>
Obudziłam się dziś w jakimś dziwnym, ciężkim nastroju. Takim, który trudno nazwać jednym słowem, ale który czuć w całym ciele - jakby ktoś przykrył mnie grubym, wilgotnym kocem. Niby spałam długo, nawet zaskakująco długo jak na mnie, ale nie przyniosło to żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. Czuję się bardziej zmęczona niż wczoraj wieczorem.
Radek wyszedł jeszcze przed ósmą. Pamiętam moment, kiedy zamykał drzwi - ten cichy klik zamka, który zawsze brzmi tak ostatecznie. Zostałam sama. I chociaż cisza w mieszkaniu powinna być czymś kojącym, dziś jest przytłaczająca. Każdy dźwięk wydaje się zbyt głośny, a jednocześnie ta pustka wokół mnie jest nie do zniesienia.
Siedzę teraz przy kuchennym stole z kubkiem kawy, która dawno już wystygła. Nawet nie pamiętam, kiedy ją zrobiłam. Patrzę na nią, jakby była czymś obcym. Zwykle kawa to mój mały rytuał - coś, co daje mi poczucie początku dnia. Dziś nie daje nic. Smakuje nijako, pachnie nijako, jakby była tylko cieniem samej siebie.
Mam wrażenie, że wszystko we mnie działa na pół gwizdka. Myśli są rozmyte, emocje przytłumione, a jednocześnie gdzieś głęboko czuję napięcie. Takie ciche, ale nieustanne. Jakby coś we mnie było stale napięte do granic, tylko nie potrafi się uwolnić.
Ostatnio mam wrażenie, że życie zamieniło się w ciąg problemów, które nie mają końca. Jeden znika tylko po to, żeby pojawił się kolejny. I kolejny. I kolejny. Nie ma chwili, w której mogłabym naprawdę odetchnąć. Nawet kiedy fizycznie nic się nie dzieje, mój umysł nie przestaje pracować. Analizuje, martwi się, przewiduje najgorsze scenariusze.
Chciałabym móc się wyłączyć. Tak po prostu. Zamknąć oczy i na chwilę przestać myśleć. Ale to nie działa w ten sposób. Im bardziej próbuję się uspokoić, tym bardziej wszystko się we mnie kotłuje.
Zastanawiam się, kiedy ostatni raz naprawdę odpoczywałam. Nie tak "na niby", nie tak, że siedziałam z telefonem i scrollowałam bez sensu, tylko tak naprawdę - z poczuciem spokoju, lekkości. Chyba nie pamiętam. To przerażające, jak łatwo można zapomnieć, jak to jest czuć się dobrze.
Radek wróci dopiero o szesnastej. To jeszcze tyle godzin. Tyle czasu, który powinnam jakoś wykorzystać, zrobić coś sensownego, produktywnego. A ja nie mam siły nawet wstać od stołu. Każda najprostsza czynność wydaje się ogromnym wysiłkiem.
Patrzę na mieszkanie i widzę rzeczy do zrobienia. Naczynia w zlewie, pranie do rozwieszenia, jakieś drobiazgi, które zawsze odkładam na później. Dziś to "później" znowu nie nadejdzie. I to mnie jeszcze bardziej dobija. Bo czuję się jak ktoś, kto nie daje sobie rady nawet z podstawami.
Najgorsze jest to poczucie, że nie mam kontroli. Nad swoim nastrojem, nad energią, nad tym, co dzieje się w mojej głowie. Jakbym była tylko biernym obserwatorem własnego życia. Patrzę, jak wszystko się toczy, ale nie potrafię w to ingerować.
Zdarza mi się myśleć, że może po prostu przesadzam. Że inni mają gorzej, że powinnam się ogarnąć, wziąć w garść. Tyle razy to sobie powtarzałam, że aż brzmi to jak mantra. Ale to nie działa. Bo to nie jest kwestia "chcenia". To coś głębszego, coś, czego nie potrafię tak łatwo przeskoczyć.
Chciałabym dziś zrobić coś dla siebie. Cokolwiek. Wyjść na spacer, poczuć świeże powietrze, może trochę słońca na twarzy. Ale nawet to wydaje się zbyt dużym krokiem. Jakby między mną a drzwiami było coś niewidzialnego, co mnie zatrzymuje.
Czasem zazdroszczę ludziom, którzy potrafią po prostu żyć. Bez tego ciągłego ciężaru. Bez analizowania każdego szczegółu, bez zamartwiania się wszystkim naraz. Ja mam wrażenie, że mój umysł nigdy nie milknie. Nawet teraz, kiedy próbuję tylko siedzieć i być, w środku trwa nieustanny monolog.
Może to tylko jeden z tych dni. Tak sobie próbuję tłumaczyć. Może jutro będzie lepiej. Może obudzę się i poczuję choć odrobinę lekkości. Trzymam się tej myśli, chociaż gdzieś z tyłu głowy czai się zwątpienie.
Na razie jednak jest jak jest. Siedzę tutaj, w ciszy, z wystygłą kawą i poczuciem, że jestem zmęczona czymś, czego nawet nie potrafię do końca nazwać. I chyba dziś pozwolę sobie na to, żeby tak po prostu być w tym stanie. Bez udawania, że jest inaczej.
Może to też jest jakiś sposób na przetrwanie.
Tylko obserwowani przez użytkownika sobiepotrzebni
mogą komentować na tym fotoblogu.