>
Dwudziesty ósmy lutego, sobota, wieczór. Siedzę z kubkiem herbaty w dłoniach i próbuję jakoś poukładać myśli. Za oknem ciemno, chłodno i cicho - ta cisza zawsze wydaje mi się gęstsza pod koniec zimy. Niby już bliżej wiosny, niby luty dobiega końca, a jednak w powietrzu wciąż czuć zmęczenie tą długą, szarą porą roku.
Jestem dziś trochę niepocieszona. Wiem, że to nic wielkiego, że to tylko kwestia kilku tygodni, ale jednak smutno mi na myśl, że w nadchodzącym tygodniu Radek znowu będzie pracował aż do szesnastej. O tej porze zapada teraz zmrok, więc nasze popołudniowe spacery raczej odpadają. A tak bardzo ich potrzebuję. Te krótkie przechadzki były dla mnie czymś więcej niż tylko ruchem na świeżym powietrzu - były chwilą rozmowy, bliskości, oddechu po całym dniu.
Kiedy wychodziliśmy razem, nawet jeśli było zimno, czułam, że świat na chwilę zwalnia. Teraz znów będziemy mijać się w półmroku - on zmęczony po pracy, ja próbująca nie okazywać rozczarowania. Oczywiście rozumiem, że obowiązki są ważne. Praca nie poczeka. Tylko serce czasem nie chce słuchać rozsądku.
Cóż, trzeba zaczekać na dłuższe wieczory. Pocieszam się myślą, że to już ostatnie podrygi zimy. Że niedługo słońce zostanie z nami trochę dłużej, że znów będzie można wyjść o siedemnastej i wciąż widzieć jasne niebo. Marzę o tych pierwszych prawdziwie wiosennych dniach, kiedy powietrze pachnie wilgotną ziemią, a człowiek ma wrażenie, że wszystko zaczyna się od nowa.
Najbardziej jednak chciałabym, żeby najbliższa przyszłość nie przyniosła kolejnych kłopotów. Zwłaszcza zdrowotnych. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, jak kruche potrafi być poczucie stabilizacji. Co rusz coś musi być nie tak - a to drobne dolegliwości, a to większe zmartwienia, które odbierają spokojny sen. Ledwo zdążymy odetchnąć, a już pojawia się coś nowego. Czasem mam wrażenie, że los sprawdza, ile jeszcze jesteśmy w stanie unieść.
Radek i ja bardzo chcielibyśmy w końcu odetchnąć z ulgą. Tak po prostu. Obudzić się któregoś dnia i nie martwić się o nic ponad to, co zwyczajne. Mieć w głowie ciszę zamiast nieustannego "co jeśli". Bo choć staram się być dzielna, to gdzieś głęboko siedzi we mnie lęk. Strach pomyśleć, co jeszcze może nam zgotować nieobliczalny los.
A jednak, mimo tego wszystkiego, próbuję pielęgnować w sobie nadzieję. Może właśnie na tym polega dorosłość - na tym, że idzie się dalej, nawet jeśli serce drży. Że planuje się małe przyjemności na przyszłość, choć nie ma się gwarancji, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Dziś wieczorem wybieram wiarę w to, że marzec przyniesie coś dobrego. Że dni będą coraz dłuższe nie tylko w kalendarzu, ale i w naszych nastrojach.
I że w końcu przyjdzie taki moment, kiedy spojrzymy na siebie z Radkiem i powiemy: "Udało się. Przetrwaliśmy."
Tylko obserwowani przez użytkownika sobiepotrzebni
mogą komentować na tym fotoblogu.