Photoblog.pl

Załóż konto
Dodane 7 WRZEśNIA 2022
Wyświetleń: 65

Poniedziałek zleciał tak, że faktycznie wpadła ta córka mojej cioci, pogadałyśmy trochę o tym, dlaczego warto czytać książki psychologiczne - takie książki wylosowała i ma je zaprezentować przed panią dyrektor, aby zachęcić ją do kupienia takich książek do biblioteki szkolnej. Szkoła obudziła się, że klasy 4-8 chodzą do biblioteki wypożyczać jedynie lektury.

 

W międzyczasie wwpadła jedna i druga mojego męża siostra bo ogarniają jakiegoś tam kolejnego lekarza dla szwagra. Nawet nie wiedziałam, że jest coś takiego jak medycyna paliatywna i że to jest opieka dla osób chorych na nowotwór.

 

Aktualnie czekamy do 10 października na kolejne badanie PET bo pani z Poznania z wyników tomografu nie podobają się płuca. Warszawa oddzwoniła i stwierdziła, że jak Poznań to prowadzi to niech prowadzi to dalej, oni i tak nie uważają, żeby ten przełyk był operacyjny. Bo specjalista z Warszawy zajmuje się typowo nowotorwami przełyku, a skoro z tym się nic nie pogorszyło, a nawet polepszyło więc nie podjęli się dalszego leczenia.

 

Tylko teraz pytanie co taki chory człowiek ma zrobić do 10 października, jak z dnia na dzień widzimy jak traci siły, nie ma apetytu, leży pół dnia pod kocem w pokoju oglądając tv, nie chce nawet nigdzie się przejść do sąsiadki na ploteczki - tak jak zwykle lubił to robić. Jego życie przed chorobą też nie było zbyt aktywne. Chodził do pracy, oprzątał króliki, kosił trawę, dokładał do pieca i właśnie z sąsiadami lubił sobie poplotkować. Poza obszar swojej wsi raczej się nie ruszał. Czasami pojechał motorem do rodziców, albo po żonę do pracy bo prawka nie ma.

 

Dla mnie jako przyszłego psychologa to jest bardzo ciekawy przypadek życia ludzkiego totalnie odmienny od tego co znam. W ogóle teraz niby XXI wiek, niby wszyscy żyją internetem i w ogóle, a on tego jakby do siebie w ogóle nie dopuszczał. No, ale jak żona całe życie wszystko za Niego ogarnia. Ja to się zastanawiam co on by zrobił jakby kiedykolwiek jej zabrakło. Nigdy nie był sam w banku czy u lekarza, wszystkie rachunki płaci żona, wszędzie dzwoni żona. Ah no przed chorobą to jeszcze trochę czasu spędzał z kolegami pod sklepem. Teraz butelkę piwa zastąpiła butelka wody i nutridrinki.

 

Mimo wszystko jest mi go szkoda, bo ma dopiero 55 lat. Z wegetacji przeszedł na jeszcze większą wegetację. Bo dla mnie nawet jego poprzednie życie było wegetacją.

 

Dobra wracając do poniedziałku ogarnęłyśmy ten numer do przychodni, ja powiedziałam, że załatwię skierowanie na drugi dzień rano, a potem dalej zajęłam się tą córką mojej ciotki. Kurde dziwnie mi tak wszystkich nazywać "siostra, szwagier, Mała, brat itd", ale jakoś nie chcę używać imion. Chociaż pewnie wszystko byłoby prostsze wtedy... Mam stanowczo za dużo osób w okół siebie i bez imion ciężko mi pisać jasno.

 

Wracając znów - zrobiłam nam racuchy z jabłkami, a jak zrobiło się po 18 i ona nadal siedziała, to stwierdziłam, że może ją odprowadzimy. W końcu miałam zacząć się ruszać. Ostatecznie padło na rower. U cioci wypiłam kawę, Mała trochę polatała u nich na podwórku, pobawiła się z psami, kotami i królikami, wszyscy się z niej uśmiali. Z jej opowieści i wygłupiania się i jakoś o 19:30 wróciłyśmy do domu.

 

WTOREK

 

Oj co to był za dzień wczoraj.

Miałam mieć paznokcie o 9 rano, ale moja kosmetyczka mi je odwołała. Ciekawe w ogóle kiedy napisze, żeby mi je zrobić znowu, bo na razie nie jestem umówiona. Generalnie i tak miałam zrezygnować z robienia paznokci więc jak się nie odezwie to po prostu zdejmę swoje i koniec. I tak teraz będę mniej zarabiać więc przyda się, żeby każdy grosz odłożyć.

