Photoblog.pl

Załóż konto

palą się podeszwy w najkach. 
zapisz

Wpis 155cm
Wewnętrzny porządek jest gwarantem zewnętrznego.

zazdrość.

zazdrość.

 

 

 

Jak radzić sobie z zazdrością mieści się na liście TOP 10 związkowych problemów wszechczasów.

 

Prawdopodobnie dlatego, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo bezproduktywne jest to uczucie.

 

Widzisz, większość emocji pełni swoje konkretne i ważne funkcje. Te przyjemne informują nas, co robimy dobrze i wzmacniają naszą motywację. Te negatywne, dają nam znać, co robimy źle. Nawet strach ma swoje uzasadnienie, bo sprawia, że w kryzysowych sytuacjach wyłącza nasze myślenie i przejmuje dowodzenie, żeby uratować nam tyłek.

 

W tym zestawieniu zazdrość jest tak samo przydatna jak wykupienie licencji na WinRara. Niby można, ale nic ci to nie daje.

 

Jeśli obawiasz się zdrady, to zrób krok do tyłu i zastanów się, czy to, że będziesz śledzić czyjeś rozmowy, dyskredytować inną osobę albo mówić: 'Nie spotykaj się z XYZ!' coś zmieni? Czy kiedykolwiek to zadziałało?

 

Nigdy nie nadziwię się osobom, które myślą, że odpowiedź na to pytanie brzmi: Tak. Wiesz dlaczego? Bo nie kontrolujesz tego, co druga osoba zrobi.

 

Mówi się, że jeśli facet jest naprawdę zainteresowany, to żeby z tobą być będzie dzwonił, zabierze cię w najważniejsze dla siebie miejsce, przedstawi cię matce i nie przeszkodzi mu w tym projekt w pracy, to że boli go głowa albo, że zepsuł się mu telefon. Po prostu pożyczy go od kumpla.

 

I wiesz co? To samo dotyczy zdrady. Jeśli facet (kobieta też, ale już trzymajmy się jednego przykładu) chce innej osoby, to mając taką możliwość, ją zdobędzie. Nie przeszkodzą mu w tym twoje zakazy i nakazy, płacz i wkurwienie.

 

Może i mówimy: Mam dziewczynę, chłopaka, męża, żonę, ale w rzeczywistości nikogo nie mamy. Nie podpisujemy umowy własności i nie ustawiamy numeru PIN i dwustopniowej weryfikacji do osoby, z którą jesteśmy. Po prostu jesteśmy razem. Teraz. Jutro już niekoniecznie i nigdy nie masz kontroli nad drugą osobą.

 

Kontrolujesz tylko to, jak się zachowujesz. Czym się zajmujesz. Czego chcesz. Czy w siebie wierzysz. Czy po przyjściu do domu pogracie razem w ps czy jednak wolisz przeczytać cudze rozmowy na telefonie. Czy jesteś dla kogoś tak wartościowa i ważna, że nie zechce cię zmienić na kogoś innego, czy tylko się boisz.

 

To takie rzeczy określają to kim jesteś i jak się na ciebie patrzy. I przykro mi, ale zazdrość nigdy nikomu nie służy. Nie jest słodka, seksowna i pociągająca. Jest tylko odpychająca, bo pokazuje to, jak mało się cenisz. Wiesz dlaczego? Bo nigdy nie obawiamy się ludzi, których uważamy od siebie za gorszych. Boimy się tych, których uważamy za lepszych.

 

Co więc masz zrobić, kiedy odczuwasz zazdrość?

 

Cokolwiek. Kup sobie chomika. Zapisz się na kurs hiszpańskiego. Pomaluj stodołę. Naucz się robić Whisky Sour. Jednak przede wszystkim skup się na tym, żeby stać się osobą, która nie musi patrzeć na innych, jak na zagrożenie.

 

Tylko to uwolni cię od zazdrości.

Wpis 155cm

 

W tym naszym wiecznym wyścigu o bycie najlepszymi wersjami siebie olejmy na chwilę jakiekolwiek zewnętrzne miary i spłońmy aż do cna w tym krótkim przypływie inspiracji, gdy NAPRAWDĘ możemy stworzyć coś najlepszego, co tylko potrafimy.

