Dzisiejszy poranek zaczął się dla mnie zaskakująco pogodnie. Obudziłam się o ósmej dwadzieścia i tym razem nie zrobił tego budzik ani żaden hałas za oknem. Winowajcą okazał się po prostu pełny pęcherz. Kiedy już wstałam z łóżka, doszłam do wniosku, że nie ma sensu ponownie się kłaść. Czasami dzień sam podejmuje za nas decyzje i chyba właśnie tak było dzisiaj. Zaparzyłam sobie coś do picia, usiadłam w ciszy i przez kilka minut po prostu patrzyłam przez okno. Lubię takie spokojne poranki, kiedy nic mnie nie pogania i mogę zebrać myśli.
Wszystko wskazuje na to, że czeka nas kolejny dzień tropikalnych upałów. Wiele osób pewnie narzeka na wysokie temperatury, ale ja mam dzięki nim bardzo wygodną wymówkę, żeby zostać w domu. Nigdy nie przepadałam za skwarem. O wiele bliższe mojemu sercu są jesienne mgły, chłodne poranki i zimowe wieczory. Gdy za oknem termometry pokazują ponad trzydzieści stopni, nie mam najmniejszej ochoty wychodzić z mieszkania. Wolę zasłonić rolety, usiąść przy komputerze albo z książką i przeczekać najgorszy żar.
Prawda jest jednak taka, że to nie tylko upały zatrzymują mnie w domu. Ostatnio coraz mniej lubię wychodzić na spacery. Jeszcze kilka tygodni temu bardzo tęskniłam za nimi, marzyłam o chwili, kiedy znowu będę mogła spokojnie przejść się po okolicy z Radkiem. Kiedy w końcu zaczęłam wychodzić, wydawało mi się, że będzie już tylko lepiej. Tymczasem zauważyłam, że moja chęć do spacerów znowu osłabła.
Myślę, że dobrze wiem, skąd bierze się ten opór. Chodzi o moją porażoną twarz. Chociaż staram się o tym nie myśleć przez cały dzień, gdzieś z tyłu głowy wciąż siedzi myśl, że ludzie mogą na mnie patrzeć. Pewnie większość z nich nawet nie zwraca na mnie uwagi, ale moja wyobraźnia często podpowiada mi zupełnie inne scenariusze. Wiem, że sama jestem wobec siebie znacznie bardziej krytyczna niż przypadkowi przechodnie, a mimo to trudno całkowicie uciszyć ten wewnętrzny głos.
Od ponad miesiąca każdego dnia obserwuję swoją twarz. Czasami wydaje mi się, że nic się nie zmienia. Innym razem mam wrażenie, że dostrzegam coś nowego. Dzisiaj znowu poczułam coś, co daje mi odrobinę nadziei. Może tego nie widać w lustrze. Może nikt poza mną nie byłby w stanie tego zauważyć. Ale kiedy próbuję się uśmiechnąć, mam wrażenie, że mój prawy policzek delikatnie drży.
To bardzo subtelne uczucie. Tak delikatne, że sama zastanawiam się, czy nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni. A jednak pojawia się coraz częściej. Nie umiem tego dobrze opisać. To nie jest normalny ruch mięśni, ale też nie jest całkowity bezruch, który pamiętam z pierwszych tygodni choroby. Jakby coś próbowało się obudzić. Jakby nerw bardzo nieśmiało przypominał sobie drogę, którą kiedyś pokonywał bez najmniejszego wysiłku.
Nie chcę jednak zbyt mocno się na tym skupiać. Już nauczyłam się, że nadzieja potrafi być piękna, ale również bardzo bolesna. Gdy człowiek oczekuje spektakularnych efektów z dnia na dzień, łatwo się rozczarować. Dlatego tym razem staram się zachować spokój. Nie nastawiam się na cud jutro ani za tydzień. Wolę cierpliwie czekać i przyjmować każdy, nawet najmniejszy sygnał jako coś dobrego.
Wierzę, że za kilka miesięcy moja twarz wróci do normy. Nie wiem, czy stanie się to jesienią, zimą, czy może jeszcze później. Nie mam na to żadnego wpływu. Mogę jedynie uzbroić się w cierpliwość i pozwolić organizmowi robić swoje. Czasami przypominam sobie, że ciało potrzebuje czasu na regenerację, a nerwy nie spieszą się tak jak nasze myśli. One mają własne tempo i nie da się go przyspieszyć samym pragnieniem.
Mimo wszystko czuję, że dzisiejszy dzień rozpoczął się inaczej niż wiele poprzednich. Nie było we mnie tego ciężaru, który często towarzyszy mi od rana. Zamiast niego pojawił się spokój. Może to właśnie takie drobiazgi mają największe znaczenie. Pogodny poranek, kilka minut ciszy, subtelne drżenie policzka i przekonanie, że jeszcze nie wszystko jest stracone.
Na razie zostanę w domu. Nie będę walczyć z upałem ani zmuszać się do spacerów tylko dlatego, że powinnam wyjść. Przyjdzie jeszcze czas na długie przechadzki, kiedy powietrze stanie się chłodniejsze, a ja odzyskam większą pewność siebie. Jesień zbliża się nieuchronnie, nawet jeśli dziś trudno w to uwierzyć. A razem z nią, mam nadzieję, przyjdzie również kolejny etap mojego zdrowienia. Do tego czasu pozostaje mi cierpliwość, wiara i uważne dostrzeganie tych maleńkich zmian, które dla innych mogą być niewidoczne, a dla mnie znaczą naprawdę bardzo wiele.
Tylko obserwowani przez użytkownika mrocznymesjasz
mogą komentować na tym fotoblogu.
10 godz. temu
11 godz. temu
12 godz. temu
12 godz. temu
23 godz. temu
23 godz. temu
23 godz. temu
1 dzień temu
Wszystkie wpisy