Photoblog.pl

Załóż konto

You know my name, not my story. 
zapisz

Wpis larvette

To już prawie trzy tygodnie a ja nadal nie mogę się pogodzić z tym że moja poprzednia praca się skończyła. Chociaż mam już nową. Więcej zarabiam. I chyba nawet jest mi tu lepiej, bo ostatnio mocno posypało się z tamtymi ludźmi. Przyszła jedna, dowalała się do mojego faceta. A potem druga którą mówiła że jest moją przyjaciółką. Fałsz. Ale on je spuścił na drzewo, obydwie. Na pożegnalnej imprezie z mojej pracy jasno im pokazał. Zaznaczył, że tylko dla mnie obok ma miejsce.

 

A dużo się działo od postu z 1 maja. Poszedł ode mnie. Nie było go miesiąc. W tym czasie on skończył 37 lat, ja nauczyłam się kontroli emocji, znalazłam nowych ciepłych ludzi i zaczęłam grać na keyboardzie. I musiał wtedy odejść, by zrozumieć, że moje uczucia są stałe a jego życie beze mnie to tylko pusta egzystencja. To co mi powiedział gdy wrócił do mojego życia widziałam w jego oczach wtedy gdy tylko witałam się z nim w mojej pracy i więcej nic. I wtedy gdy tydzień po odejściu zażartowałam żeby wpadał do nas o 7 rano po afterze. A o 8 stał pod naszymi drzwiami i mnie obudził.

 

Ale teraz już oficjalnie. Kiedy idziemy przez miasto, mocno trzyma mnie za rękę. A ludzie się tylko patrzą. A niech się patrzą. Razem przyszliśmy na tamtą imprezę pożegnalną dokładnie tydzień temu, moim koleżankom wręcz odjebało. Przynajmniej wiem kto jest ze mną szczery. Poznałam jego córkę i mamę. Zaakceptowali mnie. Jeszcze nie powiedziałam tylko mojemu tacie, bo tego się boję. Wiem, że powinnam. Martwię się jego reakcją, choć mama nie powiedziała mi złego słowa.

 

To wszystko zbiegło się z odstawieniem leków. Więc emocje we mnie wybuchły, jak wielki ogień. Przez jakiś czas nie wiedziałam co dokładnie czuję. Ale już wiem. To jakaś dziwna tęsknota. Jakaś nostalgia. Ale to nie smutek, choć wiem że za bardzo tkwię w przeszłości. Czuję się tak jak ta dziewczynka w gimnazjum która zakochiwała się pierwszy raz. Codziennie, szczególnie pod wieczór aż przechodzą mnie dreszcze i chce mi się płakać, jeśli tylko zauważę coś pięknego. A prawie wszystko jest dla mnie piękne teraz. Nawet pieprzony szyld galerii, który widzę teraz gdy tu siedzę przed pracą. Bo znów pracuję w klubie.

 

A szczególnie chce mi się płakać ze wzruszenia kiedy on mówi mi, że jestem inna. Że mnie szanuje. Że mam takie ciepłe oczy. I że jestem jedną z tych dziewczyn, które nie są rozdziałem w życiu tylko tymi z którymi się żenią. Bo są po prostu dobre. I mają czyste serca.

 

On uspokaja mnie mocno i ja to sobie robię

Choć z uwagi na swoją własną przeszłość i kilka lat wstecz nadal żyje we mnie jakiś swoisty niepokój. A szczególnie przez to, że moi poprzedni szefowie tak po prostu nagle sprzedali nas wraz z klubem nowemu właścicielowi. Zadośćuczynili w zasadzie i cały czas za nimi tęsknię, ale to był zbyt duży szok. Jeszcze upłynie trochę czasu aż wrócę do równowagi. Poznałam tego nowego właściciela. I tak na poważnie to nie chcę go znać. I tak musiałam znaleźć sobie coś nowego na czas w którym trwa tam remont. Bo będzie z tego kolejny klub. Ale ja nie chcę dla niego pracować. I nie z fałszywymi koleżankami. A w sumie to nie straciłam nic, zostawiając tamto. Tu gdzie jestem teraz stawkę mam taką samą jak tam mi obiecywano. Przy normalnej muzyce i chyba z normalnymi ludźmi. Choć dopiero ich poznaję. Ale powoli zaczynam ich dążyć sympatią. Mówię sobie że wszystko się ułoży. Bo pewnie tak będzie. Zawsze tak było niezależnie od tego jak sytuacja była tragiczna. Więc i tym razem tak będzie. Szczególnie, że nie jestem sama, mam go obok siebie. A razem poradzimy sobie ze wszystkim.

 

https://youtu.be/Y7bx8yaPsTk

Wpis larvette

To już prawie miesiąc od kiedy widzieliśmy się pierwszy raz poza moją pracą. Wciąż się spotykamy. Tylko wszystko się już zmieniło. We mnie już zniknął lęk i niepewność. Powoli przestaję szukać dziury w całym. Widzę, że on ma wady. Ale nie takie z którymi nie mogłabym żyć. Po prostu ludzkie. Emocje są ważne. I czasem pod ich wpływem zachowujemy się źle. Doskonale widziałam, że miał powód. Człowiek od miesięcy krzywdzony i wyzyskiwany ma prawo się bronić słowami. Nawet jeśli są bolesne.

 

Po prostu jestem szczęśliwa. I bardzo ponad wszelkim syfem. Jest stabilnie i pewnie. To nie człowiek, który nagle bez słowa znika z Twojego życia. Bo on rozmawia. On komunikuje i próbuje się dogadać. On chce wiedzieć co druga osoba ma do powiedzenia. Bo nie jest tchórzem. Zresztą już wiem, że ode mnie nie ucieknie. Widzę, że jest szczęśliwy. I zachwycam się tak normalnymi rzeczami, których brak powinien być nie do przyjęcia. On mnie nie ukrywa przed swoimi znajomymi. On nie kryje mnie przed swoją ex. A pracują razem w tej samej firmie, na jego szczęście po dwóch stronach budynku. Niczego nie ukrywa. Tak samo przede mną. Nie robi jakichś dziwnych akcji. Po prostu widzę, że jest ze mną całkowicie szczery, zadaję pytanie, dostaję odpowiedź. Bez kombinowania. To ja jestem tą stroną która się boi opowiedzieć wszystko. Ale gram w otwarte karty i odpowiadam szczerze kiedy mnie o coś zapyta. Wczoraj zapytał mnie co takiego złego wydarzyło się w moim życiu. W skrócie odpowiedziałam mu o gimnazjum (w skrócie nie dlatego że, chciałam coś ukryć lecz dlatego że to bardzo długa historia). A on po prostu zrozumiał. Przytulił mnie i powiedział, że to musi być straszne być tak ciągle poniżanym. To była tylko część mojej trudnej historii, bo naturalnie jakoś tak wyszło że zmieniliśmy temat. Ale na pewno opowiem mu całą resztę kiedy poprosi.

 

I to ja jestem tą stroną która chce to co nas łączy trochę schować w cieniu przed niektórymi osobami. Ale myślę, że to słuszne, że nie chcę się tym afiszować w pracy jeśli poprzednim razem gdy coś mnie z kimś łączyło mój szef nagle zaczął być dla mnie bardzo niemiły i o wszystko się czepiać. Jednak i tak ostatnio z pracy wyszliśmy razem, a on nas widział. Tak czy siak będzie musiał się z tym pogodzić. Ja od samego początku stawiam granice w stosunku do szefa. Ja jestem pracownikiem, a on szefem. Możemy być znajomymi, ale nic więcej. Pomijając to, że nawet gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach - jego podejście do życia i ludzi jest tak bardzo sprzeczne z moim, że na wejściu i tak dostał by ode mnie kosza. I wychodzi na to, że jesteśmy razem. Choć żadne z nas tego wprost nie powiedziało. Ale wiem, że on myśli o mnie poważnie skoro chce żeby jego córka mnie poznała. Nie przedstawiał by jej mnie gdyby było inaczej. Boję się tego panicznie. Choć wiem, że to w końcu się wydarzy.

 

Miałam jechać do nich jutro, ale rano miałam sporą gorączkę i nie chciałabym zarazić małej. Nie wiem jak to wyjdzie. Martwię się, że ona mnie nie polubi a wręcz znienawidzi. Choć moja terapeutka powiedziała "jeśli jest faktycznie tak jak on mówi, ona może się wręcz ucieszyć, bo widzę że Pani zależy na tym by mieć z nią dobry kontakt". I jeszcze "naprawdę myśli Pani że gdyby on wiedział, że Pani tam nie chcą to narażał by Panią na to?". No właśnie. Nie sądzę. Nigdy nie narażał mnie na nic nieprzyjemnego. Więc zaufam mu. Szczególnie, jeśli chcę by to miało przyszłość, muszę mu zaufać.

