Photoblog.pl

Załóż konto

Umrę tak, jak chcę. 

2019/09/08   

...

« następne   poprzednie »
...
Powiększenie

Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się, znaczy: nigdy nie zaczęło się. Gdyby prawdziwie się zaczęło, nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło się. E. Stachura.

I jeszcze motto tego wpisu: I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi. E. Stachura.

Jakiś czas nie pisałem. Z tego samego powodu co zawsze. Znowu byliśmy razem, więc cały mój czas poświęcałem jej. I skończyło się tak jak zawsze. A raczej nigdy nie zaczęło, przynajmniej z jej strony, skoro rozjebała wszystko jak zawsze. U mnie trwało i trwa. Już od ponad trzech lat...

Kiedy leżała w domu posiniaczona, obolała i przestraszona - pozostałość po ostatnim związku, wsparłem ją jak zawsze kiedy wiedziałem że mnie potrzebuje. Daliśmy sobie znowu szansę. Po tylu latach wiedziałem czego potrzebuje, więc dałem jej to. Nie dlatego, że ona tego potrzebowała, ale dlatego, że chciałem. Żeby była szczęśliwa. Mówienie o uczuciach? Przytulanie? Okazywanie uczuć? Nie ma problemu. Bo chciałem. Pierwszy raz w życiu chciałem. Nie dlatego, że dorosłem do związku, ale dlatego, że to była właśnie ta kobieta z którą miałem się zestarzeć. No i mieliśmy swój raj. Przez 37 dni, a potem się zaczęło. Poszło jak zawsze o drobne szczegóły. Ja nawet nie mówię, że jak miała swoje zgrania fochowe to zawsze szedłem za nią i byłem zamiast też się ofochać, chowałem dumę w kieszeń nawet jak foch był bezsensowny. Byłem. Ale nadszedł dzień awantury. Mieliśmy wracać ze zlotu do domu. Auto zapakowane, wszyscy gotowi a kierowca który zobowiązał się przed wyjazdem że będzie prowadził z powrotem mówi, że jest najebany i nie może jechać. Mimo, że wiedział że prowadzi następnego dnia, mimo że miał zakaz picia ( małolat więc przypomnienie o niespożywaniu alko było konieczne) w dzień wyjazdu był najebany. Oki, zdarza się. Pech, że jest to syn mojej kobiety. Mój pech w tym, że jest moim podopiecznym w klubie którym jeździmy. Więc zjebkę za olanie zobowiązania i za zlekceważenie danego słowa dostał. I za olanie wszystkich, którzy mieli plany na dany dzień. Fakt, było nas trzech którzy mogli poprowadzić, ale danie lekcji pokory było ważniejsze w tej chwili i nie była to tylko moja opinia. I się zaczęło. Bo do tego nie kupiłem papierosów mojej kobiecie, choć wiedziała, że dobrowolnie jej fajek nie kupię. Kupowała sama z mojej kasy, zdarzało się. Ale ja sam byłem na nie i od trzech lat wiedziała o tym doskonale.. Te dwa zdarzenia zaważyły na naszych dalszych losach. Bo ja śmiałem wymagać odpowiedzialności od jej syna, który nauczony był, że matka zawsze po nim posprząta. Ale tak się przez całe życie nie da. I tak, zmienił się dużo na plus przez ostatnie dwa lata. Dojrzał. Ale jeszcze lekkomyślność czasem bierze w nim górę. Chłopak jest dobry, brakuje mu tylko kogoś, kto będzie wymagał odpowiedzialności. Tym zajmuje się jego obecna dziewczyna i efekty są bardzo dobre. Wracam do meritum. Nerwowa atmosfera z powodu kilku godzin oczekiwania udzieliła się wszystkim. Ja opieprzyłem kumpla za bezmyślne wciskanie przycisków w aucie (na pytanie co robisz odpowiedział nie wiem), ona mnie. Powiedziałem, żeby otworzyła okno bo chcę wygonić muchy które wleciały. Wydarła się na mnie żebym najpierw otworzył swoje. Moje już dawno było otwarte więc i ja się wydarłem, żeby najpierw sprawdziła zanim się przypierdoli czy ma do czego. I to był koniec, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Próbowałem za chwilę się zbliżyć do niej, nie pozwoliła. Z auta wysiadła bez słowa, poszła do domu. Zostawiła mnie bez jakiegokolwiek gestu. Pretensje, że nie wszedłem a pojechałem. Wróciłem rano, pokłóciliśmy się. Przyjechałem do niej trzy dni później. Niby dobrze, niby ok. Ale ciągle słyszałem zarzuty o chamstwo, o brak szacunku, o wszystko. Nawet o kurestwo, nie wiedzieć czemu. Zresztą o inne kobiety była cały czas chorobliwie zazdrosna. Sobie nie miała nic do zarzucenia. Znowu się pokłóciliśmy. Następnego dnia dalej bez zmian. Gryźliśmy się przez sms, aż do soboty. Pojechałem znowu. Pojechaliśmy razem na imprezę w plener, wróciliśmy. Znowu coś nie tak. I tak przez kolejne dni. Ja wracałem żeby naprawiać, i jak już się wydawało że jest dobrze, ona zawsze jakieś "ale" wymyślała. Kiedy dawaliśmy sobie szansę, obiecaliśmy jedno - szczere rozmowy o wszystkim, żadnych tajemnic. Złamała to już kilka dni później, ale milczałem. Bo mi zależało. Słowa miłości, wyznania, dobra atmosfera. Obiecaliśmy sobie być na dobre i na złe. Czas zweryfikował puste obietnice. Była tylko na dobre, bo kiedy trzeba było się dogadać, trzeba było być, zostałem sam. To ja byłem, jeździłem, naprawiałem. Jej słowa, kiedy mówiła że kocha, obietnice że zrobi wszystko żeby było dobrze, to tylko puste słowa. Jak obietnice wyborcze - kompletnie nieszczere i bez pokrycia. A jej miłość? Udawana. Kiedy się kocha, to się próbuje naprawić relacje jak coś idzie nie tak a nie rozpierdala wszystko o byle co. Bawiła się mną a nie kochała, szantażowała emocjonalnie a ja głupi jak zawsze dałem się oszukać.

