>
Sama nie wiem, od czego zacząć. Zniknęłam na chwilę stąd, a w tym czasie wiele się zmieniło. Przepadłam w górach. To one stały się moją codziennością, moją ucieczką i moim lekarstwem. Każda niedziela zamieniła się w spotkanie z ciszą szlaków i surowym pięknem szczytów. Nie wiem, gdzie dziś byłabym, gdyby nie ta przestrzeń, w której mogę oddychać pełną piersią. Góry są moją terapią łatają pęknięcia w duszy, kiedy zawodowo i prywatnie wszystko sypie się w dłoniach. To tam przełamuję lęki, tam zbieram siły, tam uczę się ufać sobie, kiedy na dole tak łatwo w siebie zwątpić.
Zdrowie jednak coraz częściej wystawia rachunek. Tabletki stały się moim codziennym towarzyszem, a kręgosłup przypomina, że nawet najtwardsze skały z czasem się kruszą. Ale obiecałam sobie, że kiedy wrócę z urlopu zawalczę o siebie. Nie tylko o ciało, ale i o spokój w głowie.
A reszta? Trudno powiedzieć. W domu coraz częściej cisza staje się głośniejsza niż słowa. Między nami pękają mosty, których nie potrafię już naprawić jakby każdy gest zatrzymywał się w pół drogi. Brak wsparcia boli bardziej niż ból w plecach, a niedomówienia osiadają ciężarem większym niż plecak na szlaku. I choć w górach uczę się iść naprzód pomimo stromych podejść, to w relacji gubię drogę, jakby mapa dawno przestała istnieć.
"Może największe pytanie brzmi nie czy dojdę na szczyt, ale czy odnajdę siebie po drodze?"
Reszta cóż. Zobaczymy, dokąd mnie poniesie.