 

Jeszcze nigdy się nie kłóciliśmy. Nie wiem o co moglibyśmy w ogóle się pokłócić skoro mamy tak bardzo podobne podejście do życia, ludzi i system wartości. Jesteśmy podobni. Jeśli z kimś być to na poważnie. Jeśli być to na stałe, nie bawić się uczuciami. Jeśli coś robić to z pasją. Jeśli się nie zgadzać z kimś to konstruktywnie, nie w kłótni. Po prostu on jest dojrzały. I ja również. To samo wyobrażenie na temat tego jak powinny wyglądać relacje sprawia, że sporów brak. Pomijając tylko ostatnią sprzeczkę o lekarza. Ale ciężko to nazwać kłótnią. Był chory, a ja wysyłałam go do lekarza. On jest uparty i nie chciał iść, bo twierdził że mu przejdzie. Ostatecznie mnie posłuchał, poczekał aż w niedzielę skończę pracę nad ranem i pojechaliśmy razem na całodobówkę. Później do mnie i poszliśmy spać.

 

On mnie tak rozumie. On ma żywe emocje które potrafi rozpoznawać. On mówi, że nawet jak jest zły, bo ktoś gdzieś go wkurzył to stara się jak może żebym ja tego nie odczuła. Trafił mi się prawdziwy skarb. A niejednokrotnie był krzywdzony i wykorzystywany przez inne kobiety. Przez narcystyczne zimne suki, przynajmniej jeśli są naprawdę takie jak on opowiadał. Ja jestem na przeciwległym biegunie. I dla niego to nowość. A mimo tego wszystkiego on ma dobre serce. I wiarę w to, że istnieje miłość. Ja straciłam nadzieję, że ona mnie kiedykolwiek spotka, ale chyba powoli ją odzyskuje. Bo jest tak miło, jak niezapowiedzianie wpadam do niego do pracy po drodze do swojej, lub wracając od koleżanki jak wczoraj. Widziałam, że szczerze się cieszył, że mnie widzi.

 

Mam pewność, że nie jestem tu niechciana. Wręcz przeciwnie. Choć nigdy bym nie pomyślała, że moje życie potoczy się w ten sposób. To duże zaskoczenie. Poza tym już powiedziałam o tym mojej mamie. Była trochę zaskoczona. Ale ostatecznie powiedziała, że to moje życie i ja wybieram z kim się spotykam a najważniejsze jest to żebym była szczęśliwa. I jestem. Moje przyjaciółki go uwielbiają, mówią że jest taki miły. Że dobrze mnie traktuje. Cytuję "w końcu ktoś normalny". No tak, to prawda. On też jest kompletnym przeciwieństwem moich poprzednich. I mam nadzieję, że tak pozostanie.

Wpis larvette

Jestem. Nie wiem czy wracam. Dziś nabrała mnie ochota by coś tu napisać. Bardzo dawno mnie tu nie było. Wiele się pozmieniało. Może znowu będę pisać tu częściej. Od listopada minęło naprawdę dużo czasu. Ułożyłam sobie życie.

 

Już nie boję się rozmawiać z ludźmi. Mam ich wokół siebie wielu. Naprawdę wartościowych, dla których jestem ważna. Z których strony nie obawiam się wbijania noża w plecy pod osłoną nocy. Po depresji nie ma już śladu. Pozostały tylko stare blizny. Ale spokojnie, zagoją się. Może jeszcze z rok lub dwa. Dbam o nie. To blizny bojowe a nikt nie odbierze mi tej siły.

 

W pracy bywało różnie, nie raz czułam się zagrożona jednak zupełnie bezpodstawnie. Zyskuję coraz większą pewność. Czuję się spokojnie. Choć to takie toksyczne i hermetyczne miejsce. Ale ja odnajduję się tam wspaniale. A przecież nie jestem sama i nie ulegam wpływom. Niech robią co chcą, ja i tak będę robić swoje. Nikt nie jest w stanie niczego wymusić. Ze sobą też czuję się dobrze. Wyjątkowo dobrze. Wróciłam do swojej wagi z 1 roku studiów i do czerni na głowie. Ale tym razem naturalnie. Mój mózg nie działa. A raczej działa ale na zwiększonych obrotach. Tamten okazał się kompletnym palantem. Odszedł z pracy i nie muszę go już widywać co weekend. Czasem się zjawia i próbuje znów czegoś, ale mnie jest obojętny z przejściem w stronę złości. Ale jestem ponad tym.

 

Poznałam kogoś. Właściwie to już we wrześniu, ale mijaliśmy się tylko się sobie przyglądając. Mówiliśmy sobie cześć i nic więcej. Aż zaczął mnie zagadywać jakieś dwa miesiące temu i pisać do mnie na fejsie. Na samym początku czułam tak jakby to było przeniesienie z X. (czy ktoś to w ogóle jeszcze pamięta? :D) Po prostu pewnego razu szłam za nim po szklanki i zobaczyłam nagle, że on porusza się tak samo jak X. I wchodzi w grę różnica wieku, czego wcześniej nie wiedziałam, dopiero jak przestalkowałam fejsa. Ale X był ode mnie 30 lat starszy a on jest 14. Z koleżankami dawałyśmy mu max 30stkę. Błąd. Nie wygląda. I tak wyszło, że ja się zakochałam. A on chyba czuje do mnie to samo.

 

Bynajmniej nie otrzymuję ostrzegawczych flag z napisem ''on chce Cię wykorzystać''. Przez to wszystko co wcześniej przeszłam nadal mam te lęki. Że ktoś zamiast mnie pokochać, będzie chciał skorzystać z mojego dobrego serca. Przyglądam się bacznie. Szukam za i przeciw. Więcej argumentów jest przeciw lękowi. Właściwie to wszystkie.

 

W czwartek widzieliśmy się pierwszy raz poza moją pracą, wcześniej tylko rozmawialiśmy gdy przychodził do nas z drugim kolegą DJem albo sam coś tam tworzył. Tak wyszło, że akurat spontanicznie zaprosił mnie do kina, siedziałam wtedy z koleżankami z uczelni na piwie. Pobiegłam do niego, bo od dłuższego czasu wiedziałam, że w końcu mnie gdzieś zaprosi. Zdenerwowana bardzo. Oboje nie wiemy o czym był film, bo przegadaliśmy całe dwie godziny. Tak dobrze nam się rozmawiało. Opowiadał mi o swojej przeszłości. Moje wątpliwości zostały rozwiane. Cieszę się, że powiedział mi o tym natychmiast gdy nadarzyła się okazja, ja nawet go o to nie pytałam. To bardzo dobrze o nim świadczy.

 

Dwa lata temu się rozwiedli (a ja obawiałam się, że szuka jelenia na skok w bok), nie dopytywałam dlaczego. Mam pewność, że na pewno opowie mi o tym później. Ma dwójkę dzieci. Syn został z matką, bo tak wybrał, a młodsza córka z nim. Bardzo ważne było dla mnie usłyszeć od niego o tym odkąd zobaczyłam zdjęcia na facebooku. Ale nie wygląda na to by nie dbał o kontakty z dziećmi. Wygląda na to, że wszystko jest ok, jednak jestem czujna. Bo jeśli cokolwiek pomiędzy nimi nie jest w porządku to ja stąd uciekam. Nie chcę skrzywdzić niewinnych młodych ludzi.

 

D. oczywiście mnie skrytykował. On się nie odzywa ani ja się nie odzywam. Od października nie rozmawialiśmy na żywo. I dobrze. Nie chcę go widzieć. Znów chciałby mnie wykorzystać. On nie ma żadnego wstydu. Próbował mnie umoralniać. Ale on ma jakieś spaczone spojrzenie na świat. Krytykuje każdego a sam zachowuje się 100 razy gorzej. Ekspert od moralności kłamiący przed Bogiem na kolanach i przysięgający wiedząc, że nie dotrzyma przysięgi. Wykorzystujący mnie wcześniej do cna. On ma mi mówić, co jest dobre, co złe? Powiedział, że skrzywdzę ich wszystkich. Moja terapeutka zaśmiała się na to i powiedziała mi ,,no i kogo Pani spytała? Przecież on nie ma prawa być autorytetem moralnym''.