Odcięła się ode mnie, zablokowała wszelki kontakt. Wszędzie. Kilka dni temu jak sie kłóciliśmy, zablokowała mnie na fb. Po dwóch dniach odblokowała. Po kolejnej kłótni to ja zablokowałem jako pierwszy. Szybko, zaraz. Awantura, że po co, ona nie zamierzała mnie blokować. Odblokowałem, zablokowała. Tyle prawdy w niej. Miód na języku a w sercu jad. Wbijając mi nóż w plecy pyta czemu krwawię...

Ostatni raz byłem u niej w sobotę rano. Jechałem cały dzień i noc żeby być u niej. Olałem pracę, rozładunki które miałem zrobić po drodze, pojechałem prosto do niej. Bo ona była ważniejsza. Chwilę porozmawialiśmy. Zarzuty o cokolwiek, byleby były. I ta satysfakcja w jej oczach kiedy mówiła, że ja się dla niej nie nadaję. Ta sama osoba której tyle razy pomogłem, dla której byłem kiedy potrzebowała, która wyciągałem nie raz z dołu. Dobrze, nie nadaje się. Powiedziała, że nie chce się kłócić i liczy na dobre relacje, takie jakie mam z moimi byłymi. Z moimi, kurwa, byłymi? A ile ich niby było? Jedna pomyłka z która zresztą kontakt mam zerowy. Odezwałem się do niej raz z informacją o jaką prosiła. Tyle mojej winy w kontaktach z byłymi. Chce mieć dobre relacje po tym, jak mnie wszędzie zablokowała. Chore. Relacje z "byłymi" mam dobre, bo się do siebie nie odzywamy. Nie mamy takiej potrzeby. I nie gniewamy się na siebie, rozstaliśmy się jak cywilizowani ludzie. Nie ma między nami emocji. Inaczej jest z nią. Tu emocje są zbyt duże z obu stron żeby było dobrze. Nie będzie. Za bardzo mnie skrzywdziła. Zawsze wszystko zrzucała na depresję. Ale nie wszystko można zwalić na chorobę. Zwykłe złośliwości to nie dzieło choroby. Wystroiła się na bóstwo. Wyglądała pięknie. Zapytałem gdzie się wybiera. Do roboty bo siostra robi imprezę i ktoś to musi przygotować. Ok. Ale za chwilę sama się wysypała, że jedzie tylko talerze zawieźć. Jak to, przecież mówiłaś że jedziesz do roboty? Ale ona robić nie będzie, może dziecka popilnuje. No trochę się kupy nie trzyma. Nie mogła po prostu powiedzieć szczerze że ma kogoś i że mnie już nie potrzebuje? Byłoby łatwiej i prościej. Powiedziałem tylko, że jej słowa o miłości to puste słowa, powiedziałem też dlaczego przyjechałem bo o to zapytała. Powiedziałem; bo mi zależy na Tobie i Cię kocham. Wyszedłem, nie będę się narzucał z tandetną, szczerą miłością. Niech żyje sobie w swoim zakłamanym świecie.

Gdybym zniknął niespodziewanie, wiedziałaby gdzie mnie szukać? Nie szukałaby nawet. Jak do tej pory. Ja wiedziałbym gdzie jest.

I na koniec taka oto myśl: Nikt nie jest kompletnie bezwartościowy. Zawsze można służyć jako zły przykład.

W każdym człowieku żyją dwa wilki. Zły i dobry. Walczą ze sobą. Człowiek jest taki, jak wilk który w nim wygrywa. A wygrywa ten wilk, którego się karmi. Ja pozostawiłem karmienie wilków jej. Jaki jestem, to jej dzieło.

I tyle na dziś.

Brak komentarzy

Najnowsze wpisy

...

 

Dzisiejszy zachód

 

Ostatnie słowo o...

 

Jej cynizm.

 

Samotność i marzenia.

 

Co dalej?

 

Czas jak rzeka...

 

Koniec.

 

Wszystkie wpisy