Photoblog.pl

Załóż konto

 

2019/06/20   

 

« następne   poprzednie »
Powiększenie

Nigdy więcej neobusa. Nie tylko dlatego, że nie opieprzysz w nim butli turbocoli tak jak w PKPku. No ale powrotny pociąg był dopiero nad ranem więc wzięliśmy to ustrojstwo w drugą stronę, i to był błąd, bo i tak przyjechał spóźniony pół godziny. Zawsze mnie wkurwiał ale to wczoraj to już była przesada. Następnym razem będę siedzieć na dupie i czekać, aż przyjedzie pociąg. Strasznie wkurwiający ludzie. Kupujesz bilet z wyprzedzeniem, nie masz przy tym przypisanego miejsca, musisz się potem wepchać tam gdzie wolne. Wsiadamy we trójkę, wszystko upakowane, trzy ostatnie miejsca osobne, odgrodzone i przyblokowane. Jakieś dwie krowy śpią w jednym rzędzie rozwalone na dwóch siedzeniach każda, mimo że obie zapłaciły za jedno. Oburzone, że się je budzi. Picza po prawej podsuwa się pod okno, picza z lewej siada przy swoim przejściu. Pytam lewą, czy nie usiadłaby tuż przed prawą obok zakonnicy, też by miała aisle seat skoro lubi, a my siedzielibyśmy w trójkę. Nie, ona się nie będzie tam gniotła, odwarknęła. C. musiała więc siąść z zakonnicą i do końca znosić jej utyskiwania, wściekłe pomruki i nienawistne spojrzenia kierowane w czarną gwiazdę wysmarowaną na jej lewym oku, M. który chciał kimnąć przy oknie siedział z brzegu koło tej prawej, a lewy babiszon upchał mnie pod okno i przyblokował plecaczyskiem wypełnionym chyba kamieniami, który powinien był pójść do luku, bo przed siedzeniem nie mieszczą się nawet nogi, chyba że masz krótkie.

- Widzę że będzie pani spała, nie wygodniej będzie przy oknie? My z kolegą nie zaśniemy, więc obejrzelibyśmy coś na słuchawkach.

- Nie, tu mi wygodnie.

- Proszę mnie zatem przepuścić.

Jakoś sobie poradziliśmy z When KISS Ruled The World, ale na kolanach nie jest jednak najwygodniej oglądać, pokutujący coś więcej o tym pewnie wiedzą. Po godzinie przyczaiłam się na ziemi w przejściu, bo ten piździec już zasnął, a nie chciało mi się budzić jej po raz drugi i gramolić przez nią na to miejsce pod oknem, skoro z uporem zablokowała to zewnętrzne. Ogólnie strasznie mi ostatnio wszystko jedno, nawet nieszczególnie mnie to podirytowało, kiedyś bym się pewnie piekliła a wczoraj tylko wzruszyłam ramionami. Ot, stara złośliwa łajza jakich pełno, traktuje mnie jak gówno bo mam dziurę na kolanie, tatuaż na przedramieniu, wymalowaną dziwacznie prawą stronę ryja, wracam z koncertu, etc. Może myślała że mam 15 lat, whatever. Boss stajennego pierdolnika w którym kiedyś przerzucałam gnój w ramach wolontariatu też uważał że wydziarani są wyłącznie ludzie z kryminału, choć on ogólnie był podławym człowieczkiem który miał mnie za zero zer i dno dna. C. i tak miała gorzej z tym chamskim pingwinem.

- Chodźcie, ludziska, wysiadamy. Musimy wreszcie umyć gęby, dobrze żeśmy nie umarli w tej kiszce przeszyci spojrzeniami nienawiści.

Jeden starszy pan wytoczył się za nami ze śmiechem:

- Wyobrażam sobie, że było ciężko. I to jeszcze z zakonnicą musieliście siedzieć!

 

***

You know your man is working hard, HE'S WORTH A DEUCE!

