Photoblog.pl

Załóż konto

 

2019/06/17   

 

« następne   poprzednie »
Powiększenie

Mind-blowing, kicking Kiss in the butt and so very ace. Co za marnotrawstwo talentu, ile jeszcze płyt można było nagrać z takim pierdolnięciem, wystarczyło było tylko zmienić priorytety. 

3:40 "Look, it's rock and roll!" To musiało być jego własne odbicie w lustrze, nie widzę innej możliwości.

 

***

No więc mamy bilety. Nie sądziłam, że tego dożyję. Ani żem zadowolona, ani zblazowana.

Słowem wstępu - nie każdy się potrafi TAK ujebać, i walić przy tym tak inteligentne i trafne one-liners, chociaż tu też poszła nosem ścieżynka kokainy. Do podróży pakowana była w opróżnione kapsułki po antybiotykach, które lekarz przepisywał ochoczo za.. kokainę. Zawsze mnie dziwiło jakim cudem Gene nie urwał mu po tym półgodzinnym występie łba (polecam całość w HD, złoto , Beethoven's fifth!), jako że już po 5 minutach z kijem w dupie wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć - Gene uwielbia przemawiać, Paul też lubi się słuchać, tamtego zaś razu prawie nie dane im było się odezwać. I gotowali się tak przez dekadę, ciężko było chyba być frontmanami kiedy jeden pojeb do kwadratu i do sześcianu kradł im każde jedno szoł i prawie wszystkich fanów, przy tym ile musiały ich kosztować te wszystkie jego wybryki, obrzydliwe i obrzydliwsze. 

Prowadzący przy "Płaczą bo tyle pieniędzy wydali!" i "Gdybyśmy zagrali w Bombaju, przyszłyby nawet krowy!" popłakał się ze śmiechu. Po zakończeniu nagrania, które stanowi dziś lolcontent pierwszej klasy, zajrzał do Ace'a ale ten był już pogrążony w swojej próżni, bo ledwo wszedł do garderoby to zaliczył siermiężny zgon i odbijał właśnie swój sceniczny makijaż na podłodze, poprosił więc kolegów o przekazanie mu wiadomości: "When Ace wakes up, tell him I love him" - Tom Snyder przemówił wtedy głosem ludu.

Paul zwykł wrzeszczeć: "He came down to Earth from the deepest parts of space to rock and roll!"