 

Przecież on nie rozwiódł się z żoną przeze mnie. Nawet się wtedy nie znaliśmy. I doskonale wiem, że dzieci zawsze mają być najważniejsze. Ale to co stało się w jego przeszłości to nie jest moja wina. I każdy ma prawo ułożyć sobie życie. Niezależnie od bagażu. Najważniejsze, że postępuje właściwie, nie oszukuje nikogo, nie zaniedbuje i o wszystko dba. Zresztą chyba szukamy tego samego. Rozumiemy się doskonale. Widocznie tak miało być. Nigdy nie zamierzam stawać pomiędzy nim a dziećmi. Nawet nie wiem i boję się mocno czy kiedykolwiek mnie zaakceptują i będą tolerować gdyby coś z tego wyszło. Ale nawet jeśli to nie będę ja, on ułoży sobie życie z kimś innym. To nie ja odpowiadam za ten rozwód. Nie widzę tu żadnej swojej moralnej winy.

 

A on po prostu o mnie dba. Choć bywa czasem lekko nieśmiały, tak jakby się bał, że dla mnie te całe bagaże będą nie do przeskoczenia. Można mieć przecież ich więcej, można się krzywdzić. To nie jest coś czego nie potrafiłabym zaakceptować. Wolę faceta z przeszłością niż pustego typa, który myśli tylko o tym jak zaciągnąć mnie do domu. Wolę faceta, który wsadza mnie do taksówki żebym nie szła sama po nocy niż tego który się pcha żeby jechać nią razem ze mną. Wolę faceta który zamiast się na mnie rzucać pocałuje mnie delikatnie ''żeby mnie nie odstraszyć'' i nosi na rękach. Ten pocałunek mogłabym porównać tylko do tego, który był moim pierwszym i jakiś czas po nim zdecydowaliśmy, że będziemy razem. Byliśmy przez 1,5 roku, bo on naprawdę mnie kochał. 

 

I choć cały czas czuję lęk i potwornie boję się o to, że się co do niego pomyliłam jak co do kilku poprzednich to on powoli zaczyna opadać. Pozwólmy się temu dalej potoczyć. Zobaczymy co dalej będzie. Tęsknię.

Wpis larvette

To wszystko było kłamstwem. To nie była miłość. Nie z jego strony. Był wyrachowany i zimny. Wykorzystywał moje uczucia. Pozwolił mi odejść. W głowie miałam głośne ''spierdalaj''. I chciałam wrzeszczeć. Szczególnie po ostatnim razie kiedy czułam się jak rasowa prostytutka. Wszedł i wyszedł. Zamieniliśmy ze sobą trzy słowa. Praca uratowała mi życie. Gdyby nie ona, dalej bym w tym tkwiła. 

 

Pracuję, chodzę na zajęcia, chudnę. Za dużo mam na głowie. Bardzo dużo piję. Ale czuję się dobrze. Choć dzisiejszy dzień nie należy do najlepszych. Dzisiaj moja impreza urodzinowa. Kolega z pracy mnie namówił. Okazało się, że jednak mam kogo zaprosić. I to będzie całkiem liczne grono. W dzień swoich urodzin też nie byłam sama. Pracowałam. Polała się wódka i poszły papierosy. Zamknęliśmy klub i poszliśmy na piwo. Tam spotkaliśmy kilku starych pracowników. O 6 rano wróciliśmy do klubu. Tańczyliśmy i piliśmy w pustym klubie. Szef standardowo polewał. 

 

Poznałam kogoś już jakiś czas temu, będzie u mnie dzisiaj. Otworzyłam serce ale widzę, że on nie jest gotowy. Twierdzi, że nie ma już serca. Każdy je ma. Ale jemu je mocno złamano. Poprzednia zdradziła go z jego kumplem. Widzę, że to go nadal boli. Ma wielką otwartą ranę która nie chce się goić. A ja mimo wszystkiego co się wydarzyło między mną a D. nadal mam swoją nadzieję. Nadal potrafię marzyć. Wszystko jest okej. 

 

Intuicja nie daje mi spokoju. Ale wszyscy dobrze mi życzą. Jedno wiem na pewno. Musi się udać. 

Wpis larvette

Zdjęcie moje. Wpis z wczoraj, bo jak to ostatnio w zwyczaju Photoblog szwankował i nie dało się dodać wpisu.

 

Przyszłam do parku coś napisać. Pomyśleć. Chyba potrzebuje wytchnienia. Odpoczynku od emocji. Przez ostatni rok chyba zbyt wiele się działo. Z nim jest tak jak było wcześniej. Przyjechał do mnie w sobotę przed moim wyjściem do pracy. Znów jak na początku z drapania, szczypania i dokuczania przeszliśmy w pocałunki. Położył mnie obok siebie na łóżku. Patrzył mi w oczy. Powiedział "Chyba powinienem już pójść." Zapytałam o powód. Odpowiedział "Inaczej będę musiał Cię pocałować." Pytał mnie czy teskniłam, bo on bardzo. Odpowiedziałam, że nie. Po prostu pogodziłam się z tym, że wybrał inną drogę. W tamtym momencie nie czułam nic prócz przeładowania emocjami i myśli "ja nie wiem co czuję". Za dużo się wydarzyło. A minął już rok odkąd to wszystko się zaczęło. Pamiętam zeszłoroczny wrzesień. Picie i wiszenie na snapie. Wstawanie o piątej do kota. Myślenie o nim w środku nocy na huśtawce. Rzucanie palenia. Brak odwagi by się przyznać przed samą sobą, że coś do niego czuję. To trwało chyba z miesiąc. A on był jakiś inny niż oni wszyscy. Jakby nie stamtąd.

 

Aż nadszedł październik i nasze spotkanie. Najpierw we trójkę. Później we dwójkę. Dziś wiem, że nie myliłam się wtedy nawet odrobinę pytając siebie "czy on robi do mnie maślane oczy?" W sobotę powiedziałam mu, że ostatnio czułam się trochę odrzucona przez niego. Nie wiedział, że tak się czułam. Przeprosił. Obiecał że to się już nigdy nie wydarzy. Coraz rzadziej myślę o tym gdzie jest. Miesiąc temu przyjął święcenia. Czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Nie wytrzymał. Choć chciał. Ja wiem, że tamto życie nie jest dla niego. Chyba że ciągle będzie łamał swoje obietnice względem wyższych sił. Zapytałam co mu się stało. Skąd zmiana zdania. Odpowiedział "Ty mi się stałaś". Ojej.

 

Nie, to nie znaczy że stamtąd odchodzi. Nie pytałam. Nie zmuszę go do wyboru. Nawet tego nie chcę. Może w ten sposób mi nawet łatwiej w tej chwili. Oboje jesteśmy wolni. Ale wiem, że wciąż jestem ważna i nadal w ten sam sposób.

 

Pamiętam grudzień, gdy wszystko zaczęło pędzić z prędkością pendolino. Jak nie szybciej. Nagle wszystko się wywróciło. Wpuściłam go do mojego domu. Wpuściłam do swojego życia. Dziś na Facebooku wyświetliły mi się wspomnienia z tamtego roku. Post który dodałam. "Czy burczy Ci czasem w głowie?" Wtedy burczało. W sercu też. Od roku nie burczy.

 

Przyszłam sobie posiedzieć na ławce w parku. Z ulubioną colą jak za starych czasów. Jak w gimnazjum, jak tamtego wieczora gdy przy dźwiękach "Noc i dzień" okaleczyłam się pierwszy raz. Dobrze to pamiętam. Wtedy słuchałam tego, choć nie znałam znaczenia tych słów i emocji. I myślałam czy choć jedna chwila z mojego życia będzie tak wyglądała. Wyszła nowa wersja tej samej płyty. Gdy słucham tego utworu widzę nas. Mnie i jego, kiedy razem spontanicznie skończyliśmy w klubie. Patrzyliśmy sobie w oczy a później w pośpiechu wyszliśmy z klubu. W drodze zdecydowaliśmy że nie rozchodzimy się w dwie osobne strony. Pojechaliśmy do mnie.

 

Jak byłam w gimnazjum nigdy nie pomyślała bym że tak potoczy się później moje życie. W tej historii jest mnóstwo emocji. Pełnia narwania. Rok temu nie wyobrażałam sobie że tak będzie wyglądało dziś moje życie. Nie rozumiałam co to znaczy należeć "do nich". Do tych dziewczyn które uchodzą za nudne singielki. Ale tylko ich najbliżsi przyjaciele wiedzą, że one wcale nie są same. I nie są nudne. Lecz przed większością świata muszą ukrywać pewną część swojego życia. W obawie przed niezrozumieniem.

