>
Maria wracała powoli z długiego, samotnego spaceru po wieczornym parku, a chłodne powietrze wciąż osiadało na jej skórze niczym cichy ślad mijających chwil. Nie spieszyła się. Jej kroki były miarowe, niemal mechaniczne, jakby ciało poruszało się już samo, a myśli zostały gdzieś między alejkami, przy ławkach i wśród szeleszczących liści.
Park o tej porze był niemal pusty. Kilka rozproszonych świateł latarni rzucało miękkie kręgi na wilgotną ziemię, a cienie drzew zdawały się wydłużać i splatać ze sobą, tworząc dziwne, ulotne kształty. Maria lubiła tę porę. Cisza nie była całkowita, ale wystarczająco głęboka, by mogła usłyszeć własne myśli - nawet te, które na co dzień próbowała zagłuszyć.
Podczas spaceru wracały do niej pytania, których nie zadawała na głos. Myślała o tym, jak łatwo jest zgubić się w codzienności, w drobnych obowiązkach i powtarzalnych dniach, które zlewają się w jedno. Zastanawiała się, kiedy ostatnio poczuła coś naprawdę intensywnie - radość, ekscytację, nawet smutek, który byłby wyraźny i jednoznaczny. Teraz wszystko wydawało się rozmyte, jakby emocje straciły swoje ostre krawędzie.
Idąc jedną z bocznych alejek, przypomniała sobie moment sprzed kilku lat, kiedy ten sam park wydawał jej się zupełnie inny. Było w nim więcej życia, więcej śmiechu, więcej rozmów. A może to ona była wtedy inna. Może to nie przestrzeń się zmieniła, tylko sposób, w jaki ją odbierała. Ta myśl zatrzymała ją na chwilę. Stała nieruchomo, patrząc na puste ławki, jakby próbowała dostrzec w nich echo dawnych chwil.
Maria często miała wrażenie, że czas przyspieszył, że dni przesuwają się szybciej, niż zdąża je zrozumieć. Spacer był jedną z niewielu rzeczy, które pozwalały jej zwolnić. Każdy krok był jak mały akt sprzeciwu wobec pośpiechu świata. W tej powolności znajdowała coś kojącego - przestrzeń, w której mogła po prostu być, bez konieczności udowadniania czegokolwiek.
Czuła jednak też lekki niepokój. Taki, który nie ma konkretnego źródła, ale trwa gdzieś pod powierzchnią. Jak cichy szum, którego nie da się całkiem wyciszyć. Zastanawiała się, czy to normalne - to ciągłe poczucie, że coś jest nie do końca na swoim miejscu, nawet jeśli wszystko wygląda poprawnie.
Kiedy zbliżała się do wyjścia z parku, odwróciła się jeszcze raz. Spojrzała na ścieżkę, którą przeszła, jakby chciała zapamiętać każdy jej fragment. Wiedziała, że jutro wszystko będzie wyglądało podobnie, a jednak inaczej. To była dziwna sprzeczność, która jednocześnie ją uspokajała i niepokoiła.
W drodze do domu zaczęła myśleć o tym, jak bardzo potrzebuje takich chwil. Samotność, której kiedyś się obawiała, teraz miała inny wymiar. Nie była już tylko brakiem ludzi, ale przestrzenią do spotkania z samą sobą. Nie zawsze było to łatwe. Czasem to spotkanie było niewygodne, pełne trudnych pytań i niewyraźnych odpowiedzi. Ale mimo to czuła, że jest potrzebne.
Maria wiedziała, że nie rozwiąże wszystkich swoich wątpliwości podczas jednego spaceru. Może nawet nie podczas wielu kolejnych. Ale było w tym coś ważnego - samo zadawanie pytań, samo zatrzymanie się i przyjrzenie temu, co w niej ciche i niewypowiedziane.
Gdy w końcu dotarła do drzwi swojego mieszkania, poczuła lekkie zmęczenie, ale też coś na kształt ulgi. Jakby zostawiła część ciężaru gdzieś między drzewami. Wiedziała, że wróci tam znowu. Nie dlatego, że znajdzie odpowiedzi, ale dlatego, że właśnie tam najłatwiej było jej usłyszeć siebie.
Tylko obserwowani przez użytkownika sobiepotrzebni
mogą komentować na tym fotoblogu.