Photoblog.pl

Załóż konto

w głowie szkło mi się wierci 
zapisz

Wszystko fajnie - wakacje, wolne i spanie do 13.00. Szkoda tylko, że jakiegoś doła mam. Doszłam do wniosku, że jestem bardzo niepewna siebie. Wszystkiego się boję, lękam, jakby moje poczynania oglądała cała ludzkość, która tylko czeka, aż się potknę albo pomylę. Wydaje mi się, że ciągle czekam na aprobatę, że robię dobrze, a mając te 24 lata nie powinnam mieć chyba takich odczuć. Muszę popracować nad sobą, zreperować się, bo tak dłużej naprawdę się nie da.

 

Tak poza tym, jutro obchodzone są dni mojej miejscowości. Zawsze przyjeżdżają do nas ludzie z całej Polski, ale mnie nigdy nie zachwycają te koncerty.  Dodatkowo w tłumie czuję się dość nieswojo, ale przeżyję - biorę koleżankę i może drugi raz w życiu, skuszę się na jakąś karuzelę. Boję się skutków ubocznych. :P

 

Przeokropnie chce mi się palić, chociaż nie palę 4 miesiąc. Naprawdę, od decyzji zapalenia fajki, dzieliło mnie kupno paczki, a że byłam z chłopakiem w drodze (co prezentuje 3 zdjęcie i mój zestaw: okulary, telefon i książka), było to ułatwione, bo zwykle nie chce mi się wychodzić z domu do sklepu czy kiosku. Stwierdziłam, że zapalę sobie na wypoczynku w górach, ale ssanie mam takie, ze nie wiem. Na początku w ogóle mnie nie ciągnęło, a wszyscy na uczelni nie mogli uwierzyc, że jak to?! Ja nie palę?! Teraz wszyscy wiedzą, ze ja nie palę, a mi się kurde chce. Do alkoholu w ogóle mnie nie ciągnie, słodycze zastąpiłam masłem orzechowym, orzechami, dżemem, miodem i owocami, ale fajek za bardzo się nie da - niby odpowiednie oddychanie powinno pomóc i zawsze pomagało, ale nie pomaga... 

 

Dobra, muszę pozmywać i ogarnąć pokój, a potem może jakieś Simsy... :D Stara baba, a w środku nadal dziecko. ;)

 

Na drugim zdjęciu lody węglowe -są przepyszne! <3

Wpis znalezc

 jest 01:26, a ja piszę wpis.

 piszę, bo mi smutno, no bo przecież zwykle prowadzi się pamiętniki, kiedy jest źle albo przykro. 

 czuję, że tkwię w czymś, co być może się dawno skończyło. ja nadal udaję, że wszystko jest ok, że nie było tu wcale żadnej powodzi, choć stoję w bagnie... zostawiona sama sobie.

 męczy mnie to. wiele razy próbowałam skupiać uwagę na czymś innym, np. na nauce i przy tym przymykać oko na wiele sprawiających mi ból spraw. teraz nie ma nauki, nie mam też pracy, siedzę w domu. nie jest tak, że akurat tę kwestię wymyśliłam sobie, jak mniemałam w ostatniej notce, czy to ja czasami sobie nie stwarzam problemów.

 o nie - tutaj wręcz staram się od nich uciec, ale są, istnieją. zauważalny jest brak reakcji, jest dziwna stagnacja, ale nie znam jej znaczenia, ani żadnych motywów, z powodu których mogła wystąpić. samemu nie można walczyć. nie da się w związku funkcjonować za dwoje. musi być chęć dwóch osób. oczywiście wiem, co będzie - nie pracuję, siedzę w domu, on zmęczony, toteż wysłanie smsa sprawia problem, a co dopiero... oddaliliśmy się od siebie już dawno temu. wolałam oddalić się bezboleśnie na bezpieczną odległość, która ni parzy, ni ziębi, jednak nie mogę stać w tym miejscu wiecznie. trzeba gdzieś ruszyć. trzeba zdecydować, czy idziemy dalej, czy każdy wybiera własną drogę. było idealnie, ale jeśli idealny ogródek zostawisz sam sobie na miesiąc, dwa, a co dopiero na kilka ładnych lat, to zostaje z niego nieodgadniona puszcza... nie chcę mówić, że mamy inne priorytety, że mamy inne cele w życiu, bo mimo wszystko gdzieś się one spotykają i zacieśniają, ale jedno nie rozumie drugiego i na odwrót. staram się zrozumieć o co mu chodzi, ale mogę się tylko domyślać - brak umiejętności rozmowy drugiej istoty to skutecznie utrudnia. moja wybuchowość również. szkoda mi tylu lat, wspólnych planów, tego, że ja mimo wszystko nadal w to wierzę i chcę to pozbierać, a także dalej iść przez życie w takim towarzystwie, ale przez mój brak obserwacji, odsunięcie się na pewien czas z tego pola minowego, straciłam orientację w terenie - nie wiem, co się zmieniło. nie  mam pojęcia, nie potrafię znaleźć jednoznacznego wytłumaczenia. na pozór wiem, ale nie mogę dojść do tego, co to oznacza. czuję się bardzo zagubiona i smutna. za długo uciekałam od problemów lub też po prostu stałam do nich odwrócona plecami. słyszałam je, czułam, ale musiałam wybrać mniej uciążliwe rozwiązania w związku ze studiowaniem, pisaniem pracy itd. inaczej nie dałabym rady spokojnie egzystować. musiałam sę zahartować. tylko jakie są tego rezultaty?!  

