Photoblog.pl

Załóż konto

No one must know that I am here

Wyświetleń: 432

 

https://www.youtube.com/watch?v=wu82g0vyyTY

 

Ostatnio sprzątałam w pokoju, znalazłam strasznie dużo starych rzeczy, takich o których istnieniu nawet zapomniałam. Moje pierwsze rysunki w stylu mangu i animu, lol. Rysowane niektóe w technikum podczas nudnych zajęć, a część jeszcze z gimnazjum, ale te są straszne. Jednak między tymi rzeczami znalazłam również stare rysunki, które dostałam od braciszka. To yaoi hard, aż się zaśmiałam cicho, przypominając sobie ten dzień, w którym rysowałyśmy te rzeczy. Albo ten elf, którego wcale nie wymusiłam, żeby dostać z naszego ostatniego wyjścia na kawę do costy. Ah i też cała historia z naszymi chibi, gdy jechałyśmy pociągiem do giżycka. Były mega urocze. Za to gdy myślałam o pociągu przypomniało mi się jak raz ktoś pobiegł przodem a ja z braciszkiem zostaliśmy w czarnej dupie i wsiadłyśmy do innego przedziału. Popłakałam się jak ostatni debil, ale braciszek był obok i pocieszał. Miłe uczucie, miłe wspomnienia. 
Nadal mam tą krowią bransoletkę, bardzo ją lubię, pamiętam jak byłam zaskoczona, gdy ją dostałam. Jest już raczej szaro-czarno-wytarta niż biało-czarna, ale ćwieki wszystkie są! 

Wydażyło się sporo rzeczy od tamtego czasu, a powoli każde miłe wspomnienie zostaje zatapiane w mgle niepowodzeń, nieudanych prób i poczucia pustki. 
Wyprawa w bytomiu na kajaki z panem wujkiem, fajna była, prawda? Te ogromne porcje spaghetti od pani cioci. A teraz? Pan wujek popełnił samobójstwo, pani ciocia zmarła na raka.
Wyjazd w giżycku, pyszne żeberka i pani babci. Ostatnio i ona zmarła. 
Zmarł też mój wujek, nie miałem z nim świetnych  kontaktów, ale mimo wszystko jakoś mnie to dotknęło. Chociaż to po prostu śmieszne, abym się przejmowała czymś takim. To najlepsze określenie, czyż nie.
Nienawidzę śmierci, bo się jej boję. Jednak kiedyś nie myślałam o takich rzeczach, kiedyś było łatwiej, bo miałam więcej osób, któymi mogłam się podeprzeć i dzięki nim stanąć na nogi. 

I nie ważne z kim by mi się relacja nie kruszyła, nie legła w gruzach co do dwóch byłam zawsze śmiertelnie pewna, zaufałam z zamkniętymi oczami i powiem szczerze, że tak jak boję się śmierci mogłabym oddać za te osoby życie. Nie wiem jak inaczej opisać ile dla mnie znaczyły. 
Jedna jeszcze trwa u mojego boku, moja ukochana, jednak nie mogę zrzucać na nią wszystkiego. Sama staram się radzić ze swoimi problemami i dopiero, gdy jest bardzo źle proszę o pomoc. A tak właściwie, to jakiś miesiąc temu właśnie tak było - po części nadal jest. 
Dlatego zrobiłam kilka dużych głupot, bo oprócz utraty brata, co nieco mnie uszkodziło, to doszły sprawy z życia codziennego, tego w którym obecnie tkwię i nie mam jak na razie innego wyjścia. A gdy usłyszałem, że mogę mieć problemy przez kogoś z rodziny, że przez tą osobę moje życie może być skazane do końca na porażkę poczułem jakby ktoś mnie popchnął na skraj i rzucił w czarną przepaść. Nie rozpoznawałem siebie, tego co robiłam. Tyle łez ile wylałam przez paraliżujący strach, bólu żołądka przez stres i chwytania się cholernej brzytwy, byleby nie spadać dalej. 

Potrzebowałam mojego brata, miałam gdzieś ostatnią kłótnię, czy kilka innych wcześniejszych. To przecież nie jest teraz naprawdę ważne! Są sprawy ważniejsze niż głupia duma i odwracanie się plecami. Dlaczego jego? Bo był jedną z dwóch osób, któym ufałem bezgranicznie, która mnie znała od podstawki, moje słabości. 
I zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie nie jestem dobrym materiałem na przyjaciela, czy pozostawienie mnie jest dobrym wyjściem. Lepiej jest uciec niż pomóc. Tak, wiem mam wady. Jestem zazdrosny o innych znajomych. Dlaczego? Bo sam mam ich mało. Właściwie to nie mam aktualnie żadnych przyjaciół. Każdy praktycznie się odemnie odciął, a ja jak ostatni idiota ignoruję ten fakt, aby się bardziej nie dobijać i myślę tylko o tym cholernym bracie. Chciałbym móc cofnąć czas i krzyknąć sobie samemu w twarz, aby nigdy się z nim nie przyjaźnić, aby mu nie ufać, bo ból po tym jak mnie porzucił jest nie do wyobrażenia. Jednak i tak bym tego nie zrobił, bo pomimo wszystkiego mam z nim od cholery dobrych i miłych wspomnień, lubię je i pomimo, że ranią chcę o nich pamiętać. 

 

Zastanawiam się jaka byłam kiedyś, jeszcze w czasie tamtej kłótni i nie mogę do końca sobie przypomnieć. Teraz jest wszystko inne, teraz jestem ja i moje problemy. Zawsze gdzieś podświadomie wiedziałem, że kiedyś moge zostać z tym tak jak teraz, jednak wypierałem to z siebie. A teraz gdy to nastało? 
Nie staram się wybielać, bo byłam głupia i nie raz zraniłam kogoś na kim mi zależało. Moja zazdrość przemawiała za mnie, byłam zbyt zachłanna, a jako przyjaciel powinnam bardziej szanować innych znajomych. Nie zazdrościć. Ale też mam dość tego, że nieustannie wymieniam swoje błedy, a ani razu nie usłyszałam od brata, aby on się przyznał do tego, że też zrobił coś źle. Nie tylko ja jestem tutaj winna, to nie ja wszystko odrzuciłam, zerwałam znajomość. Owszem nie odzywałam się dwa tygodnie. Jednak zaczęłam nieustannie przez lata. Tyle razy starałam się spotkać, coś zmienić, przepraszałam. Jednak stop, nie będę brać ciągle całej winy na siebie. Owszem, część jej jest po mojej stronie. Mogłam to zmienić, mogłam się naprawić, wystarczyło mi o tym powiedzieć, pomóc mi abym się zmieniła, tak żeby było dobrze. To bardzo proste. 
Pierwszym krokiem jest przyznanie się do winy.  Kolejnym przeprosiny. Następnie wybaczenie. Naprawa.
I tak dalej.

Ja wykonałam swoje kroki. Kocham nadal braciszka, bo to rodzina, a jej się nie wyrzuca od tak jakby nigdy nic nie znaczyła. Myślę, że brat kiedyś dojrzeje i zauważy również swoje błędy. Za nie powinno się przepraszać. Jednak to tylko moja opinia. 

Info

Tylko obserwowani przez użytkownika princeoliver
mogą komentować na tym fotoblogu.