 

Pewnie większość otworzyła by szeroko oczy. Ale nie ma takiej potrzeby. Tu jestem anonimowa. Mogę o tym pisać. Nawet on nie ma tu wstępu. To jest moja własna świątynia. Moje miejsce do którego nie dopuszczam praktycznie nikogo. I o tym wszystkim mogłabym napisać dobrą książkę. Chyba nawet widzę siebie za klika lat i miejsce w którym będę się znajdować. Chyba wciąż będę mieć tę tajemnicę. Czuję, że to zostanie na zawsze. Że to co jest między nami wciąż jest aktualne, będzie i to nie jest ściema. Wbrew wszystkiemu. Wbrew ludziom, wbrew prawu, wbrew przysięgom. Nawet wbrew Bogu. A może wcale nie? Może o to najwyższemu właśnie chodziło? To ja jestem tą dziewczyną, która zawsze ma słuchawki na uszach i uzależnienie od ciemnych okularów. Nie ukrywam się. Lubię zatapiać się we własnym świecie i własnych myślach. Nikt kto spotyka mnie na ulicy nie pomyślał by kim naprawdę jestem. Ludzie widzą tylko pozory. Nie mają rentgenu w oczach, więc nie widzą wnętrza.

 

Nawet gdy ze sobą akurat nie rozmawiamy. To czuję się tak jakbyśmy ciągle byli obok siebie. To że nie mówi ani słowa nie znaczy że nie ma go przy mnie. To zdecydowanie głębsze. Bardziej skomplikowane. Jeśli jest w moich myślach, to jest też obok mnie. Jakbyśmy chodzili za sobą krok w krok, jak duchy. Trochę zagubione dusze. A może nawet bardzo. Mam go w myślach cały czas. Ja wiem, że zawsze mam gdzie wrócić. Wiem że mam swoje wspierające ramiona w których mogę się schować. Choć inni o tym nie wiedzą. Z wiekiem coraz bardziej dość mam emocjonalnego ekshibicjonizmu. Szczególnie tego na Facebooku. Miliarda statusów i pocałunków na zdjęciach. Świat nie musi o nas wiedzieć.

Wpis larvette

Tylko coś dobrego napisałam, a już się trochę pochrzaniło. Cholera jasna, wróżyłam z kart i to w nich było. Wszystko się sprawdziło. Co do joty. Kupiłam karty Tarota. Zawsze chciałam je mieć. Od czasów gimnazjum bliżej mi było do nich, niż do kościoła. Nie sądzę bym przestała się tam pojawiać, to nadal wiele dla mnie znaczy. Ale bardziej w kwestii bezpiecznego miejsca niż wiary. Choć gdy tam przychodzę, czuję to wszystko, wychodząc - przestaję. 

 

Miałam się w piątek spotkać z moim przyjacielem. Ale napisał wiadomość, że zerwała z nim jego dziewczyna. PRZEZE MNIE. Nie napisał mi tego wprost, ale powiedział, że ciągle robiła o mnie awantury. Że chciała się ze mną spotkać, sam na sam. Zbiło mnie z nóg. Nigdy nie wchodziłam, ani nawet nie zamierzałam wchodzić w ich wspólne życie. W jego życiu jestem od dwóch lat. Porzucanie przyjaciół, bo znalazło się miłość chyba nie jest najlepszym wyjściem. Jesteśmy przyjaciółmi, mamy wspólne tematy, rozumiemy się, potrafimy się rozśmieszyć. Nic więcej. Zawsze życzyłam im szczęścia. 

 

Napisała do mnie. Powiedziała mi, że wybrał mnie. Nie ją. Wyciągnęła ten wniosek na jakichś mętnych podstawach. W pewnym momencie zaczęła nawet próbować mną manipulować. Nie pozwoliłam. Nie wierzę w większość jej słów. Nie podoba mi się to. Bardzo mi się to nie podoba. Powiedziała, że mnie bronił przed nią, mimo że ona nigdy nie powiedziała na mnie złego słowa. To przed czym niby miał mnie bronić? On by mnie nie okłamał. Nie miał powodu. Ona miała. Daję głowę, że nie była szczera. Zaczęła mi wytykać, że gdybym była jego prawdziwą przyjaciółką, to wiedziała bym pewne rzeczy. Stwierdziła, że nią nie jestem, bo nie wiem tego, że on darzy mnie jakimś uczuciem. Ona tak stwierdziła. Bo nie potrafił dla niej zrezygnować ze mnie. Boże, to chore. Kazała mu wybierać między mną a nią. Dodała, że to był test - i tak pozwoliła by się nam przyjaźnić. Mało istotne. To zabawa uczuciami... 

 

To podłe. Nie zasłużył sobie na coś takiego. On powinien być wzorem dla większości facetów. Zeszli się. Bo kupił jej kilka prezentów i kwiaty. Mnie nie olał. Poza tym, nawet bym nie chciała by cokolwiek do mnie czuł, prócz przyjaźni. Ja nie nadaję się do związku. Poza tym cały czas kocham kogoś innego. Zasłużył na coś lepszego. Na kogoś, kto będzie go szanował, kogoś kto będzie szczery i nie będzie próbował nim manipulować. Uważam za niezłe skurwysyństwo i egoizm próby odcinania faceta od jedynej przyjaźni jaka się ostała w ciagu ostatniego roku. 

 

Ale zostały mi w głowie jej słowa. Że nie wiem czegoś, bo mi nie powiedział, żebym nie miała o nim złego zdania. To mi nie daje spokoju. I to, że według niej on coś do mnie czuje, tylko milczy bo jest ktoś obok mnie. W każdą stronę - źle. To zniszczyło by naszą przyjaźń. Chyba, że w pewnym sensie wbrew sobie weszłabym w związek. Z poczuciem, że to jest facet który jest tego wart. Ale bez uczuć. Bez tych uczuć którymi darzę tamtego. Może to było by bezpieczne i szczęśliwe. Ale ja potrzebuję w życiu iskry, tamtej którą mam przy D. 

 

Ta rozmowa została między nami. Nie powiem mu ani słowa. Nie powinnam i nie chcę się mieszać w sprawy między nimi. Teraz chyba powinnam robić dobrą minę do złej gry, choć wiem, że ta dziewczyna gra nieczysto. Wiem, że po tym co powiedziała, przez ten test, ja nigdy jej nie polubię. Nie chcę zniszczyć naszej przyjaźni. Choć pewnie udało jej się go odciąć od świata. Brawo...

Wpis larvette

Fajnie czasem obudzić się przed 6. Szczególnie gdy ostatnio codziennie wstajesz przed 12. Jakoś czuję się bardziej wypoczęta niż wcześniej. A przespałam tylko 5 godzin. O matko, same tu liczby. Nie wyłączyłam komputera na noc. W efekcie obudziłam się o tej porze przy filmiku z kotem i tym odkurzaczem, który odkurza sam. (chyba czuje się jak własna babcia, bo nie umiem tego inaczej nazwać) Ale fajnie czasem wstać przed 6. Od razu wszystko wygląda inaczej. Nawet deszcz i chłód za oknem wygląda lepiej. Ładnie jest. Ładna jesień idzie do nas.

 

Wciąż przedszkolne przepychanki. Słabe zagrywki. Nuda. Blokowanie na instagramach, dodawanie i usuwanie ze znajomych na snapie. Zawiodłam się na nich, że nie potrafią zachować się lepiej. Nawet psycholog się śmiała gdy jej to opowiadałam. Przyznawała mi rację. Wiem, że ją mam. Gdyby tak nie było natychmiast prostowała by moje myśli. Zawsze tak robi, gdy się mylę. Ona nie stroni od krytyki. Ale tu usłyszałam - wieloletnie przyjaźnie nie zrywaja się w taki sposób przez takie pierdoły. Coś z tymi ludźmi było nie tak. Traktowali tak innych, w końcu padło na mnie. Tak musiało się stać, bo przecież jeśli ktoś źle traktuje innych to idzie się spodziewać, że Ciebie też może, mimo wieloletniej przyjaźni.

