Photoblog.pl

Załóż konto

Niedowiarka okiem. 

2020/04/28   

Moje pierwsze korzenie

« następne   poprzednie »
Moje pierwsze korzenie

 To moje korzenie. Niesamowicie przyjemnym jest uczucie COŚ mieć. Może i nie najładniejsza, może zaniedbana, kosztowna - zarówno w pracę jak i pieniędze - ale moja. Cokolwiek sobie wymarzę, mogę zrobić. Cokolwiek zrobię, będzie to mój sukces. Nawet jeśli jest tym tylko posadzenie agrestu.

 

_________________________________________________________________

 

Złamany mózg to zupełnie inne uczucie, niż złamane serce.

Przez tygodnie nie rozumiesz, w jakiej sytuacji się znajdujesz, starasz się umiejscowić samą siebie w obecnej sytuacji. Obracasz danymi, starasz się układać je w różnej konfiguracji, a wynik uparcie wychodzi Ci negatywny. Frustracja, która rodzi się przez tak długi czas, może mocno wyniszczyć. 

Aż kiedyś idziesz przez park i milczysz. Nawet nie zauważasz mijających drzew, bo jesteś tak głęboko zamknięta w swoim szoku, że odcina Ci kontakt z zewnętrznym światem.

Głupia, głupia, głupia.

Te słowa drą Ci się pod czaszką z mocą dzwonu. Idziesz i nie możesz uwierzyć w to, że byłaś tak długo tak ślepa, głucha, głupia. 

Z drugiej strony uczucie, że równanie, które tak długo próbowałaś rozwiązać, okręcałaś to wzdłuż, wszerz i na około, ciągle dostając błąd, nagle rozwiązało się samo z siebie - niewyobrażalne. Elementy wskoczyły na miejsce bardzo płynnie i to uderza Cię w mózg jak obuch. Twoje palce same z siebie robią gest idealnego połączenia - po prostu jest. Działa. Delta rozwiązana. Niewiadoma równa się zero.

Zero.

Nic.

Żaden priorytet. 

Najgłupsze w tym wszystkim jest to, że elementem, który tak długo blokował Ci drogę do zrozumienia - to Ty sama. Założenie, które (naturalnie?) naiwnie przyjęłaś, ta jedna z niewielu składowych, która były dla Ciebie pewne, okazała się kijem w szprychach. Okazała się błędna. Nie wiem, czy od samego początku  - na razie wszystkie pozytywy wydają mi się nieralne, jakby należały do innej osoby. Ale, do jasnej cholery, naprawdę nie nadążałam i już dawno powinnam była zrozumieć, że 

Zero

Żaden priorytet. 

Wszechświat próbował mnie walić po głowie już na wiele sposobów i od dłuższego czasu. Naprawdę dostawałam w dupę. Kopano mnie na około. A ja z uśmiechem upośledzonej chłopki ignorowałam to bardzo uparcie. 

Choć nie.

Ta jedna ostatnia szara komórka w moim uzależnionym umyśle próbowała krzyczeć "Debilkoooooooooooo paaaatrzzzzzzzzz! Jakiego dowodu ci jeszcze brak, kretynko?!". A ja kiwałam głową, czasem smutno, czasem ze zrozumieniem - tak, masz rację. Tak, przecież to oczywiste. Jak mogłam być taka głupia.

A potem następna dawka.

Potem parę słów, które tak zachłannie chciałam usłyszeć.

Potem ta jedna komórka przegrywała walkę z, jakby nie patrzeć - ludzką, potrzebą bycia kimś. 

I to się nazywa błąd kardynalny, moi drodzy. 

Niektórzy oblewają przez to maturę. Ja oblałam parę miesięcy mojego życia.

(Gdy teraz o tym myślę, pocieszam się starzeniem - im jesteś starszy, tym miesiące są krótsze.)

 Tak jak zawsze miałam problem z wymyślaniem tytułów do moich opowiadań i ksiażek, tak teraz mam ich pełno.

Jeszcze miesiac temu miało to być:

"Znienawidź mnie - czyli jak stałam się tym, czym ty nie chciałaś."

Teraz są to:

"Błąd kardynalny. Wspomnienia naiwniaczki."

"Jak czerpać radość ze znęcenia się nad sobą, gdy wszystko wokół cię kopie."

 

Mam w głowie dwie książki, obie bolesne. Jedna jest bardzo potrzebna naszemu społeczeństwu i wszyscy od wspierania rodzin powinni ją przeczytać. 

Druga to opis tej chorej sytuacji.

Ta pierwsza też ma gotowy tytuł - "Ze scyzorykiem pod poduszką." Boję się ją napisać, bo pokaleczyłoby i mnie i osoby, które podjęły walkę. Walkę tytanicznie ciężką, której sukces daje mi teraz filar, na którym się opieram. Nie sądzę, że zasługuje na to, by ją dobić tymi wspomnieniami. Do tego ja musiałabym otworzyć wrota, które zamknęłam za sobą już dawno i bardzo, bardzo dokładnie - co uświadamia mi za każdym razem pamiętnik z 2008 roku. 

Druga... to miała być esencja mojego wkurwu. Wkurw jest dla mnie bardzo naturalnym stanem, który pozwala mi palić w sobie negatywne emocje. Tutaj miał być mocnym, bezczelnym manifestem. 

Teraz ten "manifest" stał się pomnikiem mojej głupoty. 

Jeszcze nie jestem gotowa na to, by pokazać światu, że ja, JA!, mogłam być taka głupia. 

Na razie drę sobie mózg tą moją głupotą sama. Oszołomiona ogłądam ją z każdej strony i przeraża mnie, jak można samemu zapętlić się w gówno. I jeszcze się w nim pławić. 

Po paru dniach spędzonych na nienawiści, wściekłości, jednym ataku paniki, ta część mnie, która przeżyje, choćby świat się walił, powiedziała - Basta, kurwa, Łęgowska do chuja pana. 

("Basta" jest bardzo bolesnym słowem, bo przecież jego pierwsza próba samobójcza zaczęła się właśnie od tego słowa...)

I wyparcie. 

Jeśli tak dalej pójdzie, to będę mistrzem maratonów i prędkości rozwiązywania działań matematycznych. To dwie czynności, które wyłączają mi móżg i choćby ta masochistyczna debilka, Panna A, wykrwiawiała się zmuszając mnie do rozmyślań - te dwie czynności, czyli zjebanie fizyczne i matematyka, to mój mocny bastion.

Ależ ja jestem pojebana 

 

 

 

 

 

1 komentarz
badlife - 01/05/2020 11:36:55 z telefonu komórkowego
Gdyby tylko mózg był lampką, która możemy wyłączyć jednym patryknieciem.

Najnowsze wpisy

Moje pierwsze korzenie

 

Milka

 

Flak meeee

 

Lubię to zdjęcie

 

Screenshot

 

Pierwszy!

 

Spełnione marzenia

 

Sennik

 

Wszystkie wpisy