A teraz chciałbym, żebyśmy porozmawiali o czymś ważnym.
O czymś, co jest nieustannie w naszym życiu - czasem wtedy, gdy bardzo tego chcemy, a czasem wtedy, gdy wcale o to nie prosimy.
Porozmawiajmy o miłości.
Każdy z nas widzi ją trochę inaczej.
Każdy z nas nosi w sobie inne doświadczenia z nią związane.
Dla jednych to wszystko, co naprawdę się liczy.
Inni uważają, że miłość po prostu nie istnieje.
A według mnie? Istnieje.
I jest w każdym z nas nawet wtedy, gdy trudno nam w to uwierzyć.
Są różne rodzaje miłości.
Nie te z filmów. Te, które naprawdę zostawiają ślady.
Miłość spokojna.
Bez fajerwerków, bez dram.
Po prostu jest.
Robi herbatę, odpisuje, pamięta jak lubisz jajecznicę.
Kiedyś wydawała się "za mało intensywna",
a to właśnie ona ratuje po wszystkich burzach.
Miłość burzliwa.
Pachnie dymem i nieprzespanymi nocami.
Śmiech miesza się z krzykiem,
"kocham cię" siedzi obok "nie dam rady".
Najłatwiej pomylić ją z przeznaczeniem,
chociaż często była tylko lekcją.
Miłość przyjacielska.
"Nie ogarniam życia." "Spoko, ja też, chodź na pizzę."
Bez masek.
Można milczeć dwie godziny i dalej być razem.
To ta, przy której jest dla ciebie miejsce na kanapie,
nawet jak wracasz w rozsypce.
Miłość niedojrzała.
Bardziej boisz się być sam,
niż naprawdę chcesz być z tą osobą.
Łapiesz okruchy uwagi,
żeby nie usiąść sam ze sobą.
Bardziej chcesz być wybrany,
niż wybrać dobrze siebie.
Miłość do siebie.
Najtrudniejsza.
Moment, w którym mówisz:
"Spieprzyłem dużo, ale dalej na siebie stawiam."
Uczysz się stawiać granice,
nie z nienawiści do innych,
tylko z szacunku do siebie.
Miłość, która leczy.
Cicha, cierpliwa.
Nie obiecuje, że naprawi przeszłość,
ale trzyma za rękę, gdy ona wraca.
Zamiast "przesadzasz mówi: rozumiem".
Przy niej pierwszy raz możesz nie udawać silnego.
A na końcu jest jeszcze jedna rzecz:
nikt nie ma obowiązku cię uratować.
Ludzie mogą być lekcją, przystankiem albo domem,
ale to ty decydujesz,
którą miłość wpuszczasz głębiej,
a której mówisz:
"dziękuję, dalej pójdę sam".
Miłość, według mnie?
To nie są fajerwerki.
To ktoś, przy kim w końcu przestaje boleć.
To ten moment, kiedy nie musisz udawać lepszej wersji siebie.
Możesz być zmęczony, rozsypany, z głową pełną syfu z przeszłości
i dalej czujesz, że ktoś chce właśnie Ciebie.
Nie za potencjał, nie "jak się ogarniesz",
tylko za to, kim jesteś dziś.
Miłość to też odpowiedzialność,
ale nie taka, co dusi.
Bardziej coś w stylu:
"wpuszczam Cię do mojego świata
i zrobię, co mogę, żebyś się tu nie bał".
To obecność, która ciągnie do góry, a nie na dno.
Ktoś, przy kim zaczynasz wierzyć,
że możesz zacząć od nowa.
I jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Bez tego ciągłego strachu, że znowu ktoś Ci powie:
"przesadzasz", "za dużo", "ogarnij się".
Dla mnie miłość to trochę dom,
trochę bezpieczna przystań,
a trochę kop w tyłek do zmiany.
To rozmowy do późna,
w których pierwszy raz od dawna czujesz,
że ktoś naprawdę słucha,
a nie tylko czeka, aż skończysz mówić.
To ręka na ramieniu, gdy wracają stare rany.
I ten cichy komunikat między wierszami:
"możesz być lepszy dla siebie,
a ja i tak przy Tobie zostanę".
Najprościej?
Miłość to moment, w którym przestajesz uciekać przed sobą,
bo obok stoi ktoś, kto przed Tobą nie uciekł.
Prawda jest taka,
że przyjmujemy tylko taką miłość,
o której w głębi siebie wierzymy,
że na nią zasługujemy.
A czasem zasługujemy na dużo więcej, niż sami potrafimy do siebie dopuścić.