Photoblog.pl

Załóż konto
Dodane 19 LISTOPADA 2022
Wyświetleń: 195

Londyn, 19/11/2022, 01:49 rano 

Wróciłem przed chwilą do domu z koncertu Florence and the machine. To w ogóle cudowne, że mogę se mieszkać w mieście, w którym są takie koncerty i nie muszę nigdzie jechać, tylko zaraz przy domu mam arenę o2. No ale z Kolumny do Łodzi też nie miałem daleko na koncert Florence. Przesadzam. W Londynie jest jak w Łodzi. Z wyjątkiem, że w Łodzi nigdy nie grała koncertu Lady Gaga.

W drodze do domu z koncertu, upchany w tłumy ludzi jeszcze przed chwilą połączonych wspólnym przeżyciem z pogranicza zagadnień religijności, mijałem na wpół uśpione już miasto, w którego apartamentach zupełnie uśpieni byli ludzie, którzy nawet nie wiedzą, kim jest Florence; którzy gdzie indziej znajdują odpowiedzi na pytania jak żyć. Nie każdy wie, kim jest Florence. To nic. W drodze do domu. Z sali koncertowej, która w sekundę - dosłownie z prędkością gaszonego nastrojowego światła i zapalanego górnego magazynowego oświetlenia - z magicznego objawienia najbardziej pierwotnych sił ludzkich staje się w mgnieniu oka obrzydliwym skąpanym w biało niebieskim światle i śmierdzącym wygazowanym piwie wnętrzem. Piękne zdanie. Bardzo proustowskie. W mgnieniu oka z gwiazdki z nieba, spadamy w kałużę zmieszanego z piachem piwa. Nie pozostaje nic innego jak patrzeć w górę i oddychać ustami, nie nosem. Jak pielęgniarki. 

Siedzę w mieszkaniu po koncercie i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że teraz ona robi to samo, co ja, czyli pisze albo to samo, co Konrad, czyli śpi. Albo to samo, co wy teraz - czyta. Ona nie idzie tańczyć dalej do klubu uprawiać drugs, seks and rock'n'roll. Ona ma jutro kolejny koncert. Ona ma weekend pracujący. Ona też parzy sobie herbatkę i kiedy czeka aż zagotuje się woda patrzy na swoje odbicie w lustrze tak samo niewyraźne jak odpowiedzi na pytania, czy to co robi ma sens. Ona o tym śpiewa. Ma nadzieję, że ludzie ją rozumieją. Może mieć tylko nadzieję. Choć zupełnie jasne jest, że może mieć tego pewność, przeglądając się w trakcie koncertu jak w lusterkach w tylu tysiącach par oczu ludzkich, które zakochanymi spojrzeniami wiercą dziury w jej sercu, ale na których odwzajemnienie nie ma czasu . No a w tym samym momencie w brzuchu dziury wiercą jej obietywy telefonów komórkowych relacjonyjących dwadzieścia cztery na siedem, trzysta sześćdziesiąt stopni dookola swoich osi. SMARTFONY. PRZYSŁANIACZE-WIDOKÓW. W internecie można obejrzeć jej występy z każdego miejsca na koncertowej arenie. Florence zaczarowana w zwierciadełkach youtuba. Na wyciągnięcie ręki. Na koncercie piękna wróżka, niby Dzwoneczek (Tinkerbell łaniej brzmi), obija się o ściany nie-klatki, a metalowych barier bezpieczeństwa odgradzających ją od tych, którzy ją kochają. Nawet kiedy obiega całą arenę dookoła (naprawdę to zrobila), żeby być jak najbliżej każego z osobna, goni ją co najmniej trzech typów - ochroniarzy, którzy gonili ją jak zatroskane bezpieczeństwem dziecka przedszkolanki. Nie wiem dokładnie ilu ich było, tych ochroniarzy, bo nie liczyłem, bo ona przebiegała obok mnie. A ja ją w tym jej biegu dotknąłem. A wtedy to jakby się przed moimi oczami kamień nagle odsunął i ujrzałbym światło, które zawsze tam było, a którego nigdy nie widziałem. A jak biegła to była piękna, jak Ania jak biegnie do swojej plejki na spotifaju ze wszystkimi hitami Black Eyed Peas. No może wyglądała na nieco trochę bardziej tylko zatroskaną, bo kilka piosenek wcześniej zakrwawiła obficie scenę, kiedy wpadła gwałtowie na te ciężkie bariery nie-klatki, w której wykrawiała się nie-skrzydłami, a stopą. Kiedyś już sobie zresztą stopę złamała, w trakcie koncertu w Polsce chyba nawet. No ale nawet jak ją boli, to wszyscy i tak się karmią tym pyłem, który dookoła siebie rozpyla i który sprawia, że chce się jej dotknąć, potrzymać, mieć przez chwilę, aby na chwilę stać się wolnym i odlecieć.

