Photoblog.pl

Załóż konto
Dodane 29 SIERPNIA 2017
Wyświetleń: 398

 

 

Dobra, szybki wpis.

 

Zaglądam tu co jakiś większy czas i miałam ku temu jakieś powody ale obecnie to się zmieniło. Nie było jakiejś ogromnej przemiany, po prostu czas płynie. Takie małe odkrycie...

Nie czuje się już związana z tym miejscem, myśle, że idę inną ścieżką już. Podoba mi się pisanie bloga ale takiego, którego mogę pokazać każdemu i naprawdę sprawdzić w pisaniu. Klepanie o własnych problemach czy chorobach nie ma zbytniego sensu jeśli chce się człowiek jakoś rozwinąć. Dlatego raczej nie będę już tu zaglądać, bo znajde sobie nowe miejsce. Chciałam jednak pożegnać się chociaż trochę. 

 

Dla mnie ten czas tutaj spędzony wcale nie był zmarnowany. Robiłam, co miałam robić, może bez problemów żywieniowych osiągnęłabym więcej ale czy napewno? Nie mam jak tego sprawdzić. Mogę jedynie przyznać, że najgorszy okres był po tej całej historii, wracanie do siebie. Ale wciąż nie mam pewności co byłoby bez tego. Może to takie wewnętrzne oczyszczenie było? Naprawdę wspaniale zajrzeć do swojej głowy tak głęboko, jeśli ktoś interesuje się takimi sprawami to cholera, poleciłabym, ale wiem jakie ma to konsekwencje i ile jednak wyciąga z życia chociażby małymi bokami. Nie ma pewności, że łatwo sie z tego wyjdzie. Mnie sie udało... Ale nie mam pewności czy np za jakiś czas wróci. 

 

W skrócie moja historia jedzeniowa polegała na nie-jedzeniu. Katowaniu. Odmawianiu. Zamykaniu sie na cały świat zewnętrzny. Wierzeniu w bzdury. Nie mogę napisać, że to była choroba i tyle. Wydaje mi się, że w pewnym momencie po prostu chce sie tego. Ja sie nie czułam chora tylko zafiksowana na czymś niezdrowym. Czytałam pierdoły typu "nie jedz o 18" i stosowałam sie do tego chociaż wiedziałam od razu, że to głupota. Ale mi chyba o to chodziło - żeby sobie troche pocierpieć. 

Nie, nie żałuję. 

Żałuję tylko jeżeli mój obecny stan wynika z tamtych historii. 

Ale i tak nie chciałabym cofać czasu. Czuję, że wiele mnie to nauczyło.

Albo może pokazało. Taki bagaż wrażeń.

 

Ale pamiętajcie, ja sobie z tego wyszłam. Nie każdemu się udaje, więc nie będę tego nikomu polecać. 

 

Przypominam, że kosztowało mnie to kilka lat schizy, kolejne kilka bulimii i ciągłej nieakceptacji własnego ciała, depresji. Te ostatnie fazy to fazy powrotu do zdrowia. Nawet jeśli przechodziły przez kolejne choroby, był to tak naprawdę powrót "na swoje". 

 

Obecnie w ogóle mi jakoś na tym nie zależy. Czasem uznam, że fajnie wyglądać tak czy tak ale w większości dobrze mi się patrzy na samą siebie. Wiem, że oddziałuje na to bycie w związku i po prostu chęć podobania się komuś. Diety nie trzymam, fakt, nie jem dużo i szybko sie najadam, co więcej - potrafię nie dojadać. Zostawiać. Oddawać. Wyrzucać. Tak po prostu, bo już jest STOP. Wcześniej, chorując, nie miałam takiej zdolności. Byłam tak przegłodzona i zniszczona, że napady były w pewnym momencie regularne. Teraz ćwiczę regularnie na siłowni ale bez spiny. Serio, nie mam planu treningowego, trenera, 3 rodzajów białka i nie pije 3 litrów wody dziennie. Nie potrzebuje codziennie ważyć produktów, unikać cukru, ważyć SIEBIE. 

 

Ja naprawdę myślałam, że trzeba robić ogrom czynności by chociaz utrzymać sylwetkę. Albo mam szczęście, albo dobry metabolizm albo mi się wydaje, że jem co chce a w porównaniu do innych może jednak niedojadam. Nie wiem. Ważę 56 kg tak mniej więcej. Czasem troche mniej. Jest w tym troche masy mięśniowej bo jakoś mi tak sama urosła. Na siłowni robie kazda czesc ciała na maszynach, co mi sie tam uwidzi. Czasem biegam. 

I tyle.

Nie wyrywam sobie włosów z głowy a jakoś potrafię siebie akceptować.

Mogę spróbować każdej potrawy, pozwolić sobie na coś słodkiego ze znajomym, ugotować coś dobrego, nie wiem, żyć.

Nie umiałabym sie już ograniczać. Wyjechałam na wakacje kilka razy i jak pomyślałam, że nadal miałabym trzymać rygor to wiele bym straciła. Ale dla mnie nie był to plan na całe życie. Ja byłam dość świadoma tego, co sie dzieje. Momentami mnie to przerastało. Bulimii nie zaplanowałam.... 

Piszę to dla was. 

 

Można żyć bez tego.

I sie akceptować i być akceptowaną.

Wystarczy robić jakieś minimum. 

Ja nawet nie jem zdrowo, wiec moim minimum jest tylko regularna siłownia. Zmuszam sie do niej przez to, że chodzę z chłopakiem. To przyznaje, jest łatwiejsze. 

 

Nie wiem czy wam się to przyda, czy nie. Ja nikomu nie każę się głodzić ani na odwal się dbać o siebie. Pokazuję tylko, że nie trzeba być zafiksowanym. Utrzymanie wagi nie jest aż takie straszne. Posiadanie cycków i tyłka jest całkiem fajne. Jak chcecie dbać o siebie to na tyle wygodnie by móc to robić wszędzie. Bo ja z moimi 500kcal dziennie nie miałam się gdzie schować czasami... 

 

Może jeszcze mnie najdzie na refleksje.

W każdym razie są ważniejsze rzeczy w życiu.

To jedyne czego mogę żałować, że BYĆ MOŻE zmarnowałam jakiś ważniejszy okres. Ale nie mam ku temu pewności.

Trzeba sobie wybaczyć i płynąć dalej, z nauczką. 

Albo ciekawym doświadczeniem.

 

Bawcie się życiem, pozdrawiam. 

 

 

 

 

Zarejestruj się teraz, aby skomentować wpis użytkownika msyoucan.