ech.

 Dawno tu nie pisałam. Post dr dabrowskiej skończyłam - 42/42. Jestem na 4 tygodniu wychodzenia, mogę już mięso, ale na razie jakoś do niego nie wracam. Nigdy za bardzo go nie lubiłam.

 Mam jakieś obniżenie nastroju, które przejawia się m.in. dniem w piżamie, uczuciem zimna, zmęczenia, znudzenia - ogólnego zniechęcenia. :/ O ile ostatnio ciągle coś gotuję chętnie, tak dzisiaj ugotowałam kalafiornicę, a teraz bób i nie chce mi się go nawet ogarniać... ale trzeba przecież.

 Zostałam okularnicą. Jestem dalekowzroczna, toteż do pracy na komputerze czy przy czytaniu mam używać okularów. Ależ oczwiście, że te teraz leżą w kuchni, a ja ledwo co widzę. ;) Optyk zdziwił się, że to moje pierwsze okulary, bo wykryto, że powinnam nosić szkła o mocy +2.0, ale dostałam tylko +1.00, aby się przez rok przyzwyczaić, a potem zmienić szkła na mocniejsze. 

  Nie mam ochoty na kontakty ze znajomymi. Wszyscy mnie denerwują. Tak, mam PMS, ale te odczucia pojawiły się już przed nim... Niektórzy sądzą, że zorganizuję im wolny czas w ramach mojego z partnerem, inni liczą na melanż, a ja nie chcę się uginać i nagle zacząć pić, kiedy w ogóle nie mam na to najmniejszej ochoty. Generalnie - chujnia. Chyba mam za dużo czasu na przemyślenia, analizy i inne głębokie rozkminy. Nawet Simsy tu nie pomagają. ;) Książki również, chociaż są całkiem niezłe. Nie potrafię przysiąć przy danej czynności dłużej, zabieram sie za mnóstwo rzeczy na raz, bo chcę wykorzystać w jak najefektywniejszy sposób czas. Chyba z tego wszystkiego pójdę na balkon, położę się na leżaku i przeczytam kilka rozdziałów ksiązki. 

 Wniosek: PMS to zło. To on jest odpowiedzialny za moje szukanie problemów gdzie ich nie ma. A może jednak są, a po prostu nie chcę ich na co dzień widzieć?  (=_=) 

Odwaga bycia nielubianym

 

mój kosmiczny grejpfrut ;d

 

Jutro, a właściwie dziś zaczynam 35 dzień postu  dr Dąbrowskiej, czyli 5 tydzień, a co za tym idzie - zostało mi się tylko siedem dni i wychodzenie z diety, co mnie niezmiernie cieszy, bo trochę już się męczę. Najgorzej na koniec... nie ciągną mnie jakieś słodycze czy nawet już chleb. Po prostu trochę denerwuje mnie monotonia, ale z drugiej strony tak jest łatwiej - nie mam skoków cukru, wilczego głodu, szok! Da się bez tego żyć. Niewiarygodne! Warzywa i owoce mogą być przekąskami do filmu czy siedzenia przed komputerem, ale właściwie to nie mam ochoty na nie, bo nie odczuwam głodu. Ostatnio tylko dolegała mi biegunka, ale obserwuję siebie i jeśli jeszcze raz zdarzyłoby się takie coś na taką skalę jak ostatnio - a było strasznie, chociaż biegunki to miewałam zawsze często, ale żeby aż tak, to nie - wychodzę z diety.

