>
Siedzę teraz przy biurku z kubkiem letniej herbaty i patrzę przez okno na szare, grudniowe niebo. Wciąż jest wcześnie, ale popołudnie zdaje się już przygasać. To chyba dobra pora na to, by wreszcie przyznać się sama przed sobą do czegoś, o czym od miesięcy staram się nie myśleć. Chyba właśnie dziś dotarło do mnie, z całą siłą, że muszę schudnąć. Już nie "powinnam", nie "fajnie by było", tylko naprawdę muszę. Inaczej po prostu źle się to dla mnie skończy.
Przez ostatni rok przytyłam więcej, niż kiedykolwiek podejrzewałabym, że jestem w stanie. W zasadzie wszystko zaczęło się niepozornie. Jakiś stresujący tydzień, jedno nieprzespane kilka nocy, a potem to charakterystyczne westchnienie: "należy mi się coś słodkiego". I tak sięgałam po małą czekoladkę, taką "na pocieszenie". Jedną. Potem drugą. W końcu miałam całe szufladki pełne słodyczy, jakby same miały zaraz podskoczyć do mojej ręki, gdy tylko poczuję napięcie.
I, szczerze mówiąc, najczęściej tak właśnie robiły. Nie zastanawiałam się nad tym, co jem. Jedzenie stało się dla mnie sposobem, żeby nie czuć. Żeby nie myśleć o tym, co się we mnie kotłuje, nie mierzyć się z napięciem, niepokojem, zmęczeniem. Czekolada była łatwiejsza. Zawsze pod ręką, zawsze gotowa, żeby na chwilę zrobić mi dobrze. Dopiero później przychodziło to gorsze uczucie - ciężkość, ospałość, a nawet trochę wstyd. Ale mechanizm już działał i trudno było go zatrzymać.
Dzisiaj, mierząc się z własnym odbiciem w lustrze, dotarło do mnie, jak daleko to zaszło. Moja nadwaga jest duża - na tyle duża, że zaczęłam bać się o swoje zdrowie. Nie chodzi o wygląd, choć i on ma tu swoje znaczenie, bo trudno mi czasem zaakceptować to, co widzę. Chodzi przede wszystkim o to, jak się czuję. Jakby moje ciało coraz głośniej próbowało mi coś powiedzieć, a ja do tej pory udawałam, że nie słyszę.
Nie będę udawać: wciąż mam ogromny problem, żeby nie rzucić się na łakocie, kiedy tylko poczuję stres. Nawet teraz, gdy to piszę, w mojej głowie przemyka myśl o batoniku w szafce. To jak wewnętrzne przeciąganie liny - jedna część mnie chce się pocieszyć, druga prosi, żebym wreszcie przestała sobie szkodzić. I wiem, że to nie będzie proste. Nie mam zamiaru zaklinać rzeczywistości i obiecywać sobie, że od jutra wszystko się zmieni. Już za dobrze znam siebie i wiem, że takie myślenie zawsze kończyło się porażką.
Ale wiem też, że nie mogę dalej udawać, że nic się nie dzieje. To, co robiłam przez ostatni rok, zwyczajnie mnie niszczyło. Może nie z dnia na dzień, ale krok po kroku, aż w końcu obudziłam się w miejscu, które mnie przeraża. Owszem, boję się o swoje zdrowie. Boję się tego, gdzie jeszcze mogłabym się znaleźć za kilka lat, jeśli nic teraz nie zrobię. Ten lęk nie jest przyjemny, ale może właśnie on stanie się impulsem, którego tak długo mi brakowało.
Chcę wreszcie zacząć walczyć o siebie - powoli, bez wielkich deklaracji. Chcę nauczyć się rozpoznawać, kiedy naprawdę jestem głodna, a kiedy tylko próbuję zagłuszyć emocje. Chcę zacząć traktować swoje ciało jak sprzymierzeńca, a nie jak wroga, któremu można wrzucić byle co, byle tylko na moment poczuć ulgę.
Dziś pierwszy raz od dawna czuję, że patrzę sprawie prosto w oczy. I choć to bolesne, to jednocześnie daje mi jakąś nikłą nadzieję. Może grudniowe popołudnie to dobry moment na małe, ciche postanowienie: że spróbuję o siebie zadbać. Naprawdę.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.
Inni zdjęcia: synek na bujaczce ns35synek ns35:) ns35ja ns35ja ns35Brodziec piskliwy slaw300Idol najprawdopodobniejnie36 rudedamien13.1.26 rena1ch4nja ns35