>
Czwartkowe przedpołudnie, 11 grudnia. Siedzę teraz przy kuchennym stole z kubkiem gorącej herbaty o smaku pomarańczy z goździkami i czuję, jak powoli ogarnia mnie ten specyficzny, grudniowy spokój. To ten moment w roku, kiedy wszystko wydaje się trochę bardziej magiczne, jakby świat zwalniał tylko po to, żeby dać nam czas na złapanie oddechu przed świątecznym szaleństwem. I muszę przyznać - kocham to. Kocham ten czas, kiedy lampki zaczynają pojawiać się w oknach, kiedy w sklepach czuć zapach pierników, a ja łapię się na tym, że nucę pod nosem kolędy, choć jeszcze nikt oficjalnie ich w domu nie puścił.
Święta Bożego Narodzenia zbliżają się nieuchronnie i chyba właśnie to "nieuchronnie" najbardziej mnie cieszy. Jest w tym coś takiego... pewnego, przewidywalnego i kojącego. Lubię, kiedy grudzień sam narzuca swój rytm, kiedy planuję prezenty, myślę o dekoracjach i zastanawiam się, czy tym razem uda mi się nie zostawić wszystkiego na ostatnią chwilę (choć znając życie - różnie bywa).
Jutro Radek musi wziąć udział w firmowym obiedzie z okazji Wigilii, bo sama kierowniczka go o to poprosiła. Rok temu nie było go na tym spotkaniu i chyba właśnie dlatego teraz tak zależy jej, żeby się pojawił. Mam tylko nadzieję, że w wirze firmowych rozmów i świątecznych toastów będzie pamiętał o tym, że od ponad dwóch lat nie pije. Jestem z niego bardzo dumna i wiem, że świetnie sobie radzi, ale takie okazje bywają trudne. Liczę jednak, że jutro wróci uśmiechnięty, z poczuciem, że dobrze zrobił - i może nawet z jakimś firmowym drobiazgiem typu kubek albo pudełko pierników.
W sobotę niestety musi iść na inwentaryzację. Tego akurat nie zazdroszczę, zwłaszcza w weekend, kiedy człowiek chciałby odpocząć. Na szczęście podobno ma to długo nie potrwać, więc może całego dnia nie stracimy. A ja już po cichu liczę na to, że po jego powrocie uda nam się podjechać na olsztyńską starówkę. Trwa tam jarmark świąteczny, a to dla mnie absolutny must-have grudnia. Uwielbiam ten klimat: drewniane budki, grzane wino pachnące cynamonem, drobne rękodzieło, światełka, tłum ludzi ubranych w szaliki po sam nos, i to przyjemne poczucie, że wszyscy są trochę bardziej uśmiechnięci niż zwykle.
Po cichu marzę też, żeby spadł śnieg - chociaż trochę! Bez niego jarmark ma swój urok, ale jednak biały puch dodaje wszystkiemu wyjątkowości. Zobaczymy, może pogoda się zlituje.
A skoro już o wyjątkowości mowa... Mój smartfon niedawno sam z siebie postanowił zrobić aktualizację, o którą nawet nie prosiłam. Zwykle na takie akcje reaguję lekkim niepokojem, bo wiadomo - człowiek ma swoje przyzwyczajenia, a tu nagle wszystko wygląda inaczej. Ale tym razem jestem naprawdę zachwycona! Aparat działa jeszcze lepiej niż wcześniej, a zdjęcia wychodzą tak ostre i tak jasne, że aż trudno mi uwierzyć, że robi je telefon, a nie jakiś profesjonalny sprzęt. Już nie mogę się doczekać, żeby przetestować go właśnie na jarmarku - myślę o nocnych zdjęciach lampek, kubka z gorącą czekoladą trzymanego w rękach, może nawet jakiejś świątecznej instalacji świetlnej. Czuję, że będzie z tego niezła galeria.
Może to dziwne, ale taka drobnostka jak poprawiona jakość zdjęć sprawia, że jeszcze bardziej chce mi się wychodzić z domu, odkrywać małe rzeczy i zatrzymywać je na później. Mam wrażenie, że im starsza jestem, tym bardziej doceniam te niewielkie momenty - uśmiech między jednym a drugim obowiązkiem, spacer po starówce, wieczorną herbatę, zapach świątecznego olejku w salonie.
Tak sobie myślę, że grudzień jest trochę jak album - pełen małych obrazków, które dopiero razem tworzą historię. I w tym roku mam ochotę, żeby ta historia była naprawdę ciepła, spokojna i jasna. Jeśli jarmark w sobotę wypali, to będzie świetny początek.
A teraz dopijam herbatę i zabieram się za dalszy dzień. Magia sama się nie zrobi - ale ja jestem gotowa ją odnaleźć.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.