 

Jednak czuję, że wiele zyskałam przez zakończenie tego wszystkiego. Choć czasem wraca nostalgia. Przez te 8 miesięcy dorosłam. Stałam się odważna i niezależna. Wiem, że w każdej sytuacji dam sobie radę, więc żadna nie jest straszna. I zobaczyłam jak naprawdę powinny wyglądać relacje z ludźmi. Doceniłam współlokatorkę, dla której syf w mieszkaniu nie był w ogóle ważny gdy dowiedziała się co się wydarzyło. Doceniłam T. który zawsze mi mówił o tym, że wszechświat daje nam to, o czym w duchu myślimy. To daje powroty różnych osób. Te o których myślimy często wracają. To jego religia. I coraz bardziej widzę, że ona ma sens.

 

Tak też wrócił D. I wiem, że więzi między nami nic nie złamie. Tego co zostało nic nie zabije. Zawsze będziemy się wspierać. Prawdziwa więź jest wtedy gdy w ciągu godziny można się pokłócić, wyzwać od nieczułych ale skończyć godząc się i przytulając w zimną wiosnę. I mając frajdę z głupiego roweru. Wiedzieć, że ktoś jest. Mimo wszystko. Mimo całej historii. Niesamowite. 

 

I J. z którą zawsze można pogadać o wszystkim. Od głupich rzeczy o kotach do naprawdę poważnych przez ciśnięcie beki z tego wszystkiego. I wycieczki po sklepach. Rozmowy o wszelakich kosmetykach. 

I A. który zawsze jest pod telefonem. Który wiem, że gdyby było bardzo źle to przyjedzie w środku nocy i wyciągnie mnie do Maka. Z którym pali się fajki w samochodzie w środku nocy i rozmawia na rynku kiedy pada deszcz. Fajnie.

 

Do tego gdzieś z tyłu jest jeszcze inny T. który choć jest daleko zawsze można z nim pogadać. Ja nie zerwałam tej przyjaźni. Mam nadzieję, że ona zostanie na całe życie. Mimo tego, że będzie daleko, wiem że będzie o mnie pamiętał i ja będę pamiętała o nim. Dużo dzięki niemu mam.

 

Właśnie przyszedł do mnie kot. To tak oczywiste, że zupełnie bym zapomniała o nim tutaj wspomnieć. Nadal czasem gryzie mocno. Ale on tak daje znać, że coś robię nie tak. Zawsze ma powód. Jak jestem smutna to podchodzi z nienacka i gryzie mnie w ramię. Patrzy tymi swoimi błyszczącymi oczkami jakby mówił "nie płacz, kocham Cię". W zimie wycierał mi łzy łasząc się pyszczkiem. I tęskni zawsze gdy mnie nie ma. Gdy wracam radośnie trzęsie ogonkiem przy drzwiach i obchodzi mnie dookoła.

 

Rodzice też są. Co by się nie działo. Choćby się paliło i waliło. Choćby zrobiło się najgorszą rzecz na świecie. Oni są jak skała. Niezmienni. 

 

Takich mam przyjaciół. Każdy inny. Zupełnie. Ciężko było by ich ze sobą umieścić w jednym pokoju. Ale to zaleta, bo każde ma inne spojrzenie na świat, dostaję niepowtarzalne rady. Nikt nie jest wyblakły. Każda osobowość jest tęczą kolorów. Zupełnie różnych.

 

https://www.youtube.com/watch?v=hu8t-a6kGmo

 

Wpis larvette

U mnie wporządku. Po powrocie z wizyty w domu na weekend wszystko powoli wróciło do normy. Ten sam, stały tryb. Spanie do 11, praca, siłownia, sprzątanie i wieczór w domu. Dość mam na ten moment wyjść na miasto. Za dużo nieprzespanych nocy przez alkohol. Nie przez wspomnienia. Wystarczy kropla a ja cierpię na bezsenność. Już nawet nie mam ochoty go tykać. Mam nową pracę. Zdalną, choć chciałam na etat. No cóż, po klubie ciężko byłoby znaleźć coś ciekawszego. To w pewien sposób wypełnia mi dzień. I to chyba pierwsza praca która nie powoduje u mnie moralnych zgrzytów. Nic mi nie narzucają. Po prostu chodzę i oceniam. SPRAWIEDLIWIE. Sprawiedliwość to coś, na punkcie czego mam fioła. 

 

Kot zdrowy. Choroba z tamtego roku już dawno za nami. Zmartwienia, nieaktualne. Okazało się, że ma alergię na kurczaka. Wykluczyłam go z diety. Wszystko jest w porządku. Nadal grzecznie śpi mi na kolanach. Staje się z dnia na dzień coraz bardziej kochany. A ja nienawidzę zostawiać go samego w mieszkaniu. Z utęsknieniem czekam na powrót współlokatorki. Myślałam, że nie przetrwam tego czasu wolnego. Tego czasu w którym jestem w swoim domu zupełnie sama. Ale jest już prawie wrzesień, znów wszystko ruszy z kopyta. Przez cały ten czas był On i mnie trzymał. Na dobre i na złe, na zawsze. Nieważne w jakiej postaci. Nie jestem osobą która obiecuje dozgonne oddanie i nie dotrzymuje słowa. (choć znam takie przypadki z autopsji)

 

Plotki szybko się rozchodzą. Dowiedziałam się, jak moje byłe przyjaciółki rozpowiadają o moim życiu i moich tajemnicach. W sumie to żadna tajemnica. Nie wstydzę się, a gdy to usłyszałam, byłam niezmiernie rozbawiona. Gdzie ich honor? Minęło 8 miesięcy a one nadal nie potrafią zamknąć sprawy, zająć się swoim życiem. Ja już dawno się od nich odcięłam. Nie tęsknię, nie jestem nawet ciekawa co tam u nich. Choć wieści szybko się rozchodzą. Odkąd odeszłam, ufają niewłaściwym osobom. Cóż, mają niezły zasięg, skoro newsy przechodzą prawie 100 km. Ich tajemnice nie są tajemnicami. Trzeba uważać komu się ufa. Nazwały mnie fałszywą a to co się dzieje u nich teraz to dopiero jest fałszywość. Ja nie mam z tym nic wspólnego i nie chcę mieć. Odkąd sobie poszłam nie czuję się związana. Zbyt długo taplałam się razem z nimi w ich prywatnym zaściankowym bagienku. 

 

Nawet przez moment miałam poczucie winy! Ale to już nieaktualne. Miałam je niesłusznie. Gdy zobaczyłam jak wciąż z ich gestów bije nienawiść i zazdrość, automatycznie przestałam je mieć. I widzę, że nie jest tak jak próbują to pokazać na zdjęciach. Wyszło szydło z worka. Idealnie ich sytuację opisuje w tej chwili mój ulubiony mem z kotem ''Andrzej to jebnie''. Jak już jebnie  to z hukiem. Siedzą na ogromnej minie, która jak wybuchnie to niczego z tego już nie da się pozbierać. A mnie na szczęście tam nie ma i nie będzie, więc przynajmniej nie będę musiała sprzątać po nich tego syfu jak zazwyczaj. Tak właśnie wygląda sprawiedliwość - jeśli czegoś nie rozumiesz i potępiasz bez namysłu, dostajesz później sytuację która ma nauczyć Cię rozumieć. Ale nie liczę na zrozumienie, nawet go nie chcę. Wiem, że byłabym w stanie wybaczyć i pomóc. Ale nie. Ja ręki nie wyciągnę. Nie tym razem. Nie warto, bo nic się nie zmieniły. Wciąż są tak samo obłudne i fałszywe jak były. Poczekam, aż zmienią się w dobrych ludzi. 

 

A jeśli moje dwie byłe przyjaciółki to czytają - co jest bardzo prawdopodobne - to pozdrawiam je serdecznie, nie środkowym palcem, lecz otwartą dłonią. I życzę powodzenia w taplaniu się nadal w bagienku pełnym intryg, zawiści, nienawiści, kłamstw i obgadywania każdego na prawo i lewo. Udajecie święte, udawajcie dalej. C'est la Vie!

Wpis larvette

W nocy zawsze przychodzi smutek. Nie ma radości. Nie ma uśmiechu. Z okien tramwaju widać róże. I pary. I ludzi. W tramwaju też jacyś znajomi ale jednak obcy. Stop, galeria. Przypomina Ci się mnóstwo rzeczy. Wspomnienia są męczące. Pełny makijaż nie ukryje smutnych oczu. Przecież nie można sobie dorysować uśmiechu na siłę. Nie można gdy czujesz w trzewiach, że boli. Każde miejsce w tym mieście przypomina mi o czymś czego już nie ma i nigdy nie będzie. Po nocach ciągle te same sny. Nic się nie zmieniło, choć na pierwszy rzut oka zmieniło się wiele. I nawet kilka razy czuło się wstręt! I odrazę! A co! Ale kilka sekund po tej myśli przypominały się wszystkie dobre chwile. I wszystkie troskliwe pocałunki w czoło.

