Photoblog.pl

Załóż konto

You know my name, not my story. 
zapisz

Wyświetleń: 160

To już prawie miesiąc od kiedy widzieliśmy się pierwszy raz poza moją pracą. Wciąż się spotykamy. Tylko wszystko się już zmieniło. We mnie już zniknął lęk i niepewność. Powoli przestaję szukać dziury w całym. Widzę, że on ma wady. Ale nie takie z którymi nie mogłabym żyć. Po prostu ludzkie. Emocje są ważne. I czasem pod ich wpływem zachowujemy się źle. Doskonale widziałam, że miał powód. Człowiek od miesięcy krzywdzony i wyzyskiwany ma prawo się bronić słowami. Nawet jeśli są bolesne.

 

Po prostu jestem szczęśliwa. I bardzo ponad wszelkim syfem. Jest stabilnie i pewnie. To nie człowiek, który nagle bez słowa znika z Twojego życia. Bo on rozmawia. On komunikuje i próbuje się dogadać. On chce wiedzieć co druga osoba ma do powiedzenia. Bo nie jest tchórzem. Zresztą już wiem, że ode mnie nie ucieknie. Widzę, że jest szczęśliwy. I zachwycam się tak normalnymi rzeczami, których brak powinien być nie do przyjęcia. On mnie nie ukrywa przed swoimi znajomymi. On nie kryje mnie przed swoją ex. A pracują razem w tej samej firmie, na jego szczęście po dwóch stronach budynku. Niczego nie ukrywa. Tak samo przede mną. Nie robi jakichś dziwnych akcji. Po prostu widzę, że jest ze mną całkowicie szczery, zadaję pytanie, dostaję odpowiedź. Bez kombinowania. To ja jestem tą stroną która się boi opowiedzieć wszystko. Ale gram w otwarte karty i odpowiadam szczerze kiedy mnie o coś zapyta. Wczoraj zapytał mnie co takiego złego wydarzyło się w moim życiu. W skrócie odpowiedziałam mu o gimnazjum (w skrócie nie dlatego że, chciałam coś ukryć lecz dlatego że to bardzo długa historia). A on po prostu zrozumiał. Przytulił mnie i powiedział, że to musi być straszne być tak ciągle poniżanym. To była tylko część mojej trudnej historii, bo naturalnie jakoś tak wyszło że zmieniliśmy temat. Ale na pewno opowiem mu całą resztę kiedy poprosi.

 

I to ja jestem tą stroną która chce to co nas łączy trochę schować w cieniu przed niektórymi osobami. Ale myślę, że to słuszne, że nie chcę się tym afiszować w pracy jeśli poprzednim razem gdy coś mnie z kimś łączyło mój szef nagle zaczął być dla mnie bardzo niemiły i o wszystko się czepiać. Jednak i tak ostatnio z pracy wyszliśmy razem, a on nas widział. Tak czy siak będzie musiał się z tym pogodzić. Ja od samego początku stawiam granice w stosunku do szefa. Ja jestem pracownikiem, a on szefem. Możemy być znajomymi, ale nic więcej. Pomijając to, że nawet gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach - jego podejście do życia i ludzi jest tak bardzo sprzeczne z moim, że na wejściu i tak dostał by ode mnie kosza. I wychodzi na to, że jesteśmy razem. Choć żadne z nas tego wprost nie powiedziało. Ale wiem, że on myśli o mnie poważnie skoro chce żeby jego córka mnie poznała. Nie przedstawiał by jej mnie gdyby było inaczej. Boję się tego panicznie. Choć wiem, że to w końcu się wydarzy.

 

Miałam jechać do nich jutro, ale rano miałam sporą gorączkę i nie chciałabym zarazić małej. Nie wiem jak to wyjdzie. Martwię się, że ona mnie nie polubi a wręcz znienawidzi. Choć moja terapeutka powiedziała "jeśli jest faktycznie tak jak on mówi, ona może się wręcz ucieszyć, bo widzę że Pani zależy na tym by mieć z nią dobry kontakt". I jeszcze "naprawdę myśli Pani że gdyby on wiedział, że Pani tam nie chcą to narażał by Panią na to?". No właśnie. Nie sądzę. Nigdy nie narażał mnie na nic nieprzyjemnego. Więc zaufam mu. Szczególnie, jeśli chcę by to miało przyszłość, muszę mu zaufać.

 

Jeszcze nigdy się nie kłóciliśmy. Nie wiem o co moglibyśmy w ogóle się pokłócić skoro mamy tak bardzo podobne podejście do życia, ludzi i system wartości. Jesteśmy podobni. Jeśli z kimś być to na poważnie. Jeśli być to na stałe, nie bawić się uczuciami. Jeśli coś robić to z pasją. Jeśli się nie zgadzać z kimś to konstruktywnie, nie w kłótni. Po prostu on jest dojrzały. I ja również. To samo wyobrażenie na temat tego jak powinny wyglądać relacje sprawia, że sporów brak. Pomijając tylko ostatnią sprzeczkę o lekarza. Ale ciężko to nazwać kłótnią. Był chory, a ja wysyłałam go do lekarza. On jest uparty i nie chciał iść, bo twierdził że mu przejdzie. Ostatecznie mnie posłuchał, poczekał aż w niedzielę skończę pracę nad ranem i pojechaliśmy razem na całodobówkę. Później do mnie i poszliśmy spać.

 

On mnie tak rozumie. On ma żywe emocje które potrafi rozpoznawać. On mówi, że nawet jak jest zły, bo ktoś gdzieś go wkurzył to stara się jak może żebym ja tego nie odczuła. Trafił mi się prawdziwy skarb. A niejednokrotnie był krzywdzony i wykorzystywany przez inne kobiety. Przez narcystyczne zimne suki, przynajmniej jeśli są naprawdę takie jak on opowiadał. Ja jestem na przeciwległym biegunie. I dla niego to nowość. A mimo tego wszystkiego on ma dobre serce. I wiarę w to, że istnieje miłość. Ja straciłam nadzieję, że ona mnie kiedykolwiek spotka, ale chyba powoli ją odzyskuje. Bo jest tak miło, jak niezapowiedzianie wpadam do niego do pracy po drodze do swojej, lub wracając od koleżanki jak wczoraj. Widziałam, że szczerze się cieszył, że mnie widzi.

 

Mam pewność, że nie jestem tu niechciana. Wręcz przeciwnie. Choć nigdy bym nie pomyślała, że moje życie potoczy się w ten sposób. To duże zaskoczenie. Poza tym już powiedziałam o tym mojej mamie. Była trochę zaskoczona. Ale ostatecznie powiedziała, że to moje życie i ja wybieram z kim się spotykam a najważniejsze jest to żebym była szczęśliwa. I jestem. Moje przyjaciółki go uwielbiają, mówią że jest taki miły. Że dobrze mnie traktuje. Cytuję "w końcu ktoś normalny". No tak, to prawda. On też jest kompletnym przeciwieństwem moich poprzednich. I mam nadzieję, że tak pozostanie.

Zarejestruj się teraz, aby skomentować wpis użytkownika larvette.