No no... mój ś.p. dziadek by tego nie zrobił. 70 lat, to są chyba jakieś jaja. To jest po prostu niewiarygodne, wierzę tylko dlatego, że widziałam to na własne oczy.

Kosmosu może nie było, bo ace from outer space był nieobecny jak zawsze od 2001, ale można powiedzieć, że i tak był odlot na pełnej kurwie. Weszli z Detroit Rock City. Jak się wydarłam I feel uptight on a Saturday night! to aż mnie grdyka zabolała.

Kiss to zawsze był przerost formy nad treścią, ale jedyny w swoim rodzaju.

Paul wokalnie raczej słabo. Powiedziałabym, że stracił sporą część swojego głosu, ale weźmy pod uwagę że ma chłop swoje lata. Social skills, Starchild vibe i ruchy dupcią na tych niebotycznych obcasach (f-k me, Im in love oO) po 50 latach nadal w szczytowej formie. Dalej wie jak robić show. Wyglądał na zadowolonego krakowską audience response.

Oralny kowboj Gene wypadł za to genialnie. Nie słychać było dużej różnicy porównując do starych nagrań. Przy War Machine rozniósł arenę na kawałki, zdarłam gardło do reszty. Bas miał zestrojony chyba do G. Podobny rozpierdol słyszałam wcześniej tylko raz, na Black Sabbath. Kaszlnął strumieniem ognia na dwa metry, opluł się syntetyczną krwią, wylizał sobie bas, oblizał gitarzyście szyję, po czym odwrócił się twarzą do tłumu i skrzywił jak po wyjątkowo podłej cytrynie. Nowy motyw? Nie zauważyłam wcześniej, żeby się krzywił oblizując Tommy'ego, a na pewno nigdy nie krzywił się liżąc Ace'a, rechoczącego nad gitarą od łaskotek.

Eric to świetny perkusista, solo które strzelił po 100,000 Years to kawał niezłej nawalanki, coś czuję że stary Peter w tym momencie by sobie z czymś takim nie poradził. Coś by zagrał na tych garach, ale raczej na pewno nie tak, boby mu ręce odpadły. Podczas ostatniej trasy grzmocił z trudem.

Tommy był okej. Technicznie jest mocny, sto razy lepszy od Ace'a. Brzmi w porządku, naśladuje go we wszystkim oprócz zataczania, począwszy od ruchów, przez potrząsanie gitarą, skończywszy na mimice. Trudno się dziwić, robi to od lat, gość kiedyś w przerwach między robieniem im sound checków i makijaży grał hobbystycznie jako "Ace" w coverbandzie Kiss. Można powiedzieć, że wypada super, oczywiście dopóki nie zestawić ze sobą jego performance'u z tym samym Ace'a. Jakby puścić wczorajsze  Deuce, a potem Deuce'76  z Detroit, gdzie Ace trzęsie całym pieprzonym miastem, to niestety jak obuchem w łeb. Dziadostwo T., z całym szacunkiem, Ace is ace, gacie opadają. Ale Ace miażdży go nawet wersją z Madison Square Garden z '96, gdzie tak zjebał prawie całą solówkę, że aż się flaki skręcają. Cóż, dopóki ich do siebie nie porównujemy, to Tommy acewannabe wypada fajnie. No i przynajmniej jest w stu procentach spolegliwy, jak to szeregowy pracownik, a nie że ma wszystko w dupie tylko dlatego że może. Ale mnie ciężko do niego przekonać, jestem beznadziejna jak Quill kłócący się z Draxem o zapętlanie New York Groove w tej usuniętej scenie z Infinity War:

- The man who sings this song is a degenerate!

- I will not sit here and allow you to malign Ace Frehley!

- Ace Frehley is not helping.

- Ace Frehley is helping more than you are.

Daleko się nie wepchaliśmy, bo wlazło na ten Tauron chyba pół Polski, niemniej jednak staliśmy blisko platformy, na którą Paul przyleciał sobie na Love Gun i I Was Made For Loving You. Paul wie jak gadać z ludźmi.