 

Pamiętajcie, że z każdego przystanku można wrócić do domu a z każdego samochodu można wysiąść. Z każdego spotkania można wyjść. Każdą siłownię można przełożyć.

 

 

Jak czujesz, że 'to już', to działaj.

Rób.

Choćby o świcie.

Bo widzisz, sen poczeka.

 

 

Ale Twoje prywatne, lepsze jutro - nie.

Wpis 155cm
życie nie jest tym co się dzieje, ale tym jak na to reagujesz.

Wpis 155cm

tylko to się liczy.

tylko to się liczy.

Prawdopodobnie nie jest to pierwsza rzecz, jaką się o mnie myśli, ale mam w sobie dużo szacunku do trudnych sytuacji w jakich znajdują się inni. Nie widzę demonów z jakimi inni się mierzą, ale wiem, że je mają. Rozumiem, że można być złamanym i czuć się tak bezsilnym, że wyjście do sklepu po mleko jest wyzwaniem. Nie mierzę wszystkich jedną miarą, bo mam świadomość, że ja, ty i każda inna osoba, jesteśmy w innych punktach. Zarówno na osi czasu, jak i na osi możliwości oraz osiągnięć.

 

Doskonale rozumiem, że nie kontrolujemy wszystkiego. Też nie miałam zawsze wymarzonego startu. Całe szczęście od zawsze radzę sobie nieźle, więc nawet jeśli dzisiaj umrę, to coś po sobie zostawię. Pomimo to, nie zapowiada się, żebym miała zarobić miliardy. Miliony być może, ale na szczycie setki najbogatszych Polaków raczej się nie zobaczę.

 

Akceptuję to, bo jesteśmy trochę jak postaci z gier komputerowych. Startujemy z już ustalonymi cechami. Niektóre rzeczy przychodzą nam łatwiej. Inne trudniej. W czymś jesteśmy nieźli, a w innych tragiczni. Można byłoby nad tym ubolewać, gdyby nie to, że jest też to, co nazywamy rozwojem postaci. Nawet jeśli czegoś ci brakuje, to wciąż możesz to zdobyć.

 

Do tego też sprowadza się dyskusja kowal swojego losu vs. 'przypadek'. Nie kontrolujesz zasobów, z jakimi się rodzisz. Ale też nie jest tak, że nie kontrolujesz niczego. Nawet osoby w największym stopniu przekonane o beznadziejności podejmowania prób walczenia z losem, wciąż nastawiają budzik. Umawiają się ze znajomymi. Zmieniają pracę. A robiąc to, wciąż przyznają, że są rzeczy, które od nich zależą.

 

To ty decydujesz jak się zachowujesz. Z kim się spotykasz. Czego się uczysz. Jak spędzasz wolny czas. Czy oglądasz pranki na youtubie, czy czytasz. Jak traktujesz innych.

 

Ktoś mógłby powiedzieć, że to niewiele. Drobiazgi. Pierdoły. I ma rację, ale od tego zależy kim będziesz, a od tego kim będziesz, zależy cała reszta.

 

Tymczasem ludzie mają w zwyczaju wyrzucać to wszystko do śmieci. Robią to za pomocą słów: I co z tego, jak i tak nie będę drugim Bezosem (lub kimkolwiek innym)? Tak jakby ten prosty fakt przekreślał sensowność jakichkolwiek starań.

 

Tylko, że tak nie jest, a podejście wszystko albo nic, sprawdza się& Właściwie to nigdy się nie sprawdza. Ani jako strategia negocjacyjna ani życiowa.

Wiesz, co się sprawdza? Robienie tego, co możesz.

 

 

Pełne zaćmienie słońca zdarza się rzadko, ale równie rzadko mamy do czynienia z sytuacją, w której startujemy z idealnego miejsca. Dlatego tak ważne, jest to krótkie zdanie.. rób to, co możesz.

 

Nie możesz kupić sobie nowego mieszkania? A co możesz zrobić, żeby mieszkało ci się lepiej?

Nie masz siły pracować? A na co masz siłę?

Nie możesz mieć drugiego Amazona? A jaki inny biznes możesz zbudować?

