>
Czwartek, 12 marca, popołudnie.
Dzisiaj piszę trochę wolniej niż zwykle. Właściwie wszystko robię dziś wolniej. Nadal czuję się po prostu podle, choć muszę przyznać, że nie jest już tak źle jak w nocy. Wtedy miałam wrażenie, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię i zostawił tylko ciężką głowę oraz dziwne rozbicie w całym ciele. Spałam niespokojnie, budząc się co chwilę i zastanawiając, czy to naprawdę się dzieje.
Choróbsko. Inaczej nie potrafię tego nazwać.
Najbardziej chyba nie mogę uwierzyć w to, że dopadło również mnie. Przez ostatnie dni wszyscy wokół kichali, kasłali, narzekali na gardło albo gorączkę. Słuchałam tego z lekkim współczuciem, ale też z taką cichą nadzieją, że może tym razem mnie ominie. Czasami przecież tak bywa - wirus krąży wszędzie, a jednak ktoś jakimś cudem pozostaje nietknięty.
Niestety najwyraźniej nie tym razem.
Dziś rano jeszcze przez chwilę łudziłam się, że to tylko gorszy dzień, niewyspanie albo zwykłe zmęczenie. Jednak im dłużej trwało popołudnie, tym bardziej było jasne, że organizm mówi mi bardzo wyraźnie: "zwolnij". Głowa jest ciężka, gardło drapie, a całe ciało ma w sobie tę dziwną miękkość, jakby każdy ruch wymagał odrobiny więcej wysiłku niż zwykle.
Najbardziej szkoda mi jednego planu.
Od rana myślałam o spacerze. Wyobrażałam sobie chłodne marcowe powietrze, trochę światła, trochę ruchu, może kawę po drodze. Taki zwykły, spokojny spacer potrafi czasami uporządkować cały dzień. Jednak im bardziej się nad tym zastanawiam, tym wyraźniej czuję, że to nie jest dobry pomysł.
Spacer w takim stanie nie sprawiałby mi przyjemności.
Zamiast tego pewnie tylko marudziłabym pod nosem, że jest mi zimno, że za głośno, że za dużo ludzi albo że nogi mam jak z waty. Znam siebie. W takim nastroju nawet najładniejsza ulica potrafi nagle wydawać się męcząca.
Chyba więc muszę pogodzić się z tym, że wychodzenie z domu trzeba na razie odłożyć na później.
Nie brzmi to szczególnie dramatycznie, a jednak jest w tym jakaś drobna frustracja. Czwartek miał być całkiem zwyczajny, może nawet trochę przyjemny. Zamiast tego siedzę z kubkiem herbaty, w grubym swetrze, próbując przekonać samą siebie, że odpoczynek to też plan.
Może nawet najlepszy na dziś.
Mam tylko nadzieję, że to wszystko szybko minie. Na razie zostaję pod kocem, piję kolejną herbatę i wciąż trochę z niedowierzaniem myślę o tym, że jednak mnie też dopadło to całe choróbsko.
Tylko obserwowani przez użytkownika sobiepotrzebni
mogą komentować na tym fotoblogu.