 

Minęło pół roku, a nadal się wspomina pewne chwile. Choć są tak dalekie jak nigdy wcześniej. I nowi ludzie, którzy kiedyś byli obcy. Teraz są przyjaźni. Dobrze, że czasem można z nimi pogadać o tych samych rzeczach. Dobrze, że ma się wspólne wspomnienia. Dobrze budować nowe. Ale za każdym razem przypominam sobie jego. I nie mogę zapomnieć. Nie jestem w stanie, choć mówili mi to już z milion razy. Nie dał zapomnieć klub. Nie dał zapomnieć wyjazd. Nie dał zapomnieć alkohol. Myślę, że tego nigdy nie będę w stanie zapomnieć. 

 

Przez chwilę nawet pomyślałam "może to dobrze? Teraz jestem wolna." Nie, to tak nie działa. Żadna to wolność. I chyba nigdy wolna nie będę. Wątpię by ktokolwiek, kiedykolwiek był w stanie go zastąpić. Niektórzy ludzie są nie do zastąpienia. Niektóre pocałunki są inne niż wszystkie. A spojrzenia tak znaczące, że nie da się ich podrobić.

 

I mijasz przystanek na którym wsiadaliście razem. I rynek, na którym powiedział Ci, że przy Tobie wszystkie inne mogą się schować. I pocałował, po 4 miesiącach. W tym pocałunku była cała masa emocji, skumulowanych przez 120 dni. Był jak ten pierwszy. Ile jeszcze będzie takich ''pierwszych'' pocałunków? Czuję, że sporo. Tak jak poprzednio czułam, że to nie był koniec, teraz czuję dokładnie tak samo. W czerwonym świetle wygląda się lepiej. Ale nadal się tęskni do miejsc i ludzi których nie ma.

 

I przechodzisz przez dworzec. Na peronie stoi pociąg do niego. Przechodzisz tunelem, nadal to samo graffiti. Ale jesteś sama. Jednak pamiętasz, gdy odprowadzałaś go tamtędy w zimie. Do "domu". I pamiętasz jak zatrzymał was starszy Pan i pytał czy już odjechał pociąg. Odjechał. A on mnie pytał co ma mu powiedzieć. Kolejny był o 5 rano. Wciąż ten sam most tramwajowy. Dokładnie ten sam co w grudniu gdy na nim prosił Cię do tańca, ale odmówiłaś. I ten sam tor gokartowy widać z góry, na który chciał Cię zabrać. Doskonale pamiętasz śmiechy. I nawet uśmiechasz się teraz, ale to tylko nostalgiczny uśmiech przez łzy. Już zawsze na te "domy" będę patrzeć jakoś inaczej. Ciężko o nim zapomnieć, jeśli w tym kraju masz je za każdym rogiem. Zapytajcie mnie o którekolwiek miejsce w tym mieście. Każde ma już wyrytą naszą historie.

 

Na pewno żadnej z nich nie zapomnę. To nadal trwa. Nadal rozmawiamy ze sobą codziennie. I on zawsze będzie sam. Ja pewnie też. Ale nawet jeśli będę mieć kiedyś innego męża, dzieci, dom, gromadkę kotów i psa. Wciąż gdzieś głęboko w sercu będę go kochać. Takie rzeczy nie mijają. Myślę, że mimo wszystko, już zawsze będziemy dla siebie kimś ważnym.

Wpis larvette

Spędziliśmy ze sobą wiele nocy. Wiele poranków. Budził mnie chwytając za rękę. A wchodząc przez próg witał pocałunkiem. Całował w czoło i tęsknił. Mówił, że jestem wspaniała gdy prasowałam mu koszulę. Rozmawialiśmy o wszystkim i byliśmy ze sobą brutalnie szczerzy. Dzwoniliśmy do siebie w środku nocy. Zdecydował, że wraca do seminarium, ponieważ tam czuje się potrzebny. 

 

Nie było wrzasków, nie było wyzwisk. Nie było oskarżeń o wykorzystanie. Robiłam to, bo chciałam. Chciałam żeby był szczęśliwy. I wiem, że jeśli nie zmieni zdania, to byłam ostatnią na tym miejscu. To chyba nawet mały zaszczyt. Kiedy odebrał telefon pierwsze słowa które wypowiedziałam brzmiały ''zależy mi na Tobie''. Po chwili się rozchmurzył, kiedy zrozumiał, że nie zamierzam krzyczeć ani wydrapać mu oczu. To jego decyzja. Przeprosił. 

 

Powiedziałam, że będę czekać. Tydzień, dwa, miesiąc, rok. 10 lat. 15, albo i 50. Nieważne. Zapytał dlaczego. Bo zależy mi na Tobie i jestem uparta. Prosił kilkukrotnie żebym nie czekała, bo to bez sensu. Odpowiedziałam, że wcale nie. Bo warto czekać. Zawsze. I walczyć o to na czym nam zależy. Niezależnie od tego jak długo to trwa. Czekanie ma wartość. I  ładnie brzmi. Powiedziałam, że będę mu o tym codziennie przypominać. 

 

Każdego cholernego dnia. Choć to będzie pewnie kurewsko bolało. Ale nie potrafię bez niego żyć. (tego mu nie powiedziałam) Choć będę tęsknić z każdym dniem coraz bardziej. I płakać po nocach. Trudno. I tak nie umiem bez niego żyć. Może kiedyś wróci. Może za miesiąc. Może za rok. Może za 5 lat. To nie będzie zmarnowany czas. Wtedy ja będę w tym samym miejscu. Otworzę drzwi i złapię go za rękę. Bo wiem, że tam może być potrzebny wielu osobom. Ale nigdy żadnej z nich nie będzie tak potrzebny jak mnie jednej. Ani im wszystkim razem wziętym. Dla mnie jest tlenem.

 

I łzy zbierają mi się w oczach. Ale to nie jest smutek. To wzruszenie i tęsknota. Już tęsknię. I nigdy nie sądziłam, że będę na tyle silna by zdobyć się na coś takiego. Jednak ludzie czasem się zmieniają. Nie zmieni się tylko jedno. Zawsze będę go kochać. Kochałam go niezmiennie od listopada 2017 roku. Od chwili kiedy podszedł do mnie i dał mi czerwoną różę. Wtedy gdy było dobrze i gdy było źle. W trakcie kłótni i wielokrotnych rozstań. Wielokrotnych zmian decyzji. Kiedy miesiącami nie rozmawialiśmy ze sobą. Ja siedziałam w mieszkaniu godzinami i dziergałam dla niego koc, nie odzywając się do niego ani słowem. Miłość nie umarła nawet gdy próbowałam z całej siły odebrać jej życie. Dawno temu oddałam mu swoje serce. Nie mam drugiego więc poczekam, aż z nim wróci. Jeśli nie, trudno. I tak nie mam nic do stracenia, bo wierzę, że miłość zdarza się tylko raz w życiu. A ja dla tego jestem w stanie znieść wszystko. 

 

Chyba najbardziej będę tęsknić za jego uśmiechem. I zasypianiem na jego piersi, bo czułam się wtedy bezgranicznie bezpiecznie. 

Wpis larvette

Długo mnie nie było. Może kolejnym razem opowiem co się wydarzyło.

 

Patrzyłam dziś na tamte twarze, na swoim komputerze. Na twarze K1 i K2. Moich przyjaciółek tysiąc lat temu. Zero emocji. Nie czułam nic. Wydawały mi się tak obce jak to tylko możliwe. Jak gdybym nigdy wcześniej ich nie widziała. Bez wyrazu. Zdjęcia zupełnie puste. Obce twarze pośród innych obcych twarzy. Może to czas. Może to przez te pół roku. Może wystarczy tyle by zapomnieć wszystko. Ulubione słowa, głosy, zapachy i wspólne zwyczaje. Wspólnie odwiedzane miejsca. Tak jakby nigdy mnie tam z nimi nie było. Jak gdyby to nigdy nie była moja historia, lecz opowiedziana przez kogoś równie obcego. Może jedynie ciekawość co słychać, lecz łatwa do zapomnienia.