 

Nieważne, co robią twoi znajomi. Nieważne, z czym się mierzysz. Żyjesz dla siebie, więc po prostu rób to, co możesz zrobić w tej sytuacji, w której jesteś. Czasami oznacza to zdobywanie Oscarów. Czasami oznacza przetrwanie kolejnego dnia leżąc w łóżku, w piżamie, przy szumie Netflixa i to też jest ok.

 

Robienie tego, co możesz nie sprawi, że to, co cię otacza będzie doskonałe. Nigdy nie będzie. Ale ZAWSZE może być lepsze. I jak sięgniesz do swojego wnętrza, to zobaczysz, że tylko to się liczy.

Wpis 155cm

 

 

Być może to kwestia mojej wewnętrznej skłonności do buntu, ale fakty są takie, że chociaż bardzo lubię myśleć o sobie, jako o człowieku ambitnym i energicznym, to większość rad dotyczących efektywności uważam za głupie.

Albo szkodliwe.

Albo chociaż nieprzydatne.

 

Na przykład w kręgu specjalistów od zarządzania czasem są modne aplikacje, za pomocą których można przeanalizować swój dzień. Przyświeca im założenie, że zamiast pracować, bardzo często robimy wszystko inne (na liście jest wieszanie prania, kupowanie bzdetów na Aliexpress i czytanie o hodowli gekonów). Natomiast gdybyśmy tylko wiedzieli, gdzie nasza uwaga wędruje, to stalibyśmy się tytanami efektywności. Ile razy słyszałam, że warto to zrobić, bo dzięki temu jak na dłoni widać, ile minut ucieka ci na sprawdzaniu poczty oraz na surfowaniu po sieci w poszukiwaniu Mustangów w okazyjnej cenie. Nie wykluczam, że istnieją ludzie, którym taka świadomość pomaga. Jednak jeśli zastanawiałeś się kiedyś nad zrobieniem sobie takiego audytu, to zanim to zrobisz, mam ci do powiedzenia trzy rzeczy.

 

 

1. Masz rację. Za dużo czasu marnujesz na głupoty. I żeby to wiedzieć, nie musisz tego sprawdzać. Twoja doba ma 24 godziny, ale wykorzystujesz tylko niewielką część tego czasu na ważne dla siebie działania. Nawet jeśli jesteś jednym z tych typów, którzy zostają w pracy po godzinach, żeby przy świetle jarzeniówki patrzeć się w kolumny Excela, to wciąż więcej czasu poświęcasz na drobiazgi. Na ploteczki. Na stanie w korkach. Na staranie się, żeby ominąć korki. Na telefony. Na kupowanie bułek.

 

 

2. Bez względu na to, co zrobisz, zawsze będziesz marnować trochę czasu. Wynika to w znacznej mierze z naturalnych przyczyn. Nie możesz być skoncentrowany bez przerwy, a przeglądanie swoich ulubionych stron jest zwyczajnie przyjemne. Gdyby nie było, to byś tego nie robił. Mało tego, każdy, kogo znasz i każdy, kogo podziwiasz też tak ma, bo wbrew temu, co autorzy niektórych amerykańskich poradników sądzą, życie to nie ciągła, ciężka praca. To przede wszystkim błahostki, które razem składają się na misternie utkany gobelin. A co do mitycznej produktywności, to Jacek Walkiewicz opowiadał kiedyś taką anegdotkę. Otóż, rozmawiając z Władysławem Bartoszewskim zwierzył mu się, że kiedy nie chciało mu się wstawać z łóżka, zawsze sobie mówił, że profesor Bartoszewski na pewno nie ma takich problemów, po czym wstawał i zaczynał pracować. Na co Bartoszewski na niego patrzy i mówi: Tylko widzi Pan, ja lubię, cholera pospać.

 

 

3. To, że zobaczysz ile czasu spędziłeś na facebooku, nie sprawi, że przestaniesz tam zaglądać.

Mam paru znajomych, którzy tak myśleli.

Przekonywali, że jak dowiesz się, że od rana do nocy oglądasz jakieś gówna, to wyleje ci to na głowę kubeł zimnej wody, wyłączysz internet, wyrzucisz komputer albo zrobisz cokolwiek innego i zaczniesz zasuwać jak mały samochodzik.