 

Tak czy siak pojechałam do miasta, gdzie moi rodzice jeszcze mieszkają, małą zostawiłam u mamy, a sama pojechałam ogarnąć parę spraw. Musiałam wjechać do banku i zgłosić, że wysłali mi kartę z panieńskim nazwiskiem. Hit w ogóle, że list zaadresowali na nowe nazwisko, ale na karcie widniało stare. No cóż. Potem wjechałam do Rossmana bo mi się skończył szampon do włosów, potem po sznurowadla, wpadłam do Pepco i wziełąm małej leginsy, bluzę, z dwie paczki skarpetek bo już mi wyrosła ze wszystkich i grę rybki. Pamiętam jak sama miałam taką grę jak byłam mała i tak pomyślałam, że może też jej się spodoba. Jak się okazało to był strzał w dziesiątkę.

 

Potem pojechałam do mamy, szybka kawa, razem wstąpiłyśmy jeszcze do hurtowni słoików i szklanych butelek, potem do Biedronki mojej szwagierce po masło i proszek do prania i do mnie do domu. Misja na wtorek: włożyć buraczki i umyć okna.

 

Okna w ogóle miałam sobie umyć w przyszłym tygodniu bo mama ma zabrać Małą do siebie tak na dwa dni na wakacje. Ale mama się uparła, że ona przyjedzie i mi pomoże bo jej się i tak nudzi w domu już na tym zwolnieniu.

 

W ogóle z tymi buraczkami to wyszło tak, że ja nigdy nawet nie lubiłam ich jeść, ostatnio mi tak tylko posmakowały i stwierdziłam, że skoro moja sąsiadka/ męża siostra i tak ma od cholery ich w ogródku bo liście dają królikom i dużo zasadzili to może weźmiemy i włożymy parę słoiczków. Mój mąż jak to usłyszał to stanął na środku korytarza popatrzył się na mnie i zapytał kto podmienił mu żonę, bo przecież zarzekałam się kiedyś, że ja nie będę jak jego mama gotowała mu słoiczków z niewiadomo czym. No niestety, jedyną stałą w naszym życiu jest zmiana, a więc nawet mi się odmieniło bo kupne ze sklepu mi nie posmakowały.

 

Jak wróciłam z miasta okazało się, że buraczki to już mam wykopane, obrane i ugotowane. Mojej mamie to było tak głupio, a męża siostra mówi, że skoro ja jej tyle łatwie rzeczy do tych lekarzy i drukuję i wysyłam meile i wożę ich i zakupy jej robię to chociaż tak może mi się odwdzięczyć. No tylko nie spodziewałam się, że tych buraczków dostanę aż tyle.

 

W międzyczasie przyjechała mojej mamy siostra bliźniaczka ze swoją córką trochę na kawę a trochę chciały pomóc jak mama powiedziała, że będę kładła buraczki. I tak jak się wszystkie zabrałyśmy za robotę to jedna zmieliła, druga umyła słoiki, trzecia już kładła, czwarta dokręcała i tak o 18 już było wszystko włożone i okno w salonie umyte i później dziewczyny pojechały, a ja je gotowałam a mama posiedziała u mnie jeszcze do 21. Zjadłyśmy sobie kolację, ale już obie byłyśmy zmęczone.

 

A więc dzisiaj środa, robię sobie dzień lenia. Jest 11:30 prawie, a ja jestem jeszcze w piżamie, tyle że po śniadaniu. Łóżka nawet nie zlożyłam tylko tak trochę zaścieliłam. Jedyne co dzisiaj zrobię to ogarnę ubrania w tym drugim pokoju bo już się serio trochę dużo narobiło i może pranie puszczę.

 

Wczoraj wieczorem jeszcze jak mama pojechała to pograłam sobie w simsy. Tak gdzieś mi się mignęły na tik toku i pomyślałam, ze a troszeczkę sobie pogram. Tyle że do tych simsów opracowałam całą butelkę wina. Mała przez to, że nie spała popołudniu to usnęła już o 22, mąż też wrócił późno właśnie około 22:30 to posiedział ze mną z godzinkę i też poszedł spać.

 

Dzisiaj wieczorem może zamiast wieczoru z grą zrobię wieczór z książką.

 

Ah no i poćwiczyć muszę w końcu bo codziennie coś i nie miałam czasu. Dzisiaj mam go aż nadmiar.