Photoblog.pl

Załóż konto

________ 

2017/08/28   

dalej

« następne   poprzednie »
dalej

Witajcie po przerwie! 

Jak mnie nie było to kupiłam samochód, poznałam chłopaka o imieniu Jamie, odbyły się dwa Balcony Gigs w Cobo Bay oraz wymyśliłam przeznaczenie dla mojich zarobionych milionow - wycieczkę do Ameryki Południowej na początku przyszłego roku :D . Aktualnie niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba.

Samochód to jest wolność, możesz jechać gdzie chcesz i robić wszystko co ci sie żywnie podoba i o każdej porze. To ten rodzaj wolności, której bardzo potrzebuje. Nie cierpię być uzależniona od głupich czynników zewnętrznych takich jak rozkład jazdy autobusów lub to jaką prędkością i trasą się poruszają. Nienawidzę publicznego transportu od zawsze. Nie ma większej swobody niż wskoczenie do swojej furki i jazda, nawet jeśli mówimy o kraju, w którym maksymalna prędkość to 35 mil na godzine :).  

Mam go już gdzies tak miesiąc i od samego poczatku chciałam napisać o nim notkę, ale zaczęłam spotykać sie z kolesiem i to pochłania mój cały wolny czas..  

W pierwszym tygodniu zgarnełam 3 mandaty za parkowanie. Pierwszy - nie miałam zegara parkingowego, bo nie wiedzialam ze musze go mieć, kumacie, wypowiadam się jako totalny laik. Wszystkie parkingi są tu ograniczone czasowo. Nie wiedząc o tym normalnie zaparkowalam i sobie poszłam. A powinnam zostawić ustawioną godzinę wyjścia widoczną dla kogoś kto to sprawdza. Po pierwszym mandacie chciałam sie wycwanić i pisalam godziny opuszczenia pojazdu na kartce którą zostawiałam za szybą. Jeden parking byl dostepny tylko 10 godzin, a ja przebywałam tam troche dluzej, ale po dziesieciu godzinach specjalnie przyszłam i zmienilam godzine. Niestety ktoś sie zorientowal i zostawil mi dwa mandaty naraz z notką: "pojazd stoi tu od godziny 12 w nocy. teraz jest 12 w dzien i godzina na zegarze jest zmieniona"  szuje! pierwszy mandat przeżyłam, ok, pierwsze podejscie do jazdy w obcym kraju, nie wszystko musze wiedziec na poczatku itp, ale te dwa kolejne mnie wkurzyły. Muszę pójść gdzieś pod adres z mandatu żeby im nawrzucać, że nie wystawia się jednego mandatu po drugim w odstępie zaledwie kilku minut! Niestety pracuję tak dużo, że jeszcze nie miałam czasu na wszczęcie afery. 

Drogi sa tu tak wąskie, że jeździ się po krawężnikach i chodnikach i to jest ok, zgodne z prawem. Ani razu nie użyłam ani czwartego ani piątego biegu. Wszystko jest po innej stronie, nie tylko kierownica, ale też włączanie świateł / wycieraczek co ciągle mi się myli i jak zaczyna padać deszcz to ja zamiast uruchomić wycieraczki to wyłączam światła lub włączam kierunkowskazy. 

Mój samochód jest z Malezji, nazywa się Perodua Nippa i nikt nigdy wcześniej nie słyszał tej nazwy, wiem. Kosztował 100 funtów, a ubezpieczenie 230. Jeździ jak narazie sprawnie, nigdy nie gaśnie, rusza nawet z trójki :P a biegi wchodza lepiej niż w mojej naprawionej skrzyni biegów w Saxo :P  Po odpaleniu jest głośny jak ciężarówka. Moje koleżanki Filipinki w pracy nie mogły uwierzyć jak usłyszaly że go kupilam. Po chwili cała praca wiedziała, że Dominika jezdzi samochodem. Żadna z dziewczyn u mnie w pracy nie ma prawa jazdy, nie wiem, chyba na Filipinach kobiety nie prowadzą, i wytrzeszczali na mnie oczy, serio!! Przez tydzień wszyscy do mnie podchodzili i zagadywali: "soooo, eeeee, you have a driver licence? what kind of licence? is it proper one?" . Hahaha rozwalało mnie to, proper driving licence. Ale później kolega powiedział mi, że on nie może tu prowadzić na swoim filipińskim prawku i musiałby je jakoś przerobić na europejskie. Co więcej, odkąd mam samochód współpracownicy chyba zaczeli mnie trochę bardziej szanować. Może to jakas moja schiza, ale tak czułam, że patrzą na mnie inaczej odkąd podwiozłam gdzieś kogos z nich raz czy dwa. 

Tak jakby wcześniej brali mnie za jakiegoś złamasa z głową w chmurach, ale odkąd dotarło do nich że jeżdże samochodem to zaczęłam być trochę bardziej powazna w ich oczach. Pracuję tu już chyba ze cztery miesiące, nawet nie mam czasu żeby to policzyć i nareszcie czuje, że wpasowałam się w ich klimat. Oni już się nauczyli mnie, a ja nauczylam sie ich i jest wygodniej po tych czterech miesiącach.  Bywały kłótnie, momenty grozy i afery, musiałam trochę powalczyć o swoje i wyraźnie do nich wszystkich (włącznie z bosem i menagerem) powiedzieć czego od pracy oczekuję i co chcę robić. Dotarło. Już nie wrzucają mnie tylko na te beznadziejne zmiany w kuchni jako food runner. Po tygodniach walk pozwolili mi przyjmować zamówienia (tak jakby to było jakies super fucking complicated, daaamn) , wydaje mi się, że nawet idą mi trochę na rękę bo zorientowali się, że dostaje szajby jak  przez kilka dni pod rząd muszę robić te same rzeczy, więc codziennie przydzielają mi inne obowiązki :P . Czasem jestem za barem na tarasie, czasem normalnie kelnerką w restauracji, czasem na tarasie, czasem biegam z jedzeniem, czasem obsługuje imprezy typu wesela np. jako nalewak prosseco (przez caly wieczor nalewam prosseco ludziom przechozącym przez drzwi) czasem przez pół zmiany składam serwetki co bardzo mnie odpręża i lubię sobie posiedzieć 2 godziny w ciszy i klimatyzacji, gdy na zewnątrz jest szał tropików, a co za tym idzie tabaka tak jak dzisiaj :). Ogólnie im dłużej pracuję tym lepiej się czuję. Poczyniłam takie obserwacje. Niedługo po moim spostrzeżeniu boss powiedzial: " you really like music, isnt it? so i think that Doghouse will be the best place to work for you when we close tarrace!"