Ażebyś wiedział, ciulu XD. Jestem fanbojem i mam to w dupie - the hottest band in the world to ogólnie rzecz biorąc muzyczne dziadostwo, za którego zajebiste brzmienie był odpowiedzialny tylko i wyłącznie najzajebistszy gitarzysta w całej galaktyce, ultimate stage beast, degenerat-kosmita na ziemskim wygnaniu, który tak ćpał i chlał że tylko cudem chodzi jeszcze wśród żywych. Mówimy o typie, który m.in. roztrzaskał na wióry DeLoreana i niezliczoną ilość Cadillaków wiejąc raz po raz po pijoku przed policją; rżnął głupa w szpitalu z rozwaloną dłonią na niedziałającej końskiej dawce środków uspokajających po tym jak strzelał w beton z Magnuma 357 by zbadać pod kątem naukowym trajektorię pocisków; zrujnował dla jaj setki pokojów hotelowych; prawie zginął porażony prądem tuż przed wyjściem na scenę; obciągnął równie naćpanemu Peterowi (warto podkreślić, że żaden z nich nie jest gejem, w przeciwnym wypadku nie byłoby to w najmniejszym stopniu bulwersujące); przyłożył pilotowi swojego prywatnego jeta Barrettę 22 do głowy podczas lotu do Atlantic City ze słowami "Zabierz mnie kurwa na Kubę"; robił obu kolegom Żydom naziżarty chwaląc się śp. wujem SSmanem i pozując do zdjęć z hitlerowskim hailem (nietrudno zgadnąć, kto w zespole zaprojektował to logo); na występy zapierdalał grubo spóźniony i grubo nadupcony, przebierając się i malując na ostatnią chwilę w samochodzie; podczas sesji nagraniowych grał w takiej ilości pierścionków i pisiorków, że zgrzytały o gryf i psuły dźwięk (-Take down that jewellery. -Come on, it's rock and roll. -No, man, it's shit.); wypił wodę kolońską Paula, kiedy nie miał pod ręką gorzały; a także wciągnął przed koncertem viagrę, by widowiskowo postawić kutasa na nadchodzące dwie godziny - uznał że nosem prędzej zadziała niż doustnie - w efekcie kutas leżał w spandeksie niewzruszony do końca, a nos spuchł jak bulwa, niemal uniemożliwiwszy oddychanie. To najzwyklejsze ze wszystkich rzeczy które miał odpierdalać Ace Frehley, od reszty włosy na karku stają dęba. Obwołany w szkole asem bo przeorał wszystkie dupcie na Bronxie, po dziś dzień nie potrafi czytać nut i całe życie brzdąkał na pałę metodą samouka, aż wybrzdąkał sobie tytuł one of the most influential guitar players of all time ("I never took a single guitar lesson, you're idolizing an idiot."). Wirtuozerii tam nigdy nie było, ale Ace'a gry z niczyją inną nie pomylisz. Zawsze twierdził że nie umie śpiewać, a kiedy cała czwórka wypuściła w '78 solowe albumy to trzy okazały się dnem dna, a jego własny rozjebał system do kwadratu i musieli potem grać te jego kawałki na koncertach, a przynajmniej New York Groove ("Well, mine was the best. And the cover is bitching" - skromność jest cnotą). I choć latami wychodzili z siebie, dwoili się i troili, rzygali sztuczną krwią i pluli ogniem, choć Paul świecił kudłatą klatą aż po pępek, choć Gene młócił jęzorem, wylizując nim co chwila swój bas i spocone szyje kolegów, i tak na każdym koncercie od wydania Love Gun najbardziej oczekiwano momentu, w którym wydrą swojego gitarzystę za fraki na środek, by wykonał Shock Me z dymiącą solówką i usuną się na bok by zrobić mu chórek i obnażyć swoją przeciętność, bo nieumiejący śpiewać, wymiatający na swoim kopcącym gibolu i zalany w czambuł Ace miał lepszy głos od nich obu razem wziętych. Kiepski, a jednak kosmicznie zajebisty. Pozostało więc patrzeć jak ludziska skandują jego imię i robią z ekscytacji w pory, i tłumaczyć przed kamerami ten chwiejny krok nieprzyzwyczajeniem do ziemskiej grawitacji.

Pozbycie się z zespołu tego okropnego człowieka usunęło im z drogi mnóstwo problemów i zagwarantowało cienkie pierdzenie do samego końca. Od tamtej pory Kiss to korporacyjna kupa kiczowatego merchu obracanego w miliony dolarków. Dzisiaj jeden z drugim już dawno ochrypł i ledwie rzęzi, Ace natomiast jak to z głupimi bywa (IQ 163 określa się kategorią genius, a tacy ludzie są największymi życiowo durniami ze wszystkich możliwych) jest trzeźwy, odećpany, punktualny ("Haha, what happened." <tu widownia nie kuma> "I made it." <rechot>), ma się dobrze, brzmi tak samo, i wiedząc że dalej jest najulubieńszym ogniwem dla prawie wszystkich fanów Kiss, sam proponuje swój udział w pożegnalnej trasie bo wie jak by to ludzi niesamowicie ucieszyło. Stawia jeden warunek - stanie na scenie tylko jako Spaceman, którego kostium i makijaż osobiście wymyślił sobie prawie 50 lat temu. Ale tych zatwardziałych, nadętych januszy biznesu to oczywiście nie rusza. Nie i tyle. "Lubimy Ace'a, byle z daleka. Wysiudaliśmy go z zespołu trzy razy i mieliśmy powód", tłumaczy Paul. "Nie mamy nic przeciwko gościnnemu występowi, ale w trasie nie można polegać na takim osobniku, kiedy koncertuje się noc w noc", dodaje Gene. Ace się zaś piekli po swojemu, równie publicznie. "Skleroza starcza? Nikt mnie nie wysiudał, odszedłem. Dwa razy, nie trzy. Nie można polegać? Jestem takim człowiekiem, jakim zawsze chcieliście, żebym był. Nie piję i nie ćpię od dwunastu lat, co w takim razie waszym zdaniem robię? A no prawie co noc gram własne koncerty i jakoś nieźle mi idzie, jeśli jeszcze nie zauważyliście. Zaprosiłem was niedawno, dałem wam dwa moje bezcenne Gibole z '59, po jednym dla każdego, już tego żałuję, w ogóle przetrzyj sobie oczy Gene, ty uzależniony od seksu trollu co zamiata wszystkie swoje świństwa pod dywan, nawet moją żonę musiałeś ostatnio obmacać. Albo szczerze przeprosicie, zdejmiecie Tommy'ego z mojego tronu i zaoferujecie mi moją starą robotę, albo słowo daję, gówno poleci prosto w wiatrak!"

