Photoblog.pl

Załóż konto

Dogonić ultramarzenia (; 

2017/10/16   

 

« następne   poprzednie »

9 km do setki, czyli tej pani już podziękujemy...

14/15 października miał miejsce u nas między Łodzią a Pabianicami w lesie Karolewskim w miejscowości Róża w gminie Dobroń jedyny, niepowtarzalny 24-godzinny ultramaraton w centrum Polski !! I to nie byle jaki 24-godzinny ultramaraton. Formuła biegu była taka, że startowaliśmy z miejsca, w którym mieliśmy tzw bazę zawodów i gdzie wracaliśmy po przebiegnięciu każdej 13-kilometrowej, leśnej pętli czyli przy OSP Róża. W tym też miejscu znajdował się punkt pomiarowy odliczający nasze okrążenia. W tym również miejscu mieliśmy udostępnioną salę noclegową oraz jadalną. Nie był to jedyny punkt pomiarowy. Drugi punkt znajdował się na około 8. kilometrze trasy, a po drodze na około 4. kilometrze znajdował się punkt nawodnienia obsługiwany przez umundurowanych wolontariuszy, którzy rozbili tam swoje obozowisko. Ze swojej strony mogę napomknąć jedynie, że nie planowałam tego biegu. Na tydzień przed biegiem w rozmowie z Agatą szukałam jeszcze każdej możliwej wymówki, ale każdy mój argument był inwalidą odbijała je jak piłeczkę w ping-pongu. Nie miałam wyjścia. Z drugiej strony chęć pokonania po raz pierwszy w życiu stu kilometrów po nieudanym starcie miesiąc wcześniej w Krynicy była dość kusząca ;DD Uległam. Zapisałam się i nadszedł ten dzień, nie wiadomo kiedy, gdy stałam w sobotę rano w biurze zawodów i odbierałam numer na całodobowy bieg ;0 Wystartowaliśmy o godzinie 11:00 w sobotę. Na pierwszym okrążeniu, zanim jeszcze się rozciągnęliśmy wciąż było dużo ludzi, było dość gwarno i zabawnie. Wiadomo, pierwsze kółko, można obejrzeć trasę, zrobić rekonesans, zobaczyć czego się można spodziewać. Od drugiego okrążenia trzeba było zacząć zapamiętywać miejsca na trasie, żeby nocą się nie pogubić. Zastanawiałam się jak to będzie jak będę nocą sama w ciemnym lesie... Początkowo moja taktyka była taka, że dawałam sobie półtorej godziny na okrążenie i tego się trzymałam. Po każdym okrążeniu schodziłam do bazy, zaliczałam toaletę zależnie od potrzeby, uzupełniałam płyny i zabierałam jedzenie. Na pierwszym okrążeniu jeszcze nie jadłam, na drugim zjadłam rodzynki, na trzecim banana, a na czwartym pół bułki z serem żółtym i dżemem. Na każdym okrążeniu wypijałam pół litra płynów. I tak cztery kółka poszły zgodnie z planem i po sześciu godzinach miałam na liczniku 52 km. Przestałam się spieszyć, na każde kolejne kółko dawałam sobie po dwie godziny, bo czułam już nogi, a byłam na półmetku założonego celu. Po piątym kółku zaplanowałam dłuższą przerwę. Takim sposobem po 8 godzinach miałam 65 km w nogach, była godzina 19:00 i pozwoliłam sobie zrobić do godziny przerwy. Do celu pozostały trzy kółka. Byłam spokojna, ale zdeterminowana do pokonania 100km, choćbym miała te trzy kółka przejść pieszo do 11:00 dnia następnego ;p podczas tej godzinnej przerwy zjadłam naleśnika z dżemem własnej roboty, trochę czekolady, ciasto, które przywieźli mi przyjaciele, którzy odwiedzili mnie około 40-stego kilometra zmagań, wypiłam dwie herbaty i zebrałam się powoli, by wyruszyć dalej na szóste okrążenie, była godzina około 20:00 i dalszy plan zakładał kolejne dwa kółka do północy. W tym momencie popełniłam pierwszy błąd i przestałam trzymać się własnego planu. Plan zakładał, że na długiej przerwie przebiorę się w ciuchy na noc na chłodniejszą temperaturę, a ja uznałam, że jest ciepło przecież i biegłam dalej na krótko. To było raczej moje mylne odczucie ponieważ będąc w biegu byłam rozgrzana i nie miałam tak realnego i rzeczywistego odczucia temperatury, ale czułam się dobrze. Na kolejnym kółku nic nie jadłam prócz dwóch tabletek z dekstrozy i nawadniałam się trawiąc słodkości pochłonięte w przerwie. Przed 22:00 zameldowałam się w bazie mając na koncie 78 km i czułam się naprawdę świetnie. O 22 wyruszyłam na siódme kółko. Jak się okazało dwie godziny później moje ostatnie. Zapewne przez moje zmęczenie już tutaj i nieuwagę wychodząc na siódme okrążenie nie byłam jeszcze głodna i nie wzięłam jedzenia popełniając swój drugi błąd. Opuszczając bazę czułam się naprawdę dobrze, ale po 4. kolejnych kilometrach biegu zaczęły opuszczać mnie siły, coś zaczęło przewracać mi się w żołądku, od tego momentu już nie biegłam. Podczepiłam się pod dwóch maszerujących panów i energicznym marszem dotarłam z nimi do punktu pomiaru czasu na 8. kilometrze. Potem szłam przez chwilę sama, miałam ochotę zwymiotować, poczułam