>
photoblog.pl
Załóż konto

"Kaltwasser, wtorek, 1944.

 

Dziś od południa padał drobny deszcz. Wszyscyśmy przemokli do suchej nitki. Pod wieczór mróz z wiatrem przenikał do szpiku kości. Każdy z nas drżał jak w silnej febrze. Nie zważałem jednak na nic i nadal pracowałem, aby się rozgrzać. Nie chciałem się poddać, choć było dla mnie oczywiste, że nie wytrzymam do fajrantu. Przekonałem się, że zasób sił człowieka jest bezgraniczny. Dziś zdałem egzamin z biernej wytrzymałości. Wytrzymam więcej bo muszę.

 

 

Kaltwasser, poniedziałek, 1944.

 

Dziś lora zabiła dwóch. W ogóle dziś dzień był ciężki. Przez cały czas deszcz siekł prosto w twarz. W powrotnej drodze do lagru wyrwałem się z szeregu, a wraz ze mną jeszcze kilku, i wpadliśmy na pole z burakami pastewnymi. Zdołałem wyrwać tylko jednego buraka - więcej nie mogłem, gdyż ręce miałem spuchnięte z zimna, a esesmani tłukli nas kolbami po głowach. Cudem tylko uszedłem cało. Więcej tego nie zrobię. Inni mają poharatane głowy. Więcej im w tej jednej chwili ubyło krwi, niżby uzyskali przy dobrym odżywianiu w ciągu miesiąca.

Nie mogę spać. Głód skręca mi wnętrzności i nie mogę rozgrzać nóg. W pięcie czuję kłucie. Zdaje się, że zbiera się ropa. Nie mogę dotknąć pięty. Może dostanę zakażenia i umrę. Daj Boże!

 

 

Kaltwasser, wtorek 1944.

 

Z wielkim trudem i w męczarniach przeżywam każdy dzień, który zdaje się trwać rok cały. Znów budzą nas o czwartej, a spać chodzimy między dwunastą a drugą. Od siódmej wieczorem jesteśmy w bloku, przemęczeni i brudni, gdyż wody przeważnie nie ma. Oczy nasze utkwione są w drzwiach. Każdy szelest na korytarzu sprawia, że wszyscy zrywają się ze swoich kojek w nadziei, że już niosą zupę i chleb.

Mijają godziny tęsknego wyczekiwania na jedzenie. Godzinami rozkoszujemy się myślą o jedzeniu. Planujemy, w jaki sposób dzielić chleb, aby nikt  nie poczuł się pokrzywdzony, aby nikt nie miał żalu, że dostał zbyt cienki kawałek chleba. Chleb nigdy nie jest równomiernie krojony - toteż jedni dostają większe, a inni mniejsze porcje. Niektórzy proponują losowanie, inni przygotowali prymitywną wagę, aby rozważać chleb na równe porcje. Są również propozycje, aby wybrać kogoś najsprawiedliwszego, kto będzie dzielił chleb, tak jak jest on ułożony na desce. Inni znów są za tym, aby rozdawać po jednym bochenku na cztery osoby, które same już sprawiedliwie rozdzielą go między sobą. Na tym tle trwają nieustanne kłótnie i spory, lecz gdy tylko chleb zostaje wniesiony do izby, każdy potulnie siedzi na swoim miejscu, drżąc z emocji i zniecierpliwienia. Wtedy oczy wszystkich są utkwione w chlebie, a każdy marzy tylko o jednym - aby do niego uśmiechnęło się szczęście w postaci największej, najładniejszej porcji. Teraz nikt nie odezwie się ani jednym słowem, aby nie narazić się kapo Kalińskiemu, który mógłby wydzielić najmniejszą porcję. Nikt nie odrywa wzroku od chleba. Jeden drugiemu spogląda przez ramię, aby się nasycić tym widokiem.

Pierwszy podchodzi Kaliński i wybiera cztery największe porcje: dla siebie, Kapitulnika, Kapłana i Katza - byłego szefa III rewiru Ordnungsdienst, obecnie sztubowego. Każdy spogląda na nich z udręką i życzy im, aby się tymi porcjami udławili. Teraz zaczyna się wymierzanie grubości swojego i sąsiadów kawałka chleba za pomocą źdźbła słomy. Żal ściska serce tym, którzy otrzymali mniejsze porcje. Rzadko kto ma tyle siły woli, aby powstrzymać się od natychmiastowego zjedzenia całej porcji chleba wraz z zupą; tymczasem porcja ta ma starczyć na całą dobę. Większość wygłodniałych ludzi zjada wszystko naraz, choć świadomość, że trzeba będzie pościć całą dobę, przyprawia ludzi o stan graniczący z obłędem. Każdy obiecuje sobie, że od jutra będzie już rozsądniejszy i odłoży część chleba na śniadanie, aby nie iść na czczo do pracy. Tymczasem nazajutrz historia powtarza się na nowo - i tak codziennie obiecujemy sobie, i co dzień pościmy, a przy pracy połykamy gorzką ślinę, pocieszając się myślą, że już niedługo, że już za dziesięć czy osiem, czy sześć godzin doznamy chwilowego uczucia błogiej sytości i wprost szczęścia przy spożywaniu kolacji.

W istocie żyjemy tylko i wyłącznie po to, aby jeść. Wszystkie nasze myśli obracają się tylko i wyłącznie wokół tych spraw. W czasie pracy o niczym innym nie myślimy. Podtrzymuje nas na siłach ta myśl, że już niedługo wieczór, a wraz z nim zbliża się pora jedzenia. Bicie, maltretowanie, znęcanie się, śnieg, mróz, deszcze - to nic, to przeminie, a wieczorem znów trochę tej ciepłej zupy z kawałkiem chleba i odpoczynek na kojce. Czasami, po zjedzeniu takiej kolacji przytomnieję na chwilę i widzę, jak nisko upadliśmy pod wpływem hitlerowskiego systemu tortur.

 

 

/ Za drutami śmierci / Abraham Kajzer

 

 

Dodane 19 MAJA 2026
130

Informacje o numerymowia


Inni zdjęcia: :* pattusia91gd:) pattusia91gd:* pattusia91gdZ panią ;* ns35:* pattusia91gdSpacer pattusia91gdZ kolegą ;) ns35;* ns35:* pattusia91gd;) pattusia91gd