Ok. 11 kg mi zeszło. Może wydaje się to bardzo dużo, ale wobec wagi, do jakiej przytyłam, to jest nic. Mam jeszcze chyba 5-6 kg nadwagi, ale już teraz czuję się fajnie,  choć czuję taką jakąś chorą presję, że powinnam być chudsza, bo jak to tak dziewczyna i taka oczywiście nabita. Całe życie byłam nabita, zawsze w uszach szumiało mi te określenie i źle się kojarzyło. Taki niewdzięczny synonim "wielkiej". Byłam u mamy w pracy i kiedy coś powiedziałam, wyleciała jej szefowa. Młoda kobieta, mieszkająca na osiedlu awaryjnym (czytaj: w baraku), niezamężna, nie posiada dziecka, ale wszystkim matkom zazdrości i twierdzi, że od niej zgapiły pomysł z dzieckiem, a poza tym na 35 lat, to ona według siebie wygląda bardzo młodo i natrualnie, lepiej niż inne młode. Generalnie moja mama musi tego słuchać, a potem mi to opowiada. Ponoć wypytywała się, jak mi idzie na studiach, a mama, że cóż, mam same 4 i 5. Potem stwierdziła, że przytyłam, na co mama odparła, że schudłam (chyba nie widziała mnie przed odchudzaniem). Następnie oglądała filmik, jak mój królik wcina marchewkę, no i tak się zastanawiam... co ją do cholery obchodzi życie jakiejś mnie. Na dodatek wypytuje o mnie i komentuje mnie mojej mamie. Ja gdybym chciała się coś dowiedzieć o kimś, chyba przyczaiłabym na fejsie czy gdzieś, ale może nie ma neta, hehe. Uszczypliwa jestem, ale tylko w takich notkach. Właśnie bardzo chciałam z tego powodu, że nie potrafię czasami być niemiła, co często odbija się moim kosztem, kupić sobie książkę "Odwagę bycia nielubianym", której zdjęcia i fragment z tyłu znajdują się w fotorelacji. Ta książka trochę tknęła we mnie nadziei, że może kiedyś zmienię się i zacznę walczyć o swój interes, bo póki co się wstydzę i uważam, że na nic nie zasługuję i jestem miła aż do porzygu, nierzadko robiąc różne rzeczy wbrew sobie. Nawet prowadzenie diety było według mnie słabe, bo koleżanki będą złe, że się z nimi nie napiję, a rzucenie fajek również odbije się na tym. Żenada. Jak ktoś nacisnie mi na odcisk to znów gotuję się, że wykładowca mnie uspokaja... ;d Jednak w codziennym życiu częściej zdarza się, że po prostu nie potrafię odmówić, bo boję się, że ktoś pomyśli sobie "pierdol się" albo "ona jest głupia". Na początku studiów taka nie byłam chyba? Byłam wojowniczką wręcz, a teraz? Dałam się zamknąć pod jakimś kloszem, słuchając innych z kim mam się zadawać, a z kim nie, a przy okazji inni czerpią z tego, że jestem z nimi, bo notatki mam zawsze ponad normę, a referaty i prezentacje robię kilka dni, zeby było 5. No  i co mi to daje? :/ Książkę muszę sobie zamówić koniecznie. Kończę ten monolog. Powinnam się obroną ekscytować, a nie takimi rzeczami... albo chociaż egzaminem za tydzień, ale nie. PMS robi swoje.  ;Dp 

7/42

7/42

dawno mnie tu nie było. nie loguję się, ale czytam różne fotoblogi.

wróciłam, żeby dokumentować sobie dni diety dr Dąbrowskiej.

dziś zatem dzień 7, a właściwie jego koniec.

8 dni bez papierosa.

nie smakował mi ten kapuśniak. :/

wiem, niezłe problemy w obliczu kończenia licencjatu. ;d

czekam na wakacje i spokój od ludzi, na czas z książką i leżakiem, na rolki, rower, filmy...

 

7/42

Wpis znalezc

boli mnie ząb, którego nie mam. najadłam się mocnych leków z paracetamolem  i kodeiną, uuuhuu. grubo. najchętniej poczytałabym dalej książkę o owcach, ale muszę pisać referaty na uczelnię, muszę uczyć się na kolosy, w ogóle nie idzie mi ta organizacja czasu. smutno mi jakoś. ufarbowałam włosy na ciemny blond, a wyszedł mocny, ciemny brąz, prawie czerń. ale wolałam mieć ciemniejsze włosy, więc luz. takie tam to wszystko głupie, nie wiem, co pisać. że wszyscy są według mnie żałośni? że nic mi nie pasuje?

 

kot i pelikan

Wpis znalezc

Piszę Timesem New Romanem, bo tak zawsze piszę w referatach na uczelnię, więc niech będzie, że serio. Bo serio to piszę, pomimo pewnej dawki alkoholu, która swoją drogą mi nie wchodzi w ogóle do głowy, a mój luby śpi jak zabity po tej dawce...

