>
Od kilku tygodni wracam do wspomnień z 2019 roku, nie mogę przestać, a próbuję. Jakby ktoś zostawił otwartą szafkę w moim mózgu i wszystko zaczęło wypadać. Sceny, momenty, zapachy, twarze. Dwóch mężczyzn, za dużo adrenaliny i ja, wersja, która myślała, że wszystko rozumie (lol) a w rzeczywistości ledwo trzymała się na powierzchni. Niby jestem starsza, mądrzejsza, bardziej ułożona, ale wystarczy jedna piosenka z tamtej epoki, jedno zdjęcie, jeden głupi snap, żeby wróciło wszystko, jakby nigdy nie odeszło.
Patrzę na siebie z tamtych lat i widzę dziewczynę, która biegła szybciej, niż potrafiła oddychać. Dziewczynę, która wierzyła, że jak ktoś ją podniesie nad ziemię, to już nigdy nie upadnie. Dziewczynę, która myślała, że napięcie seksualne to znak, a czułość to obietnica.
I czasem tęsknię za nią. Za tą naiwnością, bo byłam naiwna niesamowicie. Za tym sercem, które waliło przy każdym dotyku. Za tą wersją mnie, która potrafiła zakochać się w pół sekundy, bo ktoś się do niej uśmiechnął.
Ale z drugiej strony, hm... Cieszę się, że już nią nie jestem. Bo teraz wiem, że tamte dwie historie były o mnie, a nie o nich, że to ja byłam tą skorupą, którą obaj próbowali ścisnąć na różne sposoby, jeden przez ogień, drugi przez ciepło i że przez chwilę dałam im na to zgodę. Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym dziś spotkała tamtą wersję siebie.
Pewnie powiedziałabym jej: Odetchnij, ty głupia dziewczyno. Proszę cię, odetchnij na chwilę. To, co robisz, to nie jest miłość. To jest głód.
I jednocześnie pewnie bym ją też przytuliła, bo to była dziewczyna, która próbowała całym sercem, a ja już nie próbuję.
Ja już wybieram. Patrzę na siebie dziś i widzę, że świat mnie poskładał, ale w lepszą wersję. Mniej chaotyczną. Mniej podatną na ładną twarz i zapach perfum. Twardszą, ale nie zimną, a jednak kiedy wracają te wspomnienia, robi mi się w środku ciepło i trochę boli, bo to był czas, kiedy było wszystko naraz: intensywność, zazdrość, erotyka, czułość, adrenalina i totalny brak planu i może właśnie dlatego to wraca, bo tamta ja żyła na 110%, a dzisiejsza ja żyje dobrze, mądrze i stabilnie, ale czasem brakuje mi tej iskry, która wtedy paliła mi żyły. Nie chcę wracać do tamtych mężczyzn, niech idą w pizdu, ale czasem chciałabym na jeden wieczór wrócić do tamtej siebie. Tylko po to, żeby jeszcze raz poczuć, jak to było, gdy serce naprawdę biegło przed rozumem.
I kiedy tak siedzę nad tymi wspomnieniami, wracają też oni. Dwaj mężczyźni, którzy wtedy wydawali się jak dwa różne żywioły, a dziś widzę ich już bez tej adrenaliny w oczach. Pierwszy był jak burza. Cichy przed, gwałtowny w trakcie, a po wszystkim zostawiał pustkę, którą trzeba było samemu posprzątać. Chciał mnie na impuls, na pragnienie, na moment, na błysk. W jego świecie bliskość była transakcją, a emocje to waluta, którą płacił tylko wtedy, kiedy czuł, że musi. I teraz, dopiero teraz, widzę, że ten pierwszy nigdy mnie nie chciał mieć. On chciał mnie złamać, przetestować, sprawdzić, jak blisko mogę podejść, zanim spłonę. To była gra, w której on ustalał zasady, a ja udawałam, że ich nie widzę.
Drugi był jak lato, och, ciepły, łatwy w odbiorze, miękki w dotyku, ale niebezpieczny w inny sposób. Dawał czułość jak kot, który ociera się o nogę, po czym znika na trzy dni. Przyciągał gestami, nie deklaracjami. Z nim czułam się chciana, ale nigdy niepewna. Był blisko, dopóki światło było dobre i muzyka grała, a potem udawał, że nic nie znaczymy. Jemu chodziło o to, żeby być czyimś ulubionym momentem, ale nie czyjąś odpowiedzialnością. Patrzę na nich dziś jak na dwie lekcje, nie jak na dwóch bohaterów. Pierwszy pokazał mi, jak łatwo można pomylić intensywność z miłością. Drugi jak szybko można pomylić czułość z zaangażowaniem.
I chyba dopiero teraz, z perspektywy lat, widzę w tym wszystkim jedną rzecz:
nie chodziło o nich.
Chodziło o mnie.
O to, czego wtedy szukałam, a czego nie miałam odwagi powiedzieć na głos.
I oczywiście, jakby tego było mało, życie zostawiło mi kilka trwałych odruchów warunkowych po tamtych dwóch geniuszach emocjonalnych. Na przykład do dziś dziwnie reaguję na taksówki. Nie dlatego, że boję się kierowców tylko dlatego, że mój mózg wciąż się spodziewa, że ktoś położy mi rękę na udzie jakby podpisywał się markerem. Proszę bardzo: trauma elegancko opakowana jako soft-pornowy flashback.
A jeśli chodzi o tego drugiego... Boże, ja do dziś mam odruchowe napięcie mięśni brzucha, kiedy ktoś obok mnie robi to jego charakterystyczne łyk piwa, westchnięcie i spojrzenie w bok. Jakby mój organizm miał zapisane w DNA, że zaraz mnie nazwie moja albo wyśle mi snap swojej smutnej buźki o trzeciej nad ranem.
Człowiek dojrzewa, dorasta, pracuje nad sobą, ale mózg i tak pamięta głupoty, które nie powinny się zapisywać w historii systemu. japier-