Photoblog.pl

Załóż konto

Swoją drogą 

2019/09/08   

Samochodowy koszmar

« następne   poprzednie »
Samochodowy koszmar
Powiększenie

To był najbardziej wkurwiający dzień w całym moim życiu. Pierwszy raz dostarczałem jedzenie samochodem, bo przebiłem dętkę w rowerze i uznałem, że to dobra okazja, by przekonać się jak samkuje praca przy użyciu samochodu. Okazało się, że smakuje nawet gorzej niż myślałem, choć tak naprawdę tylko jedna, podwójna dostawa okazała się być katastrofą. Warszawa widziana oczami kierowcy wygląda zupełnie inaczej niż Warszawa widziana oczami rowerzysty i w efekcie jako kierowca byłem zdenerwowany i zmęczony psychicznie, szczególnie, gdy myślałem o tym jak łatwo byłoby wykonać obecną dostawę rowerem.

 

Pracę zacząłem o 11:00 i przez pierwszą godzinę padał deszcz. Zaparkowałem na Śródmieściu, pod pizzerią Przyjemność, ubrałem się w przeciwdeszczowe ubrania i ruszyłem szybko po pierwsze zamówienie. Po dostarczeniu czterech posiłków zauważyłem, że w tylnym kole nie ma powietrza, a miałem już wtedy dwa kolejne wezwania, do dwóch kolejnych restauracji. Ruszyłem pieszo razem z rowerem do samochodu, a w międzyczasie napisałem do supportu, wyjaśniając sprawę i prosząc o wyłączenie dwóch kolejnych wezwań. W sumie mogłem pojechać do mieszkania siostry po jej rower, bo miałęm wtedy klucze, ale uznałem, że zdobędę nowe doświadczenie jeżdżąc samochodem. Jakoś to szło, kilka pierwszych dostaw nie było dużym problemem, choć wyrzuciło mnie nawet na Pragę Północ.

 

Najgorsze zaczęło się, gdy z Pragi Północ wezwało mnie na Śródmieście, do Sushi Zushi przy Świętkorzyskiej. Znalezienie tam miejsca do parkowania w niedzielę graniczy z cudem, bo ogólnie z tego co zauważyłem, w niedzielę ludzie przyjeżdżają samochodami do wszelkich miejsc, w których znajdują się restauracje, czyli dokładnie tam skąd dostawcy odbierają jedzenie. Samochód musiałem zaparkować jakieś 400 metrów od restauracji więc samo dojście na miejsce zajęło mi troche czasu. Nie byłoby tak źle, gdybym z restauracji mógł jechać od razu w miejsce dostawy, czyli na Saską Kępę. Zjechałbym sobie na most i dojechał bez problemów i większych opóźnień. Niestety, system uznał, że powinienem po drodze wziąć jeszcze jedno zamówienie, z okolic placu Konstytucji, z podwórka, które nafaszerowane jest zakazami postoju i kiedyś widziałem jak straż miejska wlepiała tam mandaty kierowcom, którzy postanowili zaparkować poza wyznaczonymi zatokami. Pomyślałem, że znajdę miejsce na jednej z pobliskich uliczek, ale po objechaniu całej okolicy dotarło do mnie, że nie będzie to jednak możliwe. Na toczenie się uliczkami straciłem jakieś 10 minut, może trochę mniej. Postanowiłem w końcu wjechać na podwórko, na którym znajduje się restauracja. Przed wejściem do lokalu stała akurat pracująca tam pani, więc nie wyłączałem silnika i zapytałem czy moze przynieść jedzenie do mojego samochodu. Zgodziła się, więc jakoś udało mi się w ogóle rozpocząć dostawę. Pech chciał, że była to dostawa w najgorsze z możliwych miejsc - w okolicę ulicy Solec, która w tym dniu była z jakiegoś powodu kompletnie zapchana. Zdaje się, że na Torwarze albo na Stadionie Legii odbywała się właśnie jakaś impreza, na którą zjechały tłumy ludzi i to właśnie oni szukali w całej okolicy miejsca do parkowania. Wszystko było zajęte i to nie tylko pod blokiem, do którego miałem dostawę, ale także kilometr od tego miejsca. Na powyższym zdjęciu widać jak to wyglądało. Dostawę miałem do tego bloku po lewej stronie zdjęcia. Podjechałem raz, zobaczyłem, że nici z parkowania, więc musiałem wyjechać, powoli, bo wszędzie był korek. Objechałem kilka ulic i przekonałem się tylko, że na nich także nie ma ani jednego miejsca do parkowania. Wróciłem więc pod blok, z nadzieją, że jakieś miejsce się zwolniło. Niestety, było tak samo źle. Nie miałęm więc wyjścia, musiałem zadzwonić do klienta i zapytać czy nie zechciałby przyjść po swoje jedzenie do mojego samochodu. Żeby było jeszcze gorzej, trafiłem akurat na człowieka z innego kraju i musiałem z nim rozmawiać po angielsku. Na szczęście zgodził się i nie był ani trochę zły, choć czekał na jedzenie o 25 minut dłużej niż powinien.

