>
Wczoraj w końcu zrobiłam coś, co odkładałam przez długie tygodnie - usunęłam lewą dolną ósemkę. Pisząc to teraz, z lekkim opuchnięciem i uczuciem pulsowania w dziąśle, czuję przede wszystkim ulgę. Naprawdę ogromną ulgę. Bo ostatnie dwa tygodnie były dla mnie prawdziwym testem cierpliwości.
Ta nieszczęsna ósemka nie dawała mi ani chwili spokoju. Najpierw delikatne pobolewanie, które ignorowałam, tłumacząc sobie, że "pewnie samo przejdzie". Potem coraz silniejszy ból, promieniujący aż do ucha. No i oczywiście klasyka - najgorzej wieczorami i w nocy. W pewnym momencie łapałam się na tym, że nie mogę się skupić na czytaniu ani na rozmowach, bo cały czas myślałam tylko o tym zębie. Wredny intruz, serio.
Decyzja o ekstrakcji dojrzewała we mnie powoli, ale kiedy ból stał się nie do zniesienia, wiedziałam, że nie mam wyjścia. Na szczęście Radek od początku mnie wspierał. To właśnie on kilka miesięcy temu usuwał swoją ósemkę u tej samej lekarki i od razu powiedział: "Idź do niej, serio, jest świetna". Trochę mu wierzyłam, ale strach i tak robił swoje.
Najgorszy moment? Zdecydowanie droga taksówką do chirurga stomatologicznego. Siedziałam obok Radka i czułam, jak serce wali mi jak szalone. Miałam w głowie milion czarnych scenariuszy: że będzie bolało, że coś pójdzie nie tak, że nie wytrzymam. Próbowałam się rozproszyć rozmową, ale co chwilę wracałam myślami do tego, co mnie czeka. Radek dzielnie mnie zagadywał i żartował, ale chyba widział, że jestem naprawdę przerażona.
Kiedy weszliśmy do gabinetu, trochę się uspokoiłam. Pani Doktor od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie - spokojna, konkretna, z takim "ogarniętym" podejściem, które daje poczucie bezpieczeństwa. Dodatkowo powiedziała, że pamięta Radka, co jakoś dziwnie mnie uspokoiło. Skoro on przeżył, to ja też dam radę, prawda?
Sam zabieg... i tu chyba największe zaskoczenie - wcale nie był tak straszny, jak sobie wyobrażałam. Znieczulenie zadziałało bardzo szybko i skutecznie. Bałam się momentu ukłucia, ale okazało się, że to naprawdę nic wielkiego. A potem? Zero bólu. Naprawdę zero. Czułam tylko nacisk, jakieś manewry, ale nic, co można by nazwać bólem.
Zabieg trwał dość długo, co chwilami było męczące, bo jednak leżenie z otwartymi ustami nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Najbardziej niekomfortowe były... dźwięki. Te charakterystyczne trzaski, kiedy ząb (a właściwie kość wokół niego) się poddaje. Nie jest to coś, co chciałabym słyszeć codziennie. W pewnym momencie pomyślałam: "Okej, tego nie da się odzobaczyć... a raczej odsłyszeć". Ale mimo wszystko - dalej bez bólu, więc trzymałam się tej myśli jak kotwicy.
Pani Doktor co jakiś czas mówiła, co robi, co też było dla mnie ważne. Nie lubię być zaskakiwana, zwłaszcza w takich sytuacjach. Dzięki temu czułam, że mam choć minimalną kontrolę nad tym, co się dzieje.
Kiedy w końcu usłyszałam: "Gotowe", miałam ochotę przybić komuś piątkę. Serio. Poczułam natychmiastową ulgę i takie wewnętrzne "ufff, mam to za sobą". Ząb, który męczył mnie przez dwa tygodnie, przestał istnieć. Niesamowite uczucie.
Na koniec wizyty dostałam cały zestaw zaleceń - co robić, czego unikać, jak dbać o ranę. Klasycznie: chłodzenie, delikatna dieta, żadnego płukania na początku, żeby nie wypłukać skrzepu. No i za tydzień wracam na zdjęcie szwów. Już się nie boję - po tym doświadczeniu mam wrażenie, że najgorsze już za mną.
Kiedy wyszłam z gabinetu, byłam zaskakująco w dobrym humorze. Trochę oszołomiona, trochę zmęczona, ale przede wszystkim dumna z siebie. Bo jednak zmierzyłam się ze swoim strachem i go pokonałam. Radek oczywiście od razu zapytał, jak było, a ja tylko się uśmiechnęłam (na tyle, na ile mogłam) i powiedziałam: "Wiesz co? Da się przeżyć. I to całkiem nieźle".
Teraz jestem na etapie regeneracji. Dziąsło się goi, ja staram się być dla siebie delikatna - więcej odpoczynku, mniej szaleństw. Trochę tęsknię za normalnym jedzeniem, bo dieta "po ekstrakcji" jest dość ograniczona, ale traktuję to jako chwilowy etap.
Co ciekawe, mam jeszcze jedną ósemkę do usunięcia - górną. Na razie jednak jest cicho, nie daje o sobie znać, więc nie zamierzam jej prowokować. Ale po tym doświadczeniu wiem jedno: kiedy przyjdzie czas, nie będę już odkładać tego w nieskończoność.
Jeśli ktoś z Was stoi przed podobnym zabiegiem i się boi - naprawdę Was rozumiem. Sama byłam kłębkiem nerwów jeszcze wczoraj rano. Ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć: strach jest dużo większy niż rzeczywistość. Kluczem jest dobry specjalista i wsparcie kogoś bliskiego. W moim przypadku jedno i drugie zadziałało perfekcyjnie.
A teraz? Wracam pod koc, z herbatą (letnią, oczywiście!) i poczuciem, że zrobiłam coś ważnego dla siebie. I że czasem naprawdę warto przestać odkładać rzeczy "na później".
Tylko obserwowani przez użytkownika sobiepotrzebni
mogą komentować na tym fotoblogu.
Inni zdjęcia: Łabędź krzykliwy slaw30043 elbee1870 akcentovaJa ns3516.6.26 rena1ch4n:* pattusia91gd;) pattusia91gd:* pattusia91gd:* pattusia91gdJa pattusia91gd