 

Życzę sobie i wszystkim innym:

  1. bycia sobą
  2. bycia sobą, ale zmieniania swoich niewygodnych cech na pozytywne: zazdrość na podziw, bycie dumnym z siebie;
  3. zdobywania wiedzy - a przy tym - widocznych rezultatów jej zdobycia - dobrych ocen w szkołach czy to na uczelniach
  4. zdrowia i szczęścia - bo bez tego to nic nie ma sensu
  5. miłości szczęśliwej i odwzajemnionej
  6. wyjścia z nałogów, które ściągają nas w dół, które nas niszczą, te fajki to już tam zostawmy
  7. szanowania bliskich i szacunku z ich strony, czasu dla bliskich
  8. czasu na hobby, na czytanie, na granie, na inwestowanie w siebie
  9. aby wasze zwierzątka (jak i moje) nie chorowały i żyły jak najdłużej
  10. abyście się akceptowali i spełniali swoje marzenia

 

Kiedyś pisałam, że mam schudnąć 10 kg i chudłam 30 kg z okazji Nowego Roku. Fajnie, ale to nie ma sensu, gdy chudniesz te 30 kg w 3 miesiące i masz depresję w marcu, tak więc - najpierw akceptacja,a potem działanie. Kochajmy się, niech ten rok, będzie rokiem czułości, miłości, przyjaźni i wszystkiego cudownego. Żadnych terroryzmów i hejtów. Mam nadzieję, że te pozytywne nastawienie będzie ze mną do następnego Sylwestra! (mimo że spędziłam tego Sylwka w domu :) ) Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, wielu podróży, szczęścia i żadnych kłopotów życzę Wam i sobie.

kocham fotoblog za to, że zapisują się notki i wgrane zdjęcia.

tyle, ile przeżyłam w tym roku... nigdy nie przeżyłam!

ale pozytywnie w sensie. odważyłam się na tak tyle wiele rzeczy, że się cieszę, tak po prostu, prosto, po 3 piwach i kilku szklankach cydru. hasztag alkoholizm.

1- Warszawazfajnymiludźmi

2- Wrocławzfajnymiludźmi

3- Warszawa

4- Warszawa

5- jw. tylko, że wieczorową porą

6- jw.

7- jw.

8- przepowiednia z chińskiego ciasteczka (swoją drogą - so true - jestem mentalnym gimbem trochę ze względu na humor, nie doświadczenia, huehuehue)

9- moja wypasiona króliczyca

10- moje słit paznokcie

11- jw.

12- kaloryczny i mniamnuśmy kurczak (pierś) z farszem z sera żółtego i cebulki + sos z bulionetki i jogurtu greckiego #jakucharz

13- teraz wydaje mi się niewyobrażalne tak schudnąć, ale tak to jest jak się je 500 kcal dziennie i ćwiczy 1,5 h. teraz nie dałabym rady. w sensie jeść mało może jakimś cudem... ale! boję się powrotu depresji. po prostu jedynym, co mnie trzyma przed tym,żeby niezdrowo się odchudzać to skutki uboczne: depresja, sypiące się włosy i zęby. ząb dziś już kolejny pękł przy jedzeniu... bułki. ;x

14- mniam, mniam, mniam. nie schudnę nigdy, bo tyję i chleję piwska. :'))) ale to nic. xd

 

no i nic. siedzę sobie i nie mam nic mądrego do powiedzenia o tej porze i po takiej dawce alkoholu

Wpis znalezc

Wakacje zleciały, nie mogę uwierzyć, że już wrzesień. Miałam plan wziąć się za siebie i schudnąć - przytyłam. Mam cellulit na rękach i nogach, ale patrząc po ludziach na ulicy - to normalne i w sumie staram się do tego przywyknąć, że idealną nie będę, bo kiedyś próbowałam i koszmarnie odbiło się to na moim zdrowiu fizycznym, jak i psychicznym. Chciałam wrócić na uczelnię chudsza, wrócę grubsza, no bywa. Zamulam i nie wiem, co robić, czuję się jak w jakimś śnie. Zaś moje sny są bardzo realne i czasami straszne. Miesza mi się rzeczywistość ze snami. Kupuję książki na potęgę, a nie mam kiedy ich przeczytać, a może i mam, ale lubię mieć nadmiar książek nieprzeczytanych. Nie chce mi się ćwiczyć,a jak zacznę to jest fajnie i mi się podoba, ba,mam większą przyjemność z nich teraz, niż kiedyś, gdy mój wiek biologiczny wynosił dwanaście lat i byłam taka fit. Ale nie chce mi się zacząć, poza tym nie trzymam jakiejś diety, staram się - STARAM - jeść zwyczajnie, bez obżarstwa, a do stanu, gdzie będę gotowa jeść zdrowo w 100% jeszcze mi daleko. Niestety, wakacje i znajomi nalegający na piwo, a raczej kilka piw niszczą to, co robię. Niby mogłabym powiedzieć nie, ale kiedyś ciągle mówiłam i też wyszło jak wyszło. Ogólnie to maruda dzisiaj  jestem i chce mi się spać. Mam ochotę na kefir, który ostatnio piję codziennie, bo tak mi smakuje, ale od kefiru spać mi się nie odechce, blablabla. Bełkot na fotoblogu zawsze spoko.