 

W końcu mogłem ruszyć z sushi na Saską Kępę. Niestety, okazało się, że z powodu wspomnianej przeze mnie imprezy zrobiłł się wielki korek na Wisłostradzie. Samo dojechanie kilkuset metrów do Wisłostrady trwało z 10 minut, a przez następne 10, albo nawet dłużej, toczyłem się powolutku Wisłostradą, która była obstawiona przez straż miejską i policję. Więcej stałem w miejscu niż jechałem i nawet zadzwoniła do mnie dziewczyna z biura, pytając, czy ja w ogóle posuwam się do przodu. Późneij dowiedziałem się, że to klient od sushi zamęczał ich już od trzydziestu minut niepokojąc się tym, że dostawa jest już tak mocno opóźniona. Nic nie mogłem na to poradzić, ale w końcu, przy wjeździe na most, korek się skończył i mogłem w końcu jechać z normalną prędkością. Na Saskiej Kępie okazało się, że na tamtejszych, wąskich uliczkach, też się ciężko parkuje, ale podjechałem prawie pod sam budynek. Klient stał przy furtce ze smutną miną człowieka, który został oszukany i zdradzony. Wyjaśniłem mu co było powodem opóźnienia, ale ogólnie odniosłem wrażenie, że już nigdy nie skorzysta z naszych usług. Jak się później okazało, jego żona jednak nadal jest naszą klientką, bo innego dnia byłem u nich drugi raz, już rowerem, dziesięć minut przed czasem.

 

Później było już lepiej, ale pod Kurą stale brakowało miejsc do parkowania i musiałem się zatrzymywać na innych ulicach, a następnie chodzić pieszo. W zasadzie to dwie dostawy na Muranowie wykonałem pieszo, bo więcej czasu zajęłoby mi dostanie się do samochodu i ponowne szukanie miejsca do parkowania. Dojście do jednego klienta zajęło mi ze trzy minutki, a do drugiego z siedem. Gorzej było później, gdy dostałem wezwanie do Arkadii, a byłem pieszo, daleko od samochodu. Podczas dostawy z Arkadii poznałem tamtejszy parking podziemny, w którym byłem pierwszy raz. Okazało się, że jest marnie oznakowany i w sumie to ciężko nawet zrozumieć gdzie znajduje się samo wejście do Arkadii, gdy już wysiądzie się z samochodu. Najgorzej oznakowany był jednak sam wyjazd, przez co już po odebraniu jedzenia kręciłem się po parkingu jak głupi, dwa razy przejeżdżając przez to samo miejsce.

 

To właśnie było głupie, że dostawa z Arkadii, na pobliską ulicę Kolską, która zajęłaby mi pięć minutek rowerem, trwała znacznie dłużej. Większość dostaw wydłużała się z powodu braku miejsc do parkowania. Na Żoliborzu także było paskudnie i tam także musiałem dwa razy jeździć tą samą ulicą, tylko po to, by przekonać się, że nie dam rady zaparkować. Znowu musiałem zostawiać samochód w znacznej odległości i chodzić pieszo, najpierw do jednego, później do drugiego klienta. Przydałaby się jakaś hulajnoga, którą możnaby było szybko wyjmować z samochodu w takich przypadkach, by podjechać nią pod właściwy adres. Niestety, nie mam hulajnogi.

 

W sumie zrobiłem 20 dostaw, zarabiając na nich więcej niż gdybym wykonał je rowerem, bo stawka podczas pracy samochodem jest większa. Co z tego, skoro trzeba jeszcze brać pod uwagę koszt paliwa, a w tym dniu przejechałem 70 dodatkowych kilometrów podczas pracy. Nakląłem się niesamowicie, denerwując się na wszystko, na samochody, które stoją dosłownie wszędzie, na projektantów podziemnych parkingów, na kierowców, którzy skręcają, a nie włączają migacza, albo włączają go w ostatniej chwili, przez co tracę czas, chcąc ich przepuścić, nie wiedząc, że wcale nie będą jechać prosto.

 

Pierdolę, zdecydowanie wolę pracować na rowerze. To czysty relaks, w porównaniu do ciągłej udręki podczas pracy samochodem. A przecież to była niedziela, gdy nie trzeba płacić za parkowanie w centrum miasta, gdy nie ma korków i godzin szczytu. W środku tygodnia, szczególnie w godzinach szczytu, to dopiero musi być szczyt koszmaru. To nie na moje nerwy. Wolę być szczęśliwym, zrelaksowanym rowerzystą, niż wkurwionym, narzekającym na wszystko kierowcą.

 

W sumie jakoś niemrawo to wszystko opisałem, nie przekazałem tych emocji, które odczuwałem, ale tak to już jest, ostatnio do pisania bloga trochę się zmuszam, bo już nie czuję do tego takiego powołania jak dawniej. A przecież jeszcze muszę się cofnąć i muszę opisać podsumowanie wyprawy rowerowej. Bleeee...

1 komentarz
padholder  - 11/09/2019 7:57:47
brawo Wy ...rodzina to jest siła :)

Najnowsze wpisy

Mój nowy rower

19/09/2019 18:48:44

Kupiłem nowy pojazd

17/09/2019 18:20:56

Widoczek na dziś

16/09/2019 21:14:11

Szczątki bloga

15/09/2019 22:00:40

Samochodowy koszmar

08/09/2019 23:57:46

Podsumowanie wyprawy 2019

02/09/2019 17:46:08

Ostatnia fala upałów

30/08/2019 0:05:43

Bez skutera, ale z kaskiem

23/08/2019 16:57:12

Wszystkie wpisy