Ale nie zaczniesz. Żaden z nich też nie zaczął. Skończyło się tak, jak podczas sesji, kiedy zapobiegliwie nie włączasz laptopa. Zamiast tego kładziesz na widoku podręczniki, a następnie zmywasz talerze. Szorujesz podłogi. Malujesz paznokcie. Gratuluję...właśnie zamieniłeś pięć godzin siedzenia na facebooku na pięć godzin równie bezcelowego sprzątania.

 

 

Błędem takiego podejścia jest wiara w to, że nie pracujemy, bo nie wiemy, co nas rozprasza. W rzeczywistości jest inaczej. Jeśli wyobrazisz sobie płynący strumień i na jego drodze postawisz tamę, to woda zamiast się przez nią przebijać, rozleje się obok i zacznie rzeźbić nowe koryto. Usiłując sprawdzać na co marnujesz czas, pieczołowicie badasz gdzie twoja uwaga odpływa, ale nie odpowiadasz sobie na znacznie ważniejsze pytanie. Jest nim to ...dlaczego tak się dzieje? Co jest twoją tamą? Dlaczego wybierasz nabicie levelu w grze zamiast pójścia na randkę, zarobienia więcej pieniędzy albo wybrania się na udawaną herbatkę w pokoju córki? Na te pytania nie ma oczywistych odpowiedzi, ale najczęstsze są dwie.

 

Pierwsza jest taka, że nie robimy tego, co powinniśmy, bo nie potrafimy albo jest to dla nas trudne. Odbijamy się więc od naszych zadań i zajmujemy czymś łatwiejszym.

 

Druga odpowiedź jest taka, że robimy to, bo w którymś momencie gubimy świadomość, dlaczego jest to dla nas ważne. Ulegamy poczuciu, że nie musimy. Że teraz jest ok. Że te dodatkowe zadania to tylko dodatkowe zadania, a nie kluczowy projekt. Że nic się nie stanie jeśli teraz odpuścimy.

 

Nie wiem jakie masz obserwacje, ale ja regularnie zauważam, że osoby z wizją to te, które mają głęboką świadomość dlaczego to, co robią jest ważne. To daje im siłę do wykonywania zadań, od których inni dają się odciągać natarczywym dźwiękom przychodzących powiadomień. Nie ma ważniejszego słowa, niż dlaczego. A jeśli jest, to ja go nie znam.

 

Czy warto instalować sobie aplikacje śledzące twoją aktywność w sieci? Nie wiem. Wiem za to, że jeśli notorycznie nie robisz tego, co według siebie powinieneś, to warto żeby ktoś zadał ci jedno pytanie: Czy to naprawdę to jest dla ciebie ważne?.

Jest?

Wpis 155cm

dziś mija 14 rok od kiedy Cię znam D. : D dzięki Tobie umiem w życie. haha

wpis sponsorowany

wpis sponsorowany

Lubię swoje życie. Kolejne dni spędzam dużo pracując i zawsze mając na tapecie coś wielkiego, co akurat próbuję zrobić. Koronawirus pozwolił mi wrócić do mojego trybu sprzed dwóch lat co cieszy mnie jak nic. Wpatrzona w monitor przeskakuję tylko między konsultacją, nowym tekstem, nowym zdjęcem. I dorabiam kawkę do wiernego kubka czającego się zaraz obok komputera. I patrzę się, i klikam. Od samego rana.

 

Gdy zaczynam pracę, jest ósma. Po porannym spacerze po lotnisku siadam do komputera by popracować chwilę nad tym, co naprawdę ważne. Nadrabiam social-media. Czytam wiadomości. A potem piszę tekst, wymyślam kolejny produkt, odpisuje na dziesiątki maili.. Jak nie mam weny to gram w coś fajnego, ostatnio na tapecie Animal Crossing. Innymi słowy: patrzę się w monitor.

 

Dochodzi dziewiąta. Przeciągam się trochę i idę na balkon, popatrzeć na świat. Jak mam szczęście, to akurat na sąsiednim balkonie stoi ciekawy sąsiad z którym pogadam o byle czym (plusy okrągłych bloków :D ) i chwilę się zamyślę, wspominając dawno niewidzianego znajomego, którego mi przypomina. Wracam jednak szybko przed monitor, bo czeka mnie sporo do zrobienia. Na czatach i skrzynce mailowej zaczynają pojawiać się pierwsi ludzie i zaczynam swoją pracę codzienną. Innymi słowy: patrzę się w monitor.

