Photoblog.pl

Załóż konto

 

2012/11/24   

Kozły...

« następne   poprzednie »
Kozły...

Napisał do mnie pan Andrzej... Niesamowita historia... Poczytajcie... 

 

Daleko za miastem... gdzie cywilizacja wydawałoby się jeszcze nie dotarła.. W miejscu, do którego można dostać się tylko dzięki zapomnianej, zarośniętej już polnej drodze, zdarzyła się rzecz niesamowita. Do tej pory wzdrygam się na myśl o tamtych chwilach! Byłem świadkiem pożaru starego domu, ukrywając się w krzakach wraz z istotami, które go wywołały..  Zaskakujące jest odczucie, iż nie przeraża mnie śmierć spalonych w domu osób, ale świadomość, że "Sprawiedliwość" musiała użyć niezwyczajnych sposobów aby się zrealizować.               

Wszystko to wydaje się nierealne, jakby nie było doświadczeniem, a jedynie wspomnieniem koszmarnego snu.. Powiem Wam co mnie spotkało. Zaznaczam, że nie przytoczę wszystkich szczegółów, gdyż trzeba by było opisać zjawiska bardzo osobliwe i w swej mierze niezrozumiałe...

W miejscu niedostępnym dla ludzi, gdzie nikt z żyjących nie mógł niczego szukać, znajdował się Dom zamieszkiwany przez rodzinę - Ojca, Matkę i Syna. Wiedli oni życie jak to kiedyś się wiodło..
Żyli z pracy własnych rąk, owoców ziemi, hodowli zwierząt. Żywili się tym, co dostarczył im las oraz rybami, które sami łowili. Tę ostatnią czynność wykonywali rzadko i niechętnie w obawie przed spotkaniem innych ludzi.                                                        

W brzozowym lasku, oddzielnie od reszty zwierząt, za solidnym ogrodzeniem, trzymane były kozły. Kozły! Proszę mi wierzyć! Nie znam ich historii.. Nie mam pojęcia co się z nimi dokładnie działo..Co z nimi robiono.. Mogę tylko opowiedzieć o tym, co widziałem gdy w nocy zbliżałem się do tego miejsca.. ale uczynię to za chwilę.


Teraz wyjaśnię jak się w ogóle znalazłem w tym sfatygowanym gospodarstwie. Od pewnego czasu śniły mi się lasy, wzgórza, stara chata, a wśród nich zmurszali ludzie..  Z ich ust docierały do mnie pojedyncze słowa, które niekiedy rozumiałem. Ukazywali mi się w różnych sytuacjach - w domu, przy pracy na polu, podczas obrządku zwierząt, łowienia ryb, w lasach i na wzgórzach oraz podczas innych czynności, których nie potrafię określić inaczej niż dziwne rytuały. Towarzyszył im przy tym zupełnie niezrozumiały dla mnie potok słów oraz przejmujących dźwięków. Zdawało mi się, że to odgłosy zwierząt, ale były tam też i takie, których nie umiem opisać.. Nie potrafię doszukać się niczego, co mogłoby je wydawać. Myślałem o nich jako o cząstce zimnego kosmosu, który zleciał na Ziemię..                                                  

Któregoś razu, nocą, po jednym z takich snów wybiegłem z domu.. Zaopatrzony w przenośną wiertarkę z wiertłami do drewna oraz piłę ręczną... również do drewna, wsiadłem do samochodu i   po kilku godzinach dojechałem do starej drogi. Musiałem przejść ją na piechotę, nie wjechałbym na nią moim starym Fordem Eskortem..

Księżyc był w pełni. Przedzierałem się przez las, by dotrzeć do znajomego mi ze snów Domu.. Czułem, że ktoś w nim jest, ale nie było we mnie strachu. Gdy znalazłem się wewnątrz zagrody nie zobaczyłem tam ani jednego kozła...jednak miałem nieodparte wrażenie jakby ktoś muskał moje ręce i policzki... ciepły i wilgotny dotyk... i!... ujrzałem dziwnie falujące brzozowe drzewa... Chociaż jak sobie przypominam teraz już... na spokojnie, tej nocy nie było wiatru. 


Zacząłem ścinać niektóre z tych drzew, a później piłowałem je na części o różnych wielkościach. Mając już kilkanaście kawałków,(a pamiętajcie robiłem to bezwiednie) wyjąłem z plecaka wiertarkę i wywiercałem w nich dziury.  Przeraziłem się, gdy po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że spod moich rąk wychodzą brzozowe koziołki. Gdy skończyłem pracę, jak żywe pomknęły w stronę domu... Potem jak przez mgłę pamiętam jedynie, że leżałem pod krzakami, a one wtulone w moje ciało siedziały obok. Trwaliśmy tak w bezruchu wpatrując się w płonący Dom.


Ocknąłem się i spoglądając na te brzozowe twory zrozumiałem, że chcą iść ze mną... Patrzyły na mnie tak jakby tłumaczyły, że musiały tak postąpić. Zabrałem je do samochodu i wywiozłem daleko od tego miejsca..         

Cóż mogę powiedzieć. Nie jestem pewien tych brzozowych koziołków... nie jestem pewien opisanej historii...Kiedy doszedłem do siebie żona powiedziała, że znalazła mnie nad ranem w warsztacie, zupełnie pijanego, brudnego, pokrytego trocinami... w towarzystwie czterech brzozowych koziołków..                                          

Podobne koziołki robię każdemu, kto zachwyci się tymi, które dumnie stoją na skalniaku przed moim domem.

 

 http://www.youtube.com/watch?v=tb0tvuYqt-8

 http://www.facebook.com/starywujek000

 

Brak komentarzy

Najnowsze wpisy

 O ludziach 16: Wasze kłamstwa!

 

9
Rak and Roll

 

List do Siostry

 

Sen

 

3
Rzeka

 

O ludziach 15: ... O ludziach!

 

Wspomnienia

 

6
Impreza!

 

Wszystkie wpisy