 

Zdałam sobie sprawę, że nie znałam ich już od dawna. To był szmat czasu, nie tylko głupie pół roku. Wiem, że już wtedy byli mi obcy. Już dawno stali się innymi ludźmi. Może zmienili się na gorsze? A może to świat nam się psuje? Jednak pomimo tego uczucia wtedy ciągle kurczowo się ich trzymałam. Jak gdyby byli tlenem niezbędnym do życia. Nie ma ich. Nie ma bólu. Nie ma złości. Nie ma zawodu. Żyję dalej. Mam się lepiej niż wcześniej. Trzymałam się mocno, jednak tylko ich obrazów stworzonych w mojej wyobraźni. Miały zastąpić to co jest. A raczej dziś to co było, gdy było beznadziejne. Ludzie się zmieniają. To nam nie zawsze pasuje. Już lata temu powinnam była pozwolić im odejść. Wtedy kiedy przestaliśmy wiedzieć o sobie wszystko. Gdy skończyło się granie w pytania wieczorami na gg z K1. Gdy skończyło się siedzenie po spotkaniach na schodach klasztoru co tydzień i palenie papierosów. Gdy daleko w przeszłości było już siedzenie z K2 o 4 nad ranem na ławce pod blokiem. Dużo wcześniej powinnam odpuścić. Kazać im odejść i pójść we własną stronę, nie oglądając się za siebie. 

 

Dobrze jest jak jest. Choć chaos mamy tu wszędzie. Już wiem, które twarze nie są mi obce. Są ciepłe i bliskie.

 

To nie smutek. To nazywamy nostalgią. Nie całkiem, bez chęci powrotu.

Wpis larvette

Depresja. Tabletki. Cięcia. Papierosy. Odrzucenie. Samotność. Izolacja. Nie mam już słów ani łez. To koniec.

Wpis larvette

On został gdy wszyscy odeszli. Mimo tego, że ja też. Właśnie ja, zawiodłam. Po kłótniach, po wyrzutach, po moim braku zaufania. Braku zaufania który zbudowali oni. Nie on sam. Przecież nie mogę mu zarzucić, że kiedykolwiek mnie oszukał. I to nie było tak jak przez moment mi się wydawało. Po moich paranojach, on został.

 

Wie o mnie najgorsze rzeczy i nadal tu przychodzi. Od byłych przyjaciół, współlokatorki i imprezy. Przez nierealne a jednak prawdziwe historie o domu do którego nie chcę wracać. Tak, powiedziałam mu o tym jak pewnej nocy modliłam się i stanął przede mną ''zły''. On mi uwierzył. Nie uznał za wariatkę. Powiedział, że dla niego ta historia nie jest niczym niemożliwym. Po to, że przez 2 lata byłam uwikłana w uzależnienie od trawy. 2 lata. Bez kilku tygodni codziennie. Dzień w dzień. Nie opowiedziałam tego wprost nikomu. O tym, że psychiatra przepisał mi leki. Że chodzę na terapię. On wie, że tam rozkładamy go na czynniki pierwsze. Nie ucieka. Nie krytykuje. Nie ocenia. Przyjmuje. 

 

Jest a tak jakby go nie było. To wszystko to takie chwile. I życie od soboty do soboty. Od środy do środy. Od czwartku do czwartku. Trochę sobie nie radzę. Chyba, że on tutaj jest. Lecz uporczywie go nie ma. Choć wyszedł stąd 2 godziny temu. A mnie został jego zapach. W łóżku, na szyi, we włosach i na dłoniach które czesały jego włosy. Na policzkach. Jego zapach. Troskliwie. Z miłością. Patrzyłam mu w oczy. Nahalnie. 

 

I cholera jasna, nie pomyślałam, że to wszystko będzie takie trudne. Że będzie mi tak trudno kiedy stąd będzie wychodził i wracał do swoich obowiązków. Że jego nieobecność tutaj będzie budziła tak ogromną tęsknotę. Bo tego nie można zastąpić. Jego obecności. Nie da się jej nadrobić wiadomością, choćby najmilszą. Żadnym telefonem. Choćby milion znaków nie jest w stanie opisać tego co dzieje się we mnie kiedy jesteśmy razem. Nie można oddać tych spojrzeń i ukradkowych uśmiechów. Tych myśli. 

 

Konflikt ról. Tak on właśnie działa. Tak go tu widać. Tak widać gdy ja zapominam skąd przyszedł i jaką pełni rolę. Kim powinien być dla mnie i nikim więcej. Dla mnie jest po prostu on. Nie pamiętam, że za godzinę jak już wróci do ''domu'', ubierze czarną szatę. Że nadal ma habit. Dla mnie jest po prostu człowiekiem. Nie obchodzi mnie jego rola w społeczeństwie. Obchodzi mnie on i to w jaki sposób się uśmiecha kiedy patrzy na mnie. To co czytam w jego oczach. I nasze rozmowy o wszystkim gdy przez kilka godzin leżymy w łóżku wtuleni w siebie. Wtedy wszystko jest w porządku. Problemy nie istnieją. Nigdy nie czułam wcześniej czegoś takiego. I jemu także świat się zatrzymał. Spóźnił się na 3 tramwaje pod rząd. Nie wiem co powiedzą jego przełożeni. Jednak ja go nie zatrzymywałam, nie trzymałam na siłę. On sam nie potrafił tak po prostu wyjść. 

 

A kiedy wychodzi to tutaj jest pusto. I zimno, przeraźliwie. Emocjonalnie zimno. Choć ciepło mi jeszcze na sercu. Ale za dzień lub dwa już nie będę tak tego przeżywać. I znów stanie się niepewnie. Aż do kolejnego razu. Niełatwo się stamtąd wyrwać. Ale widzę w tych oczach ''myślałem, tęskniłem''. Do tego nie potrzeba słów. Kiedy mnie pocałował po długim miesiącu to świat jakby się zatrzymał. Jakby wskazówki zegara przestały być w ruchu. Brak mi słów. 

Wpis larvette

Byłam zakochana. Więcej grzechów nie pamiętam. 

 

Kochałam tamtego faceta który pisał do mnie na snapie o 3 w nocy. Kochałam tego, który dał mi różę na oczach wszystkich. Kochałam tego który mówiąc o pięknie, patrzył mi w oczy. Tego, który czaił się za murem i czekał marznąc tylko po to żeby nam powiedzieć, że przykro mu, że nie może z nami iść na fajkę ale nas kocha. Tamtego, który czaił się ukradkiem i mnie wypatrywał. Tego który wypytywał o mnie moich przyjaciół. Tego, który mówił o emocjach. Tamtego, który mnie przytulał na pożegnanie tak jakby nie chciał wypuścić. Tego, który się tak uśmiechał i miał obłęd w oczach. Tamtego, który zakradał się do mnie na klatkę niczym zbój. Kochałam, tego który nieśmiało próbował mnie obejmować. Tamtego, który tak się śmiał. Tego, który jak zobaczył gokarty rzucał ''hej! Pójdziemy?" lub prosił mnie do tańca na środku mostu. Tamtego, który chciał się wracać w pół drogi, bo jego męska duma mu nie pozwala, żebym to ja odprowadzała jego. Naprawdę kochałam z całego serca tego, który się ze mną kłócił w sklepie kiedy chciałam zapłacić za jakąś pierdołę 2 złote. Jak głupia wariatka kochałam tego, który mi gotował, choć twierdził, że zaraz spali kuchnię, bo kompletnie się na tym nie zna. A kłamał, bo ugotował najlepszą jajecznicę na świecie. Tego który mnie całował w głowę i trzymał za rękę. Tamtego który kładł mi ręce na swoich kolanach, odgarniał włosy i całował w czoło. Tego który był zazdrosny nawet o weterynarza mojego kota, o każdą osobę płci męskiej z którą miałam styczność. Tego który mi mówił ''nie odkrywasz zranionych miejsc''. Tamtego który chciał znać imię osoby, która bardzo mnie skrzywdziła. Tego, który mnie całował na przystanku gdy nadjeżdżał tramwaj. Tamtego, który mnie pytał ''Czy to odpowiedni moment naszej znajomości żebyś dała mi swój numer telefonu?''. Tego, który mi się narzucał i sam to tak nazwał. Tego, który nazywał mnie księżniczką. Tego, który w Sylwestra po północy przytulił mnie do siebie gdy dostałam ''życzenia'' w których nazwano mnie suką. Tamtego, który mi mówił, że jestem głupiutka i przytulał do siebie. Ciągle przytulał. Tego, który się ze mnie śmiał. Tego, któremu tak mocno biło serce. Tego który mi mówił ''ale masz wielkie źrenice''. Tamtego, który mnie rzucał na łóżko. I mówił, że jestem cudowna. Tego, któremu leżałam na piersi kiedy mówił, że jestem idealnym materiałem na żonę. Tego, który śmiał się z tej mojej głupiej książki. Tamtego z którym leżałam w łóżku i rozmawialiśmy aż zaczęło świtać. Tego z którym brakło nam czasu na to by pić alkohol (i to w Sylwestra!), bo zbyt byliśmy zajęci sobą nawzajem. Tamtego, który nie chciał ode mnie wyjść. Tego który słuchał jak bije mi serce. Tamtego, który zostawiał mi malinki na szyi, brzuchu i gdzie mu nie przyszło do głowy. Jedna nadal nie chce zniknąć. To taka krótka migawka z tego wszystkiego co było między nami. 