 

Koło południa robię przerwę na śniadanie. Oglądam do tego serial, czytam jakieś zaległe artykuły. Innymi słowy: patrzę się w monitor.

 

Wczesnym popołudniem piszę teksty na bloga, obrabiam zdjęcia, ogarniam działające projekty i rozdzielam pracę na później. Innymi słowy: patrzę się w monitor.

 

Cały ten czas odpisuję też na maile, komentarze, tagi, pytania. Nie zmieniłabym nawet jednej chwili, serio. Kocham to, co robię. Wieczorem pewnie czasem coś jeszcze dopracuję bieżącego, ale generalnie staram się mieć wolne - o ile w kalendarzu nie ma konsultacji. Jeśli jest ku temu okazja to idę na spacer lub rower, czasem spotykam się z A. czasek z K. A jeśli zostaję w domu? No to pewnie serial. Albo film. Albo jeszcze w coś pogram.

I jest cudnie, dla serca.

Ale dla oczu?

No wiesz :D

Nadal.

Patrzę.

Się.

W monitor.

 

Wiesz ile godzin powinno się MAX patrzeć w ekrany? Badania różnią się między sobą, ale mówi się o maksymalnie czterech godzinach ekranu w ciągu dnia. Wiesz ile ja się patrzę? Na luzie dwanaście.

Wiesz ile Ty się patrzysz? Pewnie nie wiele mniej.

Ale tak sobie niedawno pomyślałam, że 'czas' to tylko jedna z metryk. Zobacz: była kiedyś taka opcja w jednym moim telefonie, że wiedziałam ile kilometrów mój kciuk przejechał po ekranie. Pomyślałam sobie więc: ciekawe ile milionów kilometrów przewędrowało po ekranie moje oko. To byłby maraton rangi kosmicznej. Codzienny maraton kilometrów 'patrzenia' na świecące nam w twarz ekrany.

 

W efekcie często bolą mnie oczy. Czuję piasek, pieczenie, czasem mi łzawią. Jestem profesjonalistką w wychodzeniu na balkon by z zamkniętymi oczami poleżeć na fotelu i poczuć wiatr na twarzy, ale to-choć przyjemne-pomaga na moment. Po kwadransie znowu jest źle..

Gdybym w klimie siedziała to pewnie non stop bym płakała przy tym stylu życia :p

 

Dlatego korzystam ze skutecznego rozwiązania

Oprócz przerw i mądrzejszej pracy mam specjalny fotel, by mnie nie bolały plecy.

Oprócz przerw i mądrzejszej pracy planuje od niedawna pionową mysz, by mnie nie bolał nadgarstek.

A także oprócz przerw (raz na kilkanaście minut popatrzeć na coś odległego najlepiej za oknem) i mądrzejszej pracy mam od niedawna krople HYABAK, żeby mnie nie bolały oczy. To wyrób medyczny, któremu ufam. POLECAM.

 

*wpis sponsorowanyz mojego oficjalnego bloga. 

Wpis 155cm

Życie jest proste. Bo jest. To pogodzenie się z faktem, że człowieka nie zmienisz, dopóki on nie będziesz chciał tego zrobić sam. To tolerancja 'innego', któremu dajesz miejsce w przestrzeni publicznej, choć niekoniecznie go rozumiesz. To samoakceptacja i polubienie siebie. To traktowanie ludzi tak, jak chciałbyś, żeby traktowano Ciebie. To uświadomienie sobie, że w sumie nic nie musisz, dopóki nie chcesz. To wierność wartościom, która pozwala przetrwać ciężkie dni i chwile zwątpienia. To instynkt samozachowawczy. I umiejętność podejmowania wyboru w każdej sytuacji. W końcu, jak mówi A., Twój własny wybór nie może być złym wyborem.