Bang! Boss jest bossem nie tylko w Cobo Bay Hotel, ma też drugi czterogwiazdkowy hotel Farmhouse oraz taki imprezowy pub, z kuchnią i  muzyką na zywo kilka razy w tygodniu, ktory nazywa się Doghouse. Lato dobiega końca, dwie osoby ode mnie z tarasu wracają na Filipiny, a część z nas zostaje przerzucona do Doghouse/ Farmhouse, bo jak nie będzie tarasu to Cobo Bay potrzebuje o połowę obsługi mniej :( . Wybrali dla mnie doghouse, może to faktycznie dobre miejsce, tam sa ciągle koncerty, będę sobie codziennie śpiewac i tańczyć. Jedyne co mnie w tym wszystkim martwi to fakt, że... dopiero co nauczyłam się współpracy z tą całą bandą filipinsko - portugalsko - austriacko - węgiersko - angielską. Oni mnie zaakceptowali i przyjęli. Czasem się czepiają, ale już jestesmy ziomkami i ja tez moge sie czasem przyczepić :P Ogólnie czuję, że sie lubimy. A tu taka niespodzianka, że za miesiąc czy tam półtora lato sie skończy, zamkną taras, a ja będę musiała  wczuwać sie w jakąś grupę na nowo. Są pozytywy - my się znamy ze stuffem z Doghouse i z Farmhouse. Z różnych eventów, na które nas razem wrzucali, czasem za stuff housów, bo ktos tam z kims mieszka, generalnie obsługa z tych trzech miejsc to jedna wielka rodzina. No i wniosek z tego taki, że nikt nie planuje mnie wywalić. uffffffff.

Zachody słońca w Cobo Bay należą zdecydowanie do najładniejszych, jakie moje oczy podziwialy. Jak jest ładny i ciepły dzień i nadchodzi godzina serwisu wieczornego, czyli szósta wszystkie miejsca bardzo szybko się zapełniają, bookingi się sypią i dlatego wieczorami jesteśmy najbardziej busy ever. Jest taki moment, w którym te 50 czy 100 osób aktualnie spożywających to i owo na naszym tarasie kompletnie przestaje zwracac uwagę na to, co sie dzieje na ich stoliku - czy kelner przyniósł im jedzenie, czy przyszedł zapytać o kolejnego drinka, czy coś do nich mówi, whatever - 10 min w ciągu każdego wieczora, kiedy ci wszyscy ludzie w ogóle cię nie widzą. Głowy mają zwrócone ku morzu, częśc z nich zaczyna wstawać i podchodzić bliżej, czasami całe stoliki nagle znikają na chwilę, 90% gości wyciąga telefony lub wcześniej przygotowane specjalnie na tę chwilę lustrzanki i zaczyna szaleńczo robić sesje zdjęciowe... zawsze, kiedy słońce zaczyna opadać i wszędzie robi się pomarańczowo :) . Ja się tym ludziom wcale nie dziwie. Codziennie zachwycam się tym widokiem tak samo. 

W dniu w którym boss powiedział mi, że widzi mnie w Doghouse poczułam ukłucie żalu, że skończa się te codzienne seanse ze słońcem na czele i postanowiłam nie być frajerem ciągle biegającym z tacą nadskakując tym wszystkim radującym sie zachodem słońca ludziom i zarezerwowac stolik dla siebie i mojej randki! Dzisiaj mam wolny wieczór, akurat nie jestem pokłocona z Jamie'm i jest piękna pogoda. Taka kombinacja może się już nie powtórzyć w tym sezonie! Wybrałam dla nas najlepszy stół, z najlepszym widokiem, ale jednak nie na środku, tylko troszkę na uboczu. Także będziemy trochę mniej widoczni z baru a więc bardziej incognito. W końcu zjem seafood linguini, czyli moją ulubioną potrawę z Cobo Bay, którą zawsze polecam wszystkim gosciom i zaznaczam, że to moje ulubione danie, mimo, że nigdy go nie jadłam... Jestem zajarana tak, że hej! 

Bylam już w kilku restauracjach na Guernsey, zawsze wybieram dobre, polecane, niby czołowe. I w żadnej nie przezyłam tego, co przeżywam codziennie u mnie w pracy około godziny 7.30 wieczorem. Chyba chodzi o to, że nie ma lepszego miejsca na kolację niż Cobo Bay. Moje wszystkie potrzeby estetyczno wizualne są zaspokajane, a jak dorzucę do tego pyszne jedzenie - będzie perfekcyjnie! 

 

 

Brak komentarzy

Najnowsze wpisy

.

 

The Doghouse

 

było jeżdżone.

 

Congratulations!

 

dalej

 

niby coś, ale wciąz nic

 

Moje życie w Cobo Bay

 

Easy :)

 

Wszystkie wpisy