 

Ale miłość kończy się tak szybko jak szybko się zaczęła. Bo to już jednak nie ten. Tamtego kochałam, obecnego chyba już nawet nie lubię. Obecny właściwie mnie nudzi? Od tego nie chce mi się czytać wiadomości. I zwlekam z tym godzinami. Ale gdy przypomnę sobie jak biło jego serce, to łzy stają mi w oczach i nerwowo przełykam ślinę. Nie dlatego, że tego nie ma. Dlatego, że już tego nie czuję. Znowu nie czuję. Tak jak zawsze jest u mnie. A miłość powinna być na zawsze. Ale ja też nie potrafię kochać. Tak samo jak on. I nic już nie czuję. Chce mi się płakać ze wzruszenia. To było piękne. To było idealne, po prostu nasze. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Miłość szczególnie. Już nie wierzę, że może być na zawsze. Więc po co się zakochiwać? Nie chcę więcej popełnić tego wykroczenia. Wiem tylko, że będę mieć dobre wspomnienia z tym związane. KochałAM.

Wpis larvette

Cóż. Znów tu jestem i piszę. Kołowrotek w głowie. Tak wiele się zmieniło. Tak wiele jest za mną. Tak wiele zasmakowałam, gdy tu mnie nie było. To ogromny problem. Jakby skaza. Jakby coś czego nie umiem powstrzymać. "Ufam Ci". To brzmi ciągle w mojej głowie. Czuję się bezsilna.

 

 

Codziennie rano wstaję. Idę na uczelnię zaliczyć jakieś kolokwium z myślą, że je obleję. Zdaję. Z jednymi z lepszych wyników. Gdyby nie moja wyobraźnia, już dawno wyleciała bym z tych studiów. Nie robię nic. Prawie nic. Nie jestem w stanie. Wracam pieszo do mieszkania. Jest tak zimno. Nie tylko na zewnątrz. Zahaczam o Żabkę. Słuchawki mam na uszach a w sercu wściekłość. Postanawiam coś zmienić. Dochodzę do mieszkania. Wita mnie kot. Znów zabrał moje kapcie na swój kocyk i spał na nich w oczekiwaniu na mnie. To chyba jest miłość. Piję energetyka, paląc przy tym papierosa. Mam pozytywne nastawienie. Ogarniam mieszkanie. Później leżę w łóżku i próbuję ogarniać rzeczywistość. Dobre nastawienie znika lecz nadal się trzymam gdy dobija 13. O tej godzinie zawsze jestem silna. Co naprawdę wtedy się stało? Nie pamiętam. W głowie mam czarną dziurę. Jakby ktoś coś mi wtedy dorzucił do drinka. Nie dorzucił. Może nie było trzeba? Postanawiam zapomnieć o tym, bo to i tak nie ma sensu. Nie ma możliwości tego zweryfikować. Bo nie ufam ani jemu ani sobie. Nie mówię o tym nikomu. Nie chcę o tym rozmawiać. Nieodpowiedzialność.

 

Znów brak czegokolwiek. Wraca współlokatorka z uczelni, gdy dobija 14. Gadamy o studiach. Słucham jej narzekania dzielnie i z zainteresowaniem. Wspieram ją. Śmieję się, choć wcale nie mam na to ochoty. Myślę jak miło byłoby mieć jej problemy. Tak lekkie. Może tak można? Wracam do pokoju. Palę papierosa gdy jest już 15. Później z zima kładę się pod kocem. Oglądam coś. Znów wychodzę z pokoju. Myję naczynia i gotuję obiad. Jest 16 lub 17. Pierwszy posiłek dnia, nie licząc banana. Prawdopodobnie ostatni. Jem go, choć czuję że pomimo głodu nie mam ochoty by go jeść. Cisza. Głucha. Także w środku. Około 18 wychodzę na spacer by ogarnąć myśli. Wracam, nadal nieogarnięte. Na chwilę jest lepiej lecz ta chwila jest krótka. Zbliża się 19. Zaczyna się. Wisi smutek na żyrandolu. Przestaję nad sobą panować. Doskonale wiem, że jutro kiedy rano otworzę oczy zanim jeszcze zrobi się jasno będę tego żałować. Ale i tak wybucham. Nie mam nad tym kontroli. Straciłam ją.

 

Znów ktoś dzwoni dzwonkiem do drzwi. Zastanawiamy się ze współlokatorką o co chodzi skoro tak samo jest codziennie? Dochodzi 20. Nerwowo czytam notatki. 21 idę się kąpać. 21:30 wracam i palę papierosa. Który to już dzisiaj? 10ty? Zapewne. Nie jestem w stanie policzyć. Zamarzam na moment na balkonie. Coś mi się przypomina. Myśli nie dają mi żyć. Biję się z myślami czy mu o tym opowiedzieć. Tak jakbym umarła. Idę do kuchni i otwieram dolną szafkę. Wyciągam wiśniówkę. Wyciągam kieliszek. Piję i krzywię się. Czuję, że smutek znika. Naprawdę znika. Wiem, że wróci. Dobija 23. Kończę z nim rozmawiać. Mówimy sobie dobranoc. Znów mu o tym nie powiedziałam. Zasypiam.

 

W nocy budzę się około 3 lub 3:30. Wstaję napić się wody, bo przez ten sen zaschło mi w gardle. Wracam do łóżka. Po około 15 minutach zasypiam. O 6:30 dzwoni budzik. Budzi mnie ze snu. Znów snu w którym wszystko było zupełnie inaczej. Ja byłam nie taka. Ludzie byli nie tacy. Świat nie ten. Świat wymarzony. Piękniejszy. Czuję smutek i zawód. Robię Pluszza i wychodzę z nim na balkon. Palę papierosa popijając go witaminami. Co za ironia, prawda? Wracam z balkonu. Zmierzam ku drzwiom do łazienki by umyć twarz. Patrzę sobie w oczy. Myśl "co myśmy zrobili?". Kolejna myśl "co TY robisz?". To chyba zły kierunek. Chyba nie chyba. Lecz jednak na pewno. Brak mi żalu. Do kogokolwiek.

 

Maluję się by ukryć zmęczenie na twarzy. Ktoś ważny kiedyś powiedział "wyglądasz jak matka polka". Ale to było już dawno. Z 4 miesiące temu. Właśnie, było. I minęło. Nie ma co do tego wracać. Wracam do pokoju nadal w piżamie. Ubieram się. Starannie czyszczę rolką z sierści. Zabieram plecak, słuchawki i banana. No i paczkę papierosów. Wynoszę z pokoju kota. Nie może tam zostać bo pogryzł by kable od WiFi. Pal sześć kable, ale bez tego małego futra było by już całkiem źle. Ubieram kurtkę i sznuruję buty. Otwieram drzwi i wychodzę ostrożnie by kot nie uciekł. Zamykam je na klucz. Współlokatorka jeszcze śpi. Wszystko robię cicho by jej nie obudzić. Ona nigdy mnie nie obudziła. Schodzę schodami w dół. Otwieram drzwi i czuję chłód na swojej twarzy. Znowu. Każdego pieprzonego dnia. Codziennie tak samo. Nic się nie zmienia. Stały plan dnia. Czy to już depresja? 

 

Dziś powiedziałam mamie, że już nie mam zasobów. Że sobie z tym nie poradzę i muszę iść gdzieś po pomoc. Nie zadzwoniłam dzisiaj, choć miałam to w planach. Zadzwonię już jutro. A co jeśli nie zadzwonię? Zmieniam zdanie w każdej  sprawie dosłownie co minutę. Co jeśli to zdanie zmienię także? Raz chcę coś zmienić, zaraz potem tracę motywację. Miliard myśli na jedną minutę. Tylko zmienność w tej chwili jest stałością. Co mi się stało?! Chyba przestaję wierzyć, że jest jeszcze możliwość uporządkować to wszystko.