Wpis 155cm

mój najlepszy ziomuś. czasoumilacz w czasach pandemi :D

Wpis 155cm

 

 

Czasem w życiu bywa tak, że słońce zapomina wstać. Ptaki nie budzą się do życia i jest dziwnie duszno, a gęsty marazm głębokiej nocy trwa i trwa, i absolutnie nie zamierza odpuścić. A my jesteśmy zmęczeni i naprawdę mamy dość. Ale słońce i tak nie wstaje. Nie pozwala nam nawet na chwilę oślepnąć od wrzącego świtu, nie pozwala na sensowne zaparzenie kawy. Nawet poranne audycje w radio brzmią jakoś tak bez werwy. Powodów takiego stanu rzeczy może być mnóstwo. Możliwe, że utknęliśmy w oczekiwaniu na coś, co nigdy nie nadejdzie. Albo dawno przegapiliśmy nasz zjazd z autostrady i zamiast zaparkować pod wymarzonym domem w Krakowie powoli mijamy Monachium i nadal nie wiemy, jak się z tego wszystkiego wykręcić. Możliwe, że jest nam duszno w pracy. Możliwe, że dusi nas czyjś oddech. Czasem jesteśmy w sytuacjach, w których już dawno powinno nas nie być, ale my nadal tam tańczymy, zgrywając dobrą minę do złej gry, starając się zawsze mieć pod ręką choć jedną wymówkę, dlaczego niby od roku, dwóch, trzech odpowiadamy na większość pytań dokładnie tak samo. NIe warto.

Wpis 155cm
moja koleżanka nr 2.

Wpis 155cm

Wpis 155cm

DUŻE ŻYCIE

 

Wygląda fajnie. Dobrze się instagramuje. Jest pełne biegania, niewyspania, siedzenia po nocach, zasuwania, tyrania, spotkań, tagowania ludzi, wymyślania powodów, szukania sposobów, opowiadania historii. Jest tym, co manifestuje nasze marzenia, cele, aspiracje i wysiłek.

 

MAŁE ŻYCIE

 

W ogóle nie wygląda, bo jest tylko zestawem wartości.

Jest mną i moją rodziną, moimi najbliższymi przyjaciółmi, moim chłopakiem. Tym, co chcę osiągnąć. Tym, kim chcę być w życiach innych. Jest moimi preferencjami i zwyczajami. Jest tym, jak lubię pić kawę. Jest książkami, które lubię czytać. Jest postaciami, z którymi chciałabym kiedyś pogadać, gdyby była taka fajna możliwość.

 

Jest tym, że lubię masło orzechowe. Jest moim racjonalizowaniem przed sama sobą, że naprawdę, tym razem na bank popracuję, ale jeszcze tylko jeden odcinek serialu.

 

Małe życie jest kompasem idealnie strojącym Twoją prywatną północ.

Jest ścieżką, która spokojnie odnajduje Cię nawet w trakcie najgorszych zawieruch.

Małe życie to życie, o które się nie martwisz.

 

Wierzę, że najlepiej jest, gdy ma się oba życia Umówmy się... duże życia są fajne.

O jednym regularnie marzę i robię co mogę, by kiedyś je mieć. Ja naprawdę chcę kiedyś stanąć na tym wzgórzu i spojrzeć na to megamiasto i aż zamilknąć w podziwie. Tylko że najpierw muszę zrozumieć, co podziwiam. A także nad jakim miastem chcę to wszystko przeżyć. No i którędy wejść na tę śliczną, trawiastą górkę.

 

Bez uprzedniego skupienia się na tym co małe, co Twoje, co niczyje inne, co kruche i ciepłe i miękkie i potrzebne i spełniające Cię i dające Ci satysfakcję.. te duże życia są bardzo frustrujące i smutne. Bieganie nie jest tam, gdzie chcesz. Niewyspanie nie ma powodu. Siedzenie po nocach jest samotne. Zasuwanie męczy. Tyranie zniechęca. Spotkania nie pomagają. Tagowani ludzie nie są dla Ciebie ważni. Powody nie są przekonujące. Sposoby nie działają. Historie nie ciekawią. Coś nie gra. A może grać.

 

To nie jest znowu takie trudne. Wierzę w wartość zaczynania od małego życia. Od samego siebie. Masz wtedy życie znajome. Poznane. Zaakceptowane. Odkryte. Zrozumiane. Własne. Skromne. Przyjęte.

 

Jest trochę jak Twoja własna planeta. Świetnie się z niej podróżuje w duży świat.

Wyświetlanie archiwum

Wpisy Mozaika

Filtruj wpisy