>
Dzisiejsze popołudnie jest jednym z tych spokojnych momentów, kiedy można na chwilę usiąść i wrócić myślami do tego, co wydarzyło się wczoraj. Siedzę w domu, w miękkim świetle lampy, z kubkiem herbaty pod ręką i Radkiem krzątającym się gdzieś w tle. Jest niedziela, a ja czuję przyjemne zmęczenie po weekendzie pełnym drobnych, ale ważnych chwil.
Wczoraj był jednym z tych dni, które zaczynają się zupełnie zwyczajnie, a kończą z poczuciem, że wydarzyło się coś naprawdę miłego i wartego zapamiętania.
Wszystko zaczęło się rano - bez planu, bez konkretnego pomysłu. Po prostu siedzieliśmy przy śniadaniu i w pewnym momencie, zupełnie spontanicznie, rzuciłam: "Może poszlibyśmy do fryzjera?". Sama się zdziwiłam, że to powiedziałam, bo zwykle długo się zastanawiam nad takimi decyzjami. Radek spojrzał na mnie, uśmiechnął się lekko i powiedział tylko: "Czemu nie?". I tyle wystarczyło. Decyzja zapadła.
Szybko sprawdziliśmy, czy są jakieś wolne terminy - i jakimś cudem były! To chyba znak, że takie spontaniczne pomysły mają sens. Zamówiliśmy taksówkę i po chwili jechaliśmy już w stronę Centrum Handlowego Aura, gdzie znajduje się Jean Louis David. Sama podróż była krótka, ale miałam w sobie lekkie podekscytowanie, zmieszane z odrobiną niepokoju.
Kiedy weszliśmy do salonu, od razu poczułam ulgę - nie było kolejki. Dwie panie fryzjerki niemal natychmiast się nami zajęły. Wszystko działo się tak szybko, że nie miałam nawet czasu się rozmyślić. Usiadłam na fotelu i nagle przyszła myśl: "Co ja właściwie zrobiłam?". Trochę się przestraszyłam. Każda zmiana włosów to dla mnie małe emocjonalne trzęsienie ziemi.
Radek wydawał się dużo spokojniejszy. Zawsze taki jest - opanowany, zdystansowany, jakby miał w sobie więcej zaufania do świata niż ja. Patrzyłam na niego w lustrze i zastanawiałam się, jak będzie wyglądał po strzyżeniu. Lubiłam jego dłuższe włosy, naprawdę. Miały w sobie coś miękkiego, trochę artystycznego. Bałam się, że po zmianie coś z tego zniknie.
Moje strzyżenie poszło szybciej, niż się spodziewałam. Fryzjerka była bardzo pewna siebie, wiedziała, co robi, i to mnie trochę uspokoiło. Kiedy zobaczyłam efekt końcowy, poczułam ogromną ulgę - było naprawdę dobrze. Świeżo, lekko, ale wciąż "ja". Uśmiechnęłam się do swojego odbicia i pomyślałam, że czasem warto zaryzykować.
Jeszcze bardziej byłam ciekawa efektu u Radka. Kiedy w końcu wstał z fotela i spojrzałam na niego, aż na moment zamilkłam. To było coś zupełnie innego - krócej, wyraźniej, bardziej... zdecydowanie. I wiecie co? Bardzo mi się spodobało. Naprawdę. Moje wcześniejsze obawy gdzieś zniknęły. Nadal był sobą, tylko w trochę innej wersji. I chyba właśnie to mnie ujęło.
Wyszliśmy z salonu oboje zadowoleni, jakbyśmy zrobili coś małego, ale ważnego dla siebie. Pogoda dopisywała, więc postanowiliśmy nie wracać od razu do domu. Zamiast tego ruszyliśmy na spacer po Starym Mieście. Uwielbiam to miejsce - ma w sobie coś spokojnego, nawet kiedy jest tam więcej ludzi.
Niestety, moja stopa zaczęła dawać o sobie znać. To nic nowego - od jakiegoś czasu miewam z nią problem. Ból nie był jednak na tyle silny, żeby zepsuć mi nastrój. Nie chciałam rezygnować ze spaceru. Było po prostu zbyt przyjemnie, żeby wracać od razu do domu.
Szliśmy powoli, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Takie rozmowy lubię najbardziej - bez presji, bez konkretnego celu. Po drodze wstąpiliśmy do Lokaah. Nie planowaliśmy zakupów, ale Radek jak zwykle mnie zaskoczył. Wypatrzył piękną bransoletkę i po prostu mi ją kupił.
Była naprawdę śliczna - delikatna, ale z charakterem. Dokładnie taka, jakie lubię. Zrobiło mi się niesamowicie miło. To jeden z tych drobnych gestów, które znaczą więcej niż wielkie deklaracje. Nie chodziło o sam prezent, tylko o to, że pomyślał o mnie w taki sposób.
Potem ruszyliśmy dalej, w stronę Mostu św. Jana. Lubię tam chodzić - jest coś uspokajającego w patrzeniu na wodę, w tym lekkim wietrze i dźwiękach miasta w tle. Zatrzymaliśmy się na chwilę, oparłam się o barierkę i po prostu byłam. Bez myślenia o tym, co było albo co będzie.
W końcu zdecydowaliśmy się wrócić. Zamówiliśmy taksówkę i po kilkunastu minutach byliśmy już w domu.
I dziś, kiedy to wszystko zapisuję, czuję ogromną wdzięczność za wczorajszy dzień.
Był naprawdę udany. Taki zwyczajny, a jednak pełen małych momentów, które składają się na coś większego. Oczywiście - nie wszystko było idealne. Moja stopa trochę bolała, a do tego odzywał się ząb, co nie było szczególnie przyjemne. Ale mimo to, całość była... dobra. Naprawdę dobra.
Czasem myślę, że właśnie takie dni są najcenniejsze. Bez wielkich planów, bez oczekiwań. Po prostu jesteśmy, podejmujemy spontaniczne decyzje, śmiejemy się, spacerujemy, robimy coś dla siebie.
Wczoraj było dokładnie tak.
I jeśli kolejne dni będą choć trochę podobne - to będzie dobrze.
Tylko obserwowani przez użytkownika sobiepotrzebni
mogą komentować na tym fotoblogu.
Inni zdjęcia: 43 elbee1870 akcentovaJa ns3516.6.26 rena1ch4n:* pattusia91gd;) pattusia91gd:* pattusia91gd:* pattusia91gdJa pattusia91gd;) pattusia91gd