>
Wczoraj wróciłam z kolejnego dnia rehabilitacji. Oczywiście, jak zawsze, towarzyszył mi Radek. Sama świadomość, że nie muszę przez to wszystko przechodzić w pojedynkę, daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. W ostatnich dniach przekonałam się, jak wiele znaczą nawet drobne gesty - wspólna droga do ośrodka, rozmowy w samochodzie czy zwykła obecność kogoś, kto rozumie, że nie zawsze mam ochotę mówić. Czasami wystarczy po prostu być obok.
Wczorajsze zabiegi wyglądały podobnie jak dzień wcześniej, choć pojawiła się też jedna nowość. Ponownie zastosowano u mnie elektrostymulację porażonych mięśni twarzy. Nadal mam nadzieję, że pomoże ona pobudzić nerw do regeneracji, choć wiem, że takie rzeczy wymagają czasu. Organizm nie działa jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a cierpliwość nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. Staram się jednak o niej pamiętać każdego dnia.
Po elektrostymulacji przyszedł czas na nowy zabieg - nagrzewanie lampą Solux. Szczerze mówiąc, byłam bardzo ciekawa, jak będzie wyglądał. Kiedy położyłam się pod lampą i poczułam przyjemne, delikatne ciepło, od razu zrobiło mi się bardzo komfortowo. To uczucie było zaskakująco relaksujące. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, jakbym znalazła się na solarium. Oczywiście wiem, że cel zabiegu jest zupełnie inny, ale właśnie takie było moje pierwsze skojarzenie. Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie na kilka minut pełnego odprężenia. Po ostatnich stresujących dniach taki moment był naprawdę bezcenny.
Niestety, jeśli chodzi o samo porażenie nerwu twarzowego, na razie nie mogę powiedzieć, że widzę poprawę. Nadal nie zauważam większych zmian, a prawa strona twarzy zachowuje się dokładnie tak samo jak wcześniej. Gdy patrzę w lustro, wciąż widzę tę samą asymetrię i nadal nie potrafię uśmiechnąć się tak, jakbym chciała. Oczywiście byłoby cudownie, gdyby efekty pojawiły się błyskawicznie, ale przecież doskonale wiem, że tak to zazwyczaj nie działa.
Tak naprawdę był to dopiero drugi dzień rehabilitacji. Dwa dni to bardzo krótki czas, zwłaszcza jeśli mówimy o regeneracji nerwu. Staram się więc nie wyciągać pochopnych wniosków. Jeszcze kilka dni temu nie mogłam się doczekać rozpoczęcia zabiegów, a teraz muszę nauczyć się cierpliwie czekać na ich efekty. To chyba jedna z najtrudniejszych lekcji, jakie daje choroba. Nie wszystko da się przyspieszyć, choć bardzo by się tego chciało.
Na szczęście mam coś, co skutecznie odciąga moje myśli od ciągłego analizowania każdego, nawet najmniejszego ruchu mięśni twarzy. Tym czymś jest Syriusz - mój ukochany ślimak. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak szybko stanie się dla mnie kimś tak ważnym. Jeszcze kilka dni temu nie przypuszczałabym, że obecność ślimaka może aż tak poprawić moje samopoczucie.
Coraz częściej łapię się na tym, że zamiast myśleć o chorobie, po prostu obserwuję Syriusza. Jego niespieszne ruchy mają w sobie coś niezwykle kojącego. Nie spieszy się. Nie przejmuje się tym, co będzie jutro. Powoli przemierza swoje terrarium, wspina się po szybach, zatrzymuje się na chwilę i rusza dalej. W jego świecie wszystko dzieje się we własnym tempie. Może właśnie dlatego tak dobrze działa na mnie jego obecność.
Wczoraj podjęłam decyzję, która od dnia wcześniej chodziła mi po głowie. Postanowiłam przenieść terrarium z Syriuszem na moje biurko. Chcę mieć go jak najbliżej siebie. Teraz wystarczy, że oderwę wzrok od monitora albo książki i mogę spojrzeć na mojego spokojnego towarzysza. Już nie muszę podchodzić do terrarium stojącego w innym miejscu pokoju. Syriusz jest obok mnie niemal przez cały czas i bardzo mi się to podoba.
To naprawdę niewielka zmiana, ale sprawiła mi ogromną radość. Mam wrażenie, że mój pokój stał się dzięki temu jeszcze bardziej przytulny. Co jakiś czas zerkam na terrarium i mimowolnie się uśmiecham. Być może dla wielu osób ślimak jest tylko ślimakiem. Dla mnie jednak Syriusz pojawił się dokładnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowałam. Trudno uwierzyć, jak wiele może zmienić obecność tak spokojnego stworzenia.
Myślę sobie czasem, że gdyby nie Syriusz, byłoby mi teraz o wiele, wiele ciężej. Oczywiście sama rehabilitacja jest bardzo ważna i wierzę, że z czasem przyniesie efekty. Wiem też, że ogromnym wsparciem jest dla mnie Radek, który każdego dnia dodaje mi otuchy. Ale właśnie Syriusz wniósł do mojego życia coś zupełnie nowego - spokój. Taki cichy, niewymuszony spokój, którego od dawna mi brakowało.
Pisząc te słowa dzień później, nadal nie widzę poprawy w lustrze, ale widzę poprawę w swoim nastawieniu. A to również ma znaczenie. Dzisiaj znów pojadę na rehabilitację, znów cierpliwie poddam się wszystkim zabiegom i później wrócę do domu, gdzie będzie czekał na mnie Radek i mój spokojny Syriusz. Wierzę, że z każdym kolejnym dniem będę coraz bliżej powrotu do zdrowia.
Tylko obserwowani przez użytkownika slimakihodowlane
mogą komentować na tym fotoblogu.
2 dni temu
2 dni temu
3 dni temu
3 dni temu
3 dni temu
3 dni temu
4 dni temu
4 dni temu
Wszystkie wpisydorcia2700
49 min. temu
ns35
11 godz. temu
odcienfioletu
12 godz. temu
bluebird11
12 godz. temu
naginiii
13 godz. temu
photographymagic
15 godz. temu
patrusia35gd
15 godz. temu
calaja90
2 dni temu
Wszyscy obserwowaniInni zdjęcia: :) dorcia2700Piecuszek slaw300JA *w promieniach słońca* xavekittyx1898 akcentovaZ synem ns35Grząsko !! bluebird11670. naginiii:) ns352026.07.14 photographymagic:* patrusia35gd