Photoblog.pl

Załóż konto

Szpetni Dwudziestoletni. 

2016/08/25   

 

« następne   poprzednie »

Mamy koniec sierpnia, uczę się swobodniej dysponować swoim czasem. Coś trzeba zrobić z trzema dniami wolnego tygodniowo. Dzisiaj poszłam nad Wisłę. Próbowałam czytać esej Munklera z Przeglądu Politycznego. Pierwszy raz mam w rękach to pismo, sztuczne fiołki wstawiły cytat dotyczący Kasandry jako figury intelektualisty. Od zawsze miałam słabość do tej postaci, wiedziałam, że muszę zdobyć ten magazyn. Ostatnio zresztą potrzebuję wielu magazynów, artykułów i nowych odkryć. Staram się zrekompensować czymś brak studiów. Boję się, że wypadnę z obiegu, stanę się niezdolna do czytania naukowych tekstów. Miałam dwa razy w miesiącu chodzić do czytelni, ale przestraszyłam się ludzi, których mogłabym tam spotkać. Moja niepewność siebie zdobywa nowe, nieznane dotąd lądy - boję się, że ktoś mnie przyłapie na dziale filozoficznym w księgarni. Albo tego, że ktoś w czytelni zapyta czego się uczę i czy idę na doktorat, a na moją odpowiedź, że robię to dla samej siebie popatrzy na mnie jak na wariata. To takie śmieszne, ale wciąż odczuwam wstyd. Nie dostałam glejtu na swoją wiedzę. A przynajmniej nie na swoje zdolności do zrozumienia filozofii. Na blogu WeShalom przeczytałam o badaniach, według których powtarzanie dzieciom kiedy coś osiągną, że są mądre jest złym pomysłem. Dzieci te radzą sobie gorzej, nie wierzą w siebie i często rezygnują z trudniejszych zadań z obawy, że ktoś tej mądrości im odmówi. Właśnie tak działa moje życie. Co prawda jestem świadoma, że zdobywanie wiedzy jest procesem, a inteligencję można (i trzeba) rozwijać. Ale gdzieś w środku ten dziecięcy, irracjonalny lęk pozostaje. I wstydzę się nawet kolejnych prób czytania książek filozoficznych, bo przecież na studiach spisano mnie na straty, jeśli o to chodzi. W ogóle trochę przeraża mnie świat po studiach, głównie ze względu na fakt, że pozostaję w jego orbicie. Wciąż mam zamiar chodzić na spotkania, dyskusje, festiwale. Ale myśl, że będę tam już w innej roli wywołuje we mnie pewien dyskomfort. 

 

Staram się przekonać samą siebie, że jeszcze bardziej niż dotąd osobisty i prywatny, ukryty wręcz, niepubliczny rozwój jest lepszy niż zżymanie się na system podczas studiów trzeciego stopnia. Moje zainteresowania nie wyparują - przynajmniej dopóki nie będę zmuszona do pracy na dwóch etatach. Rajska wciąż na mnie czeka z otwartymi ramionami. A jednak z tyłu głowy słyszę ten nieznośny głosik: wpadam w kliszę. Co ze mnie za feministka skoro nie potrafię walczyć o samą siebie? Dlaczego pozwalam wygrać wstydowi? Przecież wiem, że jakaś część mnie zawsze będzie tego żałować. A jednak włącza się we mnie destrukcyjny pęd i autoagresja. Na razie więc odpuszczam, próbuję wymościć sobie miejsce w życiu takim, jakie jest. Biorąc rano prysznic przeszło mi przez głowę, że jestem pierwszym pokoleniem, które nie poczyniło żadnego postępu w stosunku do swoich rodziców. Moja mama skończyła więcej kierunków i do tego zrobiła podyplomówki. Ja podziękowałam po magisterce i cieszę się z posiadania marnej wypłaty. Zapełniam wynajmowany, współdzielony pokój kolejnymi książkami. Nie wiem w co inwestuję. Zawsze byłam pewna, że to, co w głowie jest najważniejsze. Że ciągły rozwój jest podstawą, kluczem, sensem. Ale teraz patrzę na świat i nie wiem. Robię to, bo wciąż wierzę, to jest ważne i zawsze będzie. Ale co warta jest samoświadomość i twój umysł skoro nikomu to nie służy? Jak można być twórczym w takich warunkach; pełnego przekonania, że to bez sensu (w jakim utrzymują nas władze). Przebrnęłam przez 900-stronicową ksiażkę Zinna, która robi to, co robią najlepsze książki: przemeblowuje ci głowę, zmienia sposób postrzegania, wyostrza krytyzcyzm. Ale wbrew nadziejom autora nie niesie nadziei ani poczucia sprawczości. Co za gorzki morał po tym wszystkim.

 

A jednak kiedy włóczyłam się po słonecznym mieście bez konkretnego planu, pozwalając sobie błądzić i zminiać zdanie, czułam się w swoim życiu dobrze i swobodnie. Na słuchawkach miałam Taco Hemingwaya (idziemy na koncert! oto nadeszły czasy, w którym jestem jedną z najstarszych osób na sali), w torbie kilka książek. Krążyłam między sklepami, kawiarniami i Plantami. Poszłam na wystawę Maxa Ernsta - bez przekonania. Była świetna. Dlaczego nikt dzisiaj nie ilustruje tak książek ?!? Byłam pod wrażeniem jego poczucia humoru, wyobraźni, użytych kolorów i technik. Najbardziej zachwyciły mnie ciemne, wyraziste prace, szczególnie te na drewnie. Las, który zawsze był w jego pracach niepokojący i hipnotyzujący - niesamowite. W tym wszystkim jakaś część mnie analizowała samą przestrzeń wystawową - zawsze jestem pełna podziwu dla aranżacji wystaw w MCKu. Kolor ścian, drobiazgi, dobór cytatów etc. Po kilku latach w MOCAKu jestem bardzo na to wrażliwa. Po raz kolejny MCK zdał egzamin, udało im się stworzyć "ten" klimat, a same prace uwodziły odbiorcę. Szkoda, że zabrałam się za to tak późno - mam ochotę tam wrócić. To pierwsza od wielu miesięcy wystawa, na jakiej byłam. Zapomniałam już jak dobrze chodzi się po muzeach. Jaki spokój to przynosi. Zahaczyłam jeszcze o księgarnie naukową, wyszłam z książką (strach mówić która to już w tym miesiącu) i wróciłam do mieszkania pełna zadowolenia na myśl, że przede mną już tylko czytanie...

1 komentarz
katy  - 25/08/2016 17:41:46
ZAPRASZAM DO SIEBIE! NAJLEPSZE CIUCHY H&M, BERSHKA, ZARA ITD. - NOWE LUB W IDEALNYM STANIE! SUPER JAKOŚĆ I NISKIE CENY. PS. OBS ZA OBS? ;)

Najnowsze wpisy

Wpis matrioszka

29/12/2016 16:28:41

Wpis matrioszka

19/11/2016 15:15:31

Wpis matrioszka

04/11/2016 22:41:12

Wpis matrioszka

15/10/2016 23:13:18

Wpis matrioszka

03/09/2016 20:16:27

Wpis matrioszka

25/08/2016 17:39:21

Wpis matrioszka

15/08/2016 15:42:44

Wpis matrioszka

27/07/2016 22:43:04

Wszystkie wpisy