Photoblog.pl

Załóż konto

Człowiek powoli na serce umiera 
zapisz

Powroty

Dodane 28 WRZEśNIA 2021
Wyświetleń: 96

 Zrobiłam to. Pod wpływem emocji udałam się do kiosku Ruchu w celu zakupienia taniej wódki i paczki żyletek. Ostatniego papierowa wypaliłam za przystankiem, peta zawinęłam w chusteczkę i włożyłam do kieszeni. Potem udałam się w kierunku północnym. Za rzędem budynków po prawej stronie wątpliwy dżentelmen wypluwał z siebie resztki taniego wina klnąc przy tym mięsiście. Spojrzałam na niego mimowolnie i miarowym krokiem kontynuowałam marsz. Po przejściu kilku kilometrów dotarłam w końcu do celu. Tak, jak się spodziewałam, siedziałeś na swojej ulubionej ławce. Ławka drewniana z odpryskami farby, schowana pod wierzbą. Słuchał, jak zwykle tej nieznośnej muzyki. W bezpiecznej odległości zebrałam siły i odwagę. Rozpakowałam jedną z żyletek i ułożyłam ją ostrożnie w dłoni. Potem ruszyłam spokojnym, lecz zdecydowanym krokiem w jego kierunku. Wstał, by się przywitać. Znów miał te szalone spojrzenie, które nigdy nic dobrego nie zapowiadało. Objął mnie w obojętnie. W tej samej chwili i ja go objęłam. Mając rękę na wysokości jego szyi stanowczym ruchem musnęłam żyletką jego tętnice. Zaskoczony odsunął się ode mnie na krok. Jego spojrzenie przerodziło się w zaskoczenie i strach. Krew szybkim strumieniem uchodziła z naczyń krwionośnych, plamiąc przy tym ubranie i ubitą ziemię przy ławce. Stałam wpatrzona w niego w bezruchu. On coraz to słabszy i bardziej przerażony sytuacją, padł na ziemię i po chwili zamknął oczy. Stałam tak jeszcze przez chwilę i obserwowałam, jak krwista kałuża się powiększa. Potem odeszłam cofnęłam się o kilka kroków i oddalając się od miejsca śmierci kata, kierowałam się na zachód. Całą drogę przebyłam w towarzystwie ulgi i wyrzutów sumienia na przemian. Miałam mętlik w głowie. CO, jeśli to nie było jedyne najlepsze rozwiązanie? Co, jeśli to on, nawet jeżeli już go nie ma, postawi na swoim i jego obietnice się spełnią? Co, jeśli to ja znów (tym razem naprawdę) się myliłam? Po żmudnym marszu dotarłam do domu na uboczu. W sąsiedztwie znajdowały się tylko dwa kolejne domy, każdy oddalony od siebie o kilkaset metrów. Przez cały ten czas ściskałam w ręku narzędzie zbrodni. Gdy zapukałam do drzwi usłyszałam szczekanie psa i spieszne szuranie kapci o podłogę. Bez słowa zostałam zaproszona do środka i ugoszczona kieliszkiem wódki i niechlujnie skręconym papierosem. Smakowały tak samo, jak wyglądały. Usiadłam na krześle pod oknem i w końcu odłożyłam żyletkę na stój. Dłuższą chwilę się w nią wpatrywałam. Ciepła dłoń otuliła moją twarz. Ja podniosłam wzrok do góry i poczułam, jak moje oczodoły zaczęły napełniać się gorącymi łzami. Obraz był coraz bardziej niewyraźny, a natłok myśli spowodował, że nie potrafiłam niczego innego usłyszeć. Potem poddałam się uczuciom chcącym przejąć kontrolę Nie wiem, jak znalazłam się w łóżku. Urywki rozpaczliwego szlochu, szaleńczego śmiechu i krzyku próbowałam sklecić w całość. Nie chciałam być sama. Nie chciałam też towarzystwa innych. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w krajobraz za oknem i w bezruchu wsłuchiwałam się w spokojny ciepły głos tuż za mną. Lekko uniosłam kącik ust. Od zawsze lubiłam ten spokojny ton. Słowa koiły poharatane uczucia, uspokajały nerwy. Udało się. Nareszcie byłam wolna.