się źle. Starałam się trzymać takie tempo marszu, żeby zawsze jakiś człowiek był w zasięgu mojego wzroku przede mną czy za mną. Miałam jeszcze 5 km do bazy, żarty się skończyły, musiałam tam dotrzeć, nie mogłam zostać sama w ciemnym lesie. Tylko spokój mnie ratował i marsz w kierunku bazy. Około północy dotarłam do bazy. Byłam wycieńczona. Nawet nie wiem jak to się stało, ale moja nieuwaga i te dwa błędy, które popełniłam spowodowały, że w ciągu dwóch godzin wyziębiłam się i prawie odwodniłam. Gdy dotarłam do bazy poszłam do toalety. To niesmaczne, ale na przemian wypróżniałam się i wymiotowałam, mój żołądek zaczął strajkować. Nie wiedziałam czy mam siedzieć na sedesie czy przy nim klęczeć, choć klęczeć za bardzo nie mogłam, bo bolały mnie nogi. Teraz się z tego śmieję, ale w tamtym momencie nie było mi do śmiechu. Wyszłam z toalety, w lustrze zobaczyłam, że jestem biała jak papier, zalana zimnym potem. Ledwo stałam na miękkich nogach. Wyszłam i zobaczyłam chłopaka z obsługi biegu, bałam się, że zaraz upadnę, wybełkotałam tylko do niego, że jest źle i po chwili leżałam już w karetce. To nie mogło się tak skończyć. Miałam w nogach 91 km, ledwo połowa czasu minęła i utrzymywałam 3 pozycję wśród pań i co? to miał być koniec? Leżałam w karetce, miałam drgawki, nie mogłam się ruszać, bełkotałam zamiast mówić i chciało mi się wymiotować. Półprzytomna słyszałam jak ratownicy dyskutują czy podać mi glukozę czy tlen, bo saturacja spada. W mojej głowie: "saturacja sracja. Ja muszę jeszcze jedno kółko zrobić" ;p po czym ledwo usiadłam i znów zwymiotowałam nie nadawałam się do biegu. Panowie oznajmili mi, że muszę zacząć przyjmować pokarm i płyny albo pojadę do szpitala na kroplówkę. Głowa "do jakiego szpitala?? Ja muszę jeszcze jedno kółko" ;p Przenieśli mnie na sale noclegową, dali czekoladę i herbatę, przyjęłam trochę i od razu zwróciłam. Mój organizm nie chciał nic przyjąć. Dali mi coca colę. Musiałam ją wypić i odpoczywać. Chyba zasnęłam. Obudziłam się po trzech godzinach wyjętych z życiorysu. Byłam już rozgrzana, nabrałam kolorów i apetytu oraz byłam w stanie usiąść i zdjąć buty. Poszłam nawet po makaron z mięsem i zaczęłam jeść. Głowa: "Jeszcze jedno kółko." Pojawił się pan z karetki "Pani nie wychodzi" Ja: ehe. Głowa: Akurat. Jeszcze jedno kółko. Tak minął mi czas do czwartej nad ranem. Ustawiłam budzik na 6:00 i postanowiłam się jeszcze przespać. Wstałam o 6, ale wiedziałam już, że mimo, że czas mam do 11 to już koniec mojego biegu, że życie i zdrowie jest dla mnie ważniejsze i że nie wrócę na trasę biegu. Że nie będzie upragnionej setki, choć było tak blisko. Pogodziłam się z tym i po 8 poszłam oddać czip i odebrać medal. Nie obyło się bez łez i uścisków głównego organizatora Piotra, któremu jestem ogromnie wdzięczna za wkład i organizacje jednego z najlepszych i najfajniejszych biegów w jakich miałam okazję brać udział. Do końca czasu spadłam z 3. miejsca na 7., a w swojej kategorii z 1. na 2. Mimo, że tak naprawdę nie ścigałam się z dziewczynami, tylko głównym celem było pokonanie po raz pierwszy w życiu 100 km, a potem bez ciśnienia tyle na ile starczy sił, to czuję się wygrana i jednocześnie przegrana w tym biegu. Wygrana, bo po czerwcowym Rzeźniku (82km) pobiłam swój rekord dystansu oraz przegrana, bo nie osiągnęłam swojego celu i nie pokonałam magicznej granicy trzech cyfr (; i tak to się dla mnie skończyło na 91 kilometrach i po 13 godzinach biegu (;
Krótko nawiążę do organizacji biegu. Mogę w pełni świadomie polecić tą imprezę każdemu biegaczowi dla spróbowania swoich sił w ultra. Impreza świetnie zorganizowana, na bardzo wysokim poziomie. Niczego nie brakowało jeśli chodzi o bufet bardzo bogaty, trasa bardzo dobrze oznaczona zarówno w dzień wstążkami, jak i w nocy odblaskami, zabezpieczenie medyczne sprawdzone na własnej skórze ;DD Do niczego nie mogę się przyczepić i jeśli będzie mi dane to z chęcią wrócę tutaj za rok po więcej ;DD
Z biegowym pozdrowieniem,
Wasza Kejt, Młoda Gazela ;DD
1 komentarz
piotr - 16/10/2017 17:48:40
Kasiu, to ja Piotr Dyrektor (głównym organizatorem było Stowarzyszenie Wszystko Gra - Pabianice), powtórzę raz jeszcze: to właśnie jest ultra! Piękne ale i bezlitosne. Trzymaj się i pamiętaj, że to doświadczenie sprawi, że staniesz się jeszcze silniejsza. Pozdro i do zobaczenia!

Najnowsze wpisy

Wpis mlodaxgazela

 

Wpis mlodaxgazela

 

Wpis mlodaxgazela

 

Wpis mlodaxgazela

 

Wpis mlodaxgazela

 

Wpis mlodaxgazela

 

Wrocław

 

Rzeźniki ;DD

 

Wszystkie wpisy