>
Jest późne popołudnie, a ja siedzę przy oknie z kubkiem parującej herbaty i mam wrażenie, że świat na chwilę przystanął. Jakby ktoś ściszył wszystkie hałasy codzienności i zostawił tylko to, co naprawdę moje: emocje, wspomnienia, pulsujące pod skórą drobne niepokoje. W tle leci oczywiście emo i post-hardcore - tak, ten gatunek, z którego podobno powinnam już "wyrosnąć". A ja wcale się tego nie wstydzę. Wręcz przeciwnie, dzisiaj czuję, że to dla mnie jedyne właściwe towarzystwo.
Od pierwszych sekund muzyka otula mnie jak znajomy ciemny koc. Te charakterystyczne gitarowe melodie, trochę smutne, trochę gniewne, a jednak pełne czułej szczerości, trafiają w punkty, o których często boję się mówić głośno. Wokalista krzyczy tak, jakby wykrzyczał też moje własne niewypowiedziane myśli. I chociaż wiem, że on nie ma pojęcia o moim istnieniu, mam wrażenie, jakby rozumiał mnie lepiej niż wiele osób, które widzę na co dzień.
Może właśnie o to chodzi w tym brzmieniu - o poczucie, że ktoś gdzieś kiedyś czuł tak samo. Że nie jestem jedyną osobą, która miewa dni przesycone wrażliwością, przytłoczone intensywnością świata, a jednocześnie tak bardzo pragnące przeżyć wszystko mocniej, głębiej, prawdziwiej. Czasem naprawdę trudno być wrażliwcem. To jak chodzenie bez skóry - wszystko dotyka za mocno: słowa, spojrzenia, cisze. A emo daje mi chwilowe wytchnienie, bo w jego głośnych emocjach moja własna delikatność może się schować, a potem powoli odważyć, żeby wyjrzeć.
Kiedy słucham tych utworów, mam wrażenie, że porządkuję swoje wnętrze. Krzyk wokalisty staje się wentylem bezpieczeństwa, gitarowe breaki - oddechem. To dziwne, jak muzyka, która dla niektórych wydaje się "zbyt dramatyczna", potrafi mnie uspokajać. Dla mnie to nie dramat, tylko intensywność. A intensywności nigdy się nie bałam - bałam się za to bycia niezauważoną, nijaką, bezgłośną. Może właśnie dlatego ten gatunek wraca do mnie w grudniu, gdy dni są krótkie, a wieczory mają w sobie coś melancholijnego.
Myślę też o tym, jak często próbujemy ukrywać swoje wrażliwe strony. Dorosłość jakoś podpowiada, żeby się "ogarniać", nie pokazywać pęknięć, nie przesadzać z emocjami. A ja dziś mam ochotę robić dokładnie odwrotnie. Pozwolić sobie poczuć. Bez filtra, bez autocenzury. Właśnie dzięki muzyce, która sama jest jedną wielką emocjonalną deklaracją.
Kiedy kolejny utwór wchodzi w refren, uśmiecham się pod nosem. Jest coś wyzwalającego w tym, że przestaję udawać przed samą sobą. Dźwięki dudnią w mieszkaniu, a ja nie ciszę ich, choć sąsiedzi pewnie wolą ciszę o tej porze. Ale dziś nie będę wstydzić się ani swojej playlisty, ani tego, że przeżywam wszystko odrobinę mocniej. To mój czwartek, moje emocje, mój mały grudniowy rytuał.
I tak siedzę, popijam zimniejącą już herbatę, patrzę na coraz ciemniejsze niebo, a w środku czuję przyjemne rozedrganie. Takie, które mówi: "Jesteś tu. Czujesz. Żyjesz". I może właśnie dlatego ta muzyka zawsze będzie miała dla mnie miejsce - bo przypomina mi, że wrażliwość nie jest ciężarem. Jest dowodem, że serce nadal gra w swoim własnym tempie, czasem chaotycznie, ale zawsze szczerze.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.