- I'd love to join you guys back there, it looks like fun, but you'll have to invite me. I'll count to three and you say my name, alright? One-two-three.

- Paul!

- Not bad, but it feels so good I'd like it louder. One-two-three.

- Paul!!!

- One more time guys, the loudest you can get.

- PAUL!!!

- I've never been here before, but you're awesome.

<sruuu>

Cóż, staliśmy jakieś pięć metrów od niego, wlazłam M. na barana, patrzyłam więc prosto na Paula Stanleya, a jeśli mnie wzrok nie mylił to i Paul Stanley patrzył raz prosto na mnie. Nie wiem, słałam mu buziaczki na pałę. Znaczy na czuja. Zamroczyło mnie, ogłupłam, ogłuchłam, i zamilkłam. Słyszałam i widziałam jak przez mgłę. Istne jaja.

Te wszystkie podnośniki i platformy robiły kolosalne wrażenie. Ogień buchał ze sceny aż pod sufit, żar niósł się falami po każdym wybuchu aż pod trybuny. Gdyby nie klima to i nam by mordy spłynęły. Jestem majster, tak nas wymalowałam, że trzymało się do rana jak złoto. Ludziom gęby się porozpuszczały i pospływały za kołnierze w pierwszej połowie koncertu, a my wyszliśmy tylko lekko rozmazani na czubkach nosów. Mogłabym malować chłopaków w trasie. Ponad dwie godziny zleciały jak z bicza strzelił. Po całym mieście walały się potem te wszystkie wstęgi i confetti.

Mam nadzieję że polski tłum sprostał oczekiwaniom (musiał, chyba jeszcze żaden spęd tak nie wył Rock And Roll All Nite i tak się nie cieszył jak Paul rozpieprzył swojego Ibaneza o scenę na tle buchającego ognia), a kasa się zgadzała, bo to by oznaczało że jest jakaś tam szansa na jeszcze jeden występ, jako że End of the Road jest zaplanowana na trzy lata. Albo i nie.

Przykrym jest jednak oglądać zachód zamiast wschodu, raz czy dwa razy w życiu. Gdybym żyła trochę wcześniej, byłaby szansa, że oglądałabym takie rzeczy co chwila i to u szczytu chwały. Led Zeppelin! Gdybym była oczywiście równie dobrze ustawiona finansowo. Strasznie niefortunnie wstrzelono mnie w linię czasową. Miejscówa też jebła przypadkiem, bo gdyby mój pradziadek w latach 20tych nie dał się namówić koleżkom z Michigan na wyprowadzkę z Detroit Rock City do Kanady, to nikt by go pewnie nie cofnął na granicy z powrotem na podkarpacką wiochę. Zostaje mi więc obserwować powolną, przeciągłą śmierć rock and rolla.

Kilka młodszych zespołów jeszcze chwilę sobie pokoncertuje, a potem tyle. Kolejnej generacji zostaną już tylko płyty i nagrania, plus sławomir, enej, tiesto, te miękkie bezpłciowe jęki i czego wy tam jeszcze kurwa słuchacie, w tej waszej mikrokulturze remizostrażackiej i makrokulturze kluboworadiowej xd. A, i jeszcze ten współczesny dziwaczny rock, kakofonia dudniących dźwięków zlanych w jednostajną falę z monotonnym wyciem.

Brak komentarzy

Najnowsze wpisy

Wpis scorpia

20/06/2019 1:59:25

Wpis scorpia

17/06/2019 3:12:31

Wpis scorpia

15/06/2019 0:38:31

Wpis scorpia

09/06/2019 14:07:43

Wpis scorpia

12/05/2019 13:59:25

Wpis scorpia

03/05/2019 11:14:40

Wpis scorpia

14/04/2019 15:31:26

Wpis scorpia

23/03/2019 20:47:01

Wszystkie wpisy