Ona jednakowo się karmi tym przeżyciem. Jest obopólne. Wyobraż sobie, że historia którą puszczasz w świat wraca do ciebie piękniejszą. Wyobraź sobie, że od kiedy twoja historia pójdzie w świat, każdy dopisuje do niej swoje jedno doświadczenie. Odwrotność głuchego telefonu, w którym zamiast uproszczonych głupot wraca do nas opowieść piękniejsza niż ta, którą wysłaliśmy w świat, bo nagle to co moje, nie jest już tylko moje, ale jest też twoje. Staje się naszym wspólnym. Obopólnym. To jest piękne. Teraz sobie myślę, że to równie przerażające. Obcowanie z tym wszystkim, co do niej wraca. Z tym  pięknem. Nie bać się w obliczu piękna swoich fanów próbować nowych rzeczy, pisać kolejnych piosenek, popełniać błedy. Przy każdej kolejnej piosence zastanawia się tak samo usilnie: Mogę wam o sobie jeszcze coś opowiedzieć?

Przed piosenką Never Let Me Go powiedziała, że nie grała jej przez ostatnie dziesięć lat, bo zawarła w tej piosence część siebie, którą trudno jej było wtedy zrozumieć, a ludzie poprzez pielęgnowanie jej w swoich sercach sprawili, że wróciła ona do niej pełna miłości do samej siebie. Innymi słowy stała się człowiekiem pełniejszym, kiedy zobaczyła w jaki sposób pomaga ludziom dzieląc się swoim bólem. Oto ona, bogini, o której więcej osób na świecie nie wie niż wie, ustawia się przed nami do ukamieniowania, bo jej się wydaje, że zgrzeszyła. A ludzie po kolei upuszczają z rąk kamienie i zaczynają tańczyć do jej muzyki. Jest taki przewspaniały cytat Nietzschego, który towarzyszy mi już hen hen (mam go na ściane w pokoju): And those who were seen dancing, were thought to be insane by those who could not hear the music. Ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych przez tych, którzy nie słyszeli muzyki. Florence zadedykowała piosenkę Never Let Me Go dla wszystkich tych, którzy od piętnastu lat tańczą z nią, choćby inni ich mieli za idiotów. Parafrazując.

Florence pół siebie wyżyma tuszem na papierze, a drugą połowę słonym potem na scenie. Zakolorowanym krwią ze zranionej stopy. Tańcem pęta kończyny ludzi, a te pęta jak dzidowskie bicze idą w świat dalej i sieją nie opętanie, lecz wyzwolenie. And for a moment when I'm dancing, I am free. (Jestem wolna, kiedy kołysze mną taniec). Taniec to jedna z niewielu form ruchu pozbawiona strachu poruszania się do tyłu. Taniec to piękna forma autoterapii.

Uniwersalność tego co tuszem kreśli na papierze natomiast, o tym, co jako istoty ludzkie wszyscy przeżywamy kipi z jej tekstów jak bulgoczący w kociołku magiczny wywar. Wywar, po którego skosztowaniu więzi między ludźmi zacieśniają się. Splatają się wtedy nasze ramiona w uściskach, a usta szepczą sobie nawzajem do ucha: też mi trudno. też się boję. też mam spocone dłonie. też po pepsi puszczam bony. 

Każdą wydaną piosenką wybiera dzielić się z nami. Dzieli się tym co czuje. W piosenkce Morning Elvis pisze "po każdej kolejnej trasie przyrzekam sobie, 'koniec z tym. już wystarczy.' Ale słyszę nawoływanie, które objawia się nowymi piosenkami, które jak dzieci błagają o przyjście na świat". Ona nie musi pisać. Podejmuje decyzję, żeby to zrobić. Ona też kogoś kochała, nie-księcia z bajki, choć wygląda w tych swoich sukniach jak księżniczka. Gdzieś tam jest chłopaków kilku, którzy jej złamali serce, a żeby sobie z tym poradzić pisała piosenki. Wyobraź sobie jeździć po świecie i śpiewać piosenki o swoich byłych i o tym, czego się boisz. Ale nie że pająków. Tylko o takim strachu, który cię budzi zlanego zimnym potem. O takim strachu, że nie wiesz, czy się jeszcze podniesiesz.

Dziś śpiewając o tym na koncercie rzucała się ludziom w objęcia, wskakując na barierki (na których skaleczyła sobie nogę i koncert był co chwilę przerywany, bo lekarz musiał opatrywać ranę. nie wiem czy wyraziłem się jasno o tym w tamtej gmatwaninie porównań do Dzwoneczka) i rzucając się w tłum mówiła, że tęskni za Londynem. Nic dziwnego. Ja bym tęsknił nawet za Łodzią, gdybym se nie mógł od czasu do czasu wyjść z chaty gdzieś, bo zaraz się ktoś gapi albo prosi o zdjęcie (pzdr dla Sama Smitha). 

Czy dzika sroka zazdrości papugom, kiedy wlatuje do ich woliery w zoo zabrać tłusty orzech? Na pewno myśli o tym wylatując z powrotem (nie spowrotem) na wolność polatać nad miastem na skrzydłach unoszonych treścią beztroską.