Wpis znalezc

mam dzisiaj imieniny, dobrze, że wyłączyłam powiadomienie o nich na facebooku. przynajmniej wiem, kto pamiętał. (prawie nikt. :D ale to nic, mam to gdzieś. :D) cieszę się z prezentów, chłopak (tak trudno przyzwyczaić mi się do narzeczony, to takie głupie słowo) podarował mi książki: Camilli Lackberg x 2 i Stephena Kinga. uwielbiam książki, tylko one pozwalają jakoś nie myśleć o tym, co boli. wolę taką ucieczkę od rzeczywistości niż te, które kojarzą się z jakąkolwiek konsumpcją.

cieszę się tym, że wytrwałam w jako takim normalniejszym jedzeniu tydzień. drugi tydzień jeżdżę na rowerze stacjonarnym. jeden kilogram poszedł w dół.

mimo to, że jestem teraz większa, nie wstydzę się już chodzenia w krótkich spodenkach, nie wstydzę się cellulitu. trudno, mam i jakoś z tym żyję. pierwszy raz od dzieciństwa założyłam strój kąpielowy, najpierw musiałam go kupić, nigdzie nie chciałam w nim wyjść, bo jest dwuczęściowy, co oznacza odkrycie brzucha, ale trudno, niech sobie zwisa. zaczynam się akceptować, a to chyba najważniejsze w tym wszystkim. nadal czasami odrzucają mnie moje nogi, ale po prostu są takie momenty i staram się opamiętać. jestem jaka jestem i tylko praca nad sobą może coś zmienić.

 

poćwiczone:

-20 km na rowerze stacjonarnym

-At Home Cardio Workout to Burn Fat and Tone (High & Low Impact Modifications)

Wpis znalezc

smutno mi. smutno mi, rodzice są dawno po rozwodzie, każdy się z kimś spotykał, ale teraz nie mogę patrzeć na ojca. boli mnie.
boli mnie też to, że przyjaźń bywa zmienna. że w wieku dwudziestudwóch lat, po dziesięciu latach znajomości, tak nam się nie układa w tej przyjaźni. że mam ochotę już się nie odzywać, znowu, jak kiedyś. że też mam ochotę zamanifestować swój honor. piszę, ale nie wiem po co, bo piszemy do siebie bzdury, przy okazji wykazując, podkreślając różnice między nami. mam ochotę to wszystko rzucić, bo mam dość udawania, bycia uprzejmym do bólu, kiedy wcale nie mam na to ochoty. zawsze zajadałam każdą myśl o bolących mnie sprawach. teraz wszystko do mnie dociera. nie zapijam tego wszystkiego alkoholem, bo problem sam nie zniknie. a po ja po prostu, po ludzku bardzo bym chciała, aby to zniknęło. nie chcę zgrywać już fajnej przed innymi. co to za przyjaźń, co to za życie, co to za ludzie, wtf.

Wpis znalezc

data mówi,że zdjęcie z 5 czerwca 2015 r. teraz jest mi trudno wytrzymać 30 minut na opalaniu. leje się ze mnie w domu, a co dopiero. tak więc każdy dzień wygląda tak samo, ale nie jest źle. trochę tęskni mi się już za uczelnią, zawsze bywało śmiesznie i chodziło się co 1,5 godziny na fajkę. pewnie potem będę tęskniła za wakacjami, za beztroskim czytaniem książek, oglądaniem csi: kryminalnych zagadek las vegas :D i graniem na kompie czy ps-ie. ale te wakacje kojarzą mi się z zapychaniem się, aby nie czuć bólu, niepokoju. ale jeszcze mam trochę czasu, da się zmienić te wrażenie. ;)

Wpis znalezc


1 dzień bez kompulsu, to wydaje mi się nierealne.
20 km na rowerze stacjonarnym za mną.