No i zaorane, to by było na tyle w kwestii kolejnej reunion. Stare dziady, a jak dzieci. Okej, Gene wydupczył jeszcze więcej, ale dragów nigdy nie wziął do pyska, a Ace za kokainę sprzedał 40 lat swojego życia. No ale jak by nie było, ostatnia trasa to coś szczególnego, a razem z końcem tej bezpowrotnie umrze rock and roll. Wypadałoby odsunąć na bok te spory z poprzedniego stulecia i zagrać w oryginalnym składzie skoro cała czwórka dobrze się ma, zakończyć karierę tak jak się ją rozpoczęło, z rozmachem i gracją. Reunion Tour po latach była absolutnie fantastyczna, Ace wprawdzie zrobił wtedy wszystkich w bambuko bo dalej chodził napruty jak messerschmitt i spóźniał się na loty, zajęty chowaniem koki w dupie (numer z kapsułkami już nie przechodził), no ale kto jeszcze potrafi zrobić TAK fenomenalne szoł ledwie stojąc na nogach? Całe nagranie z Madison Square Garden z '96 to jest istne szaleństwo. Ta brzydka kanalia z Bronxu potrafiła nawalić dosłownie wszędzie, ale nigdy nie zepsuła żadnego koncertu. A skoro na starość rozum wrócił do dyńki, to nie spodziewałabym się klapy. Tych najemnych grajków już się wszyscy na całym świecie naoglądali, odmiana byłaby mile widziana.

No ale kij, ujrzę jutro tzw. Pół Kissu. Dobrze że w ogóle. Występy dalej robią wrażenie, a z Tommy'ego sympatyczny chłop, ale zawsze uważałam że w przebieraniu go za pierwowzór z planety Jendell by naśladował go i wykonywał jego kawałki jest coś nie tak. Nie można było mu wymyślić innego wizerunku? Planowaliśmy wymalować sobie mordy i zrobić gnój w pociągu, jak więc mam wymalować własną, skoro nie na Space Ace'a? Chyba nie wymaluję w ogóle. Zbyt wielką do niego pałam miłością.

Brak komentarzy
Info

Użytkownik scorpia
wyłączył komentowanie na swoim fotoblogu.

Najnowsze wpisy

Wpis scorpia

10/07/2020 23:57:32

Wpis scorpia

26/06/2020 23:39:42

Wpis scorpia

13/06/2020 22:05:44

Wpis scorpia

14/04/2020 0:30:05

Wpis scorpia

25/02/2020 10:46:07

Wpis scorpia

18/11/2019 15:54:23

Wpis scorpia

12/11/2019 21:59:03

Wpis scorpia

17/06/2019 3:12:31

Wszystkie wpisy