pytania wieczorami na gg z K1. Gdy skończyło się siedzenie po spotkaniach na schodach klasztoru co tydzień i palenie papierosów. Gdy daleko w przeszłości było już siedzenie z K2 o 4 nad ranem na ławce pod blokiem. Dużo wcześniej powinnam odpuścić. Kazać im odejść i pójść we własną stronę, nie oglądając się za siebie. 

 

Dobrze jest jak jest. Choć chaos mamy tu wszędzie. Już wiem, które twarze nie są mi obce. Są ciepłe i bliskie.

 

To nie smutek. To nazywamy nostalgią. Nie całkiem, bez chęci powrotu.