>
Jest wczesne popołudnie, 8 grudnia, a ja wciąż czuję na języku posmak mocnej, czarnej kawy, którą popijałam przez większość przedpołudnia. Właśnie odłożyłam na stolik "Harry'ego Pottera i Czarę Ognia" - i to tylko dlatego, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że od wstania z łóżka nie zjadłam absolutnie nic. Tylko kawa, która zdążyła wystygnąć, bo tak bardzo wciągnęła mnie opowieść. W sumie nie pierwszy raz zdarza mi się zgubić w czasie podczas czytania, ale dziś naprawdę przesadziłam. Kiedy zajrzałam na zegarek, byłam pewna, że to jakiś żart - świat mugoli po prostu nie mógł pędzić tak szybko, gdy moje myśli krążyły między smokami, labiryntem i emocjami Turnieju Trójmagicznego.
Uwielbiam ten moment, kiedy książka mnie pochłania do tego stopnia, że świat wokół przestaje istnieć. Kiedy dźwięki ulicy pod moim oknem stają się tylko odległym szumem, a ja czuję się tak, jakbym siedziała gdzieś na trybunach stadionu Hogwartu, obserwując, jak nastolatkowie ryzykują życiem w imię czegoś większego. Zresztą "Czara Ognia" zawsze była jedną z moich ulubionych części - mroczna, pełna napięcia, ale jednocześnie niesamowicie barwna. Każdy rozdział przypomina mi, dlaczego pokochałam ten świat już jako dziecko i czemu potem wracałam do niego raz za razem, jak do starego przyjaciela.
Kiedy zamykam oczy, widzę wyraźnie te wszystkie obrazy, jakby Rowling malowała je tuż przede mną: światło znicza tańczące nad boiskami, parę unoszącą się znad kociołków, śnieg osiadający na dachach zamku. Czasem mam wrażenie, że ta seria jest dla mnie jak rodzinna historia, która ciągle rośnie, dojrzewa, nabiera nowych znaczeń. Czytam ją dziś zupełnie inaczej niż dekadę temu, a jednak emocje są tak samo intensywne.
Może dlatego tak bardzo cieszy mnie tegoroczny prezent świąteczny - Radek i mama kupili mi dziś jubileuszowe wydanie całego cyklu o Harrym. Zrobili to zupełnie spontanicznie, bo rano, przy rozmowie o książkach, wspomniałam tylko, że marzy mi się, żeby Święty Mikołaj przyniósł mi pod choinkę całą serię w twardej oprawie. Nie spodziewałam się, że potraktują to jako sygnał do natychmiastowego działania. Ledwie się obejrzałam, a już przeglądali zamówienia w olsztyńskim Empiku.
Teraz pozostaje tylko zaczekać na odbiór książek - podobno mają być gotowe za kilka dni. I choć teoretycznie to prezent bożonarodzeniowy, wszyscy wiemy, że nie wytrzymam do samej Wigilii. Radek już się śmieje, że będę chodzić codziennie do Empiku sprawdzać, czy przypadkiem nie przyspieszyli realizacji zamówienia. Pewnie ma rację. Kiedy tylko paczka będzie gotowa, pobiegnę po nią bez wahania. A potem... potem zaszyję się w domu, z tymi świeżutkimi, pachnącymi drukiem tomami, które od lat chciałam mieć w takim wydaniu. To będzie mój mały, grudniowy cud.
Dziś, kiedy czytałam, wróciło do mnie bardzo wyraźnie wspomnienie mojego pierwszego spotkania z "Czarą Ognia". Miałam wtedy kilkanaście lat, siedziałam na podłodze w pokoju, oświetlona jedynie lampką nocną, i pamiętam, jak z każdym rozdziałem czułam się coraz bardziej dorosła. Jakby książka mówiła: "Hej, dorastasz razem ze mną". Ta część jest momentem przełomowym - w fabule, ale też w emocjach. Harry traci niewinność, dzieciństwo gdzieś mu umyka, a mrok zaczyna wlewać się w świat czarodziejów cienką, ale niepowstrzymaną strużką. Może dlatego zawsze tak mocno na mnie działała. W jakiś sposób czuję ją bardziej, nawet dziś.
Mimo to lektura daje mi też coś kojącego. Ten świat jest magiczny nie tylko dlatego, że pojawiają się w nim zaklęcia i stworzenia, ale dlatego, że jest zbudowany z takim rozmachem, dbałością o szczegóły, z takim sercem. Rowling stworzyła coś, co można zamieszkać, poczuć, kiedy tylko otwiera się książkę. I ja tam mieszkam często - może częściej, niż powinnam, ale kompletnie mnie to nie martwi.
Kiedy siedziałam nad kolejną filiżanką kawy, dotarło do mnie, że grudzień ma swój własny rodzaj magii. Nie tylko tej świątecznej, z choinką, światłami i pierniczkami, ale też tej cichej, niespiesznej, która sprawia, że łatwiej nam się zatrzymać w miejscu. Zawinęłam się w koc, czytałam i czułam się dokładnie tak, jak chciałabym się czuć o tej porze roku - jakbym była częścią opowieści.
Może dlatego tak bardzo doceniam ten zbliżający się prezent. Nie chodzi o same książki, choć oczywiście je uwielbiam. Chodzi o to, że jest w nim myśl, ciepło, że jest wspólnym gestem dwóch osób, które są mi najbliższe. Mama, która zawsze kupowała mi książki na święta, nawet kiedy budżet był napięty. I Radek, który nauczył się rozpoznawać, kiedy naprawdę czegoś pragnę, nawet jeśli nie mówię o tym wprost. Ten prezent to jak połączenie dwóch światów - rodzinnego i tego mojego, czytelniczego.
Nie mogę się doczekać świąt. Nie tylko dlatego, że będę mogła ustawić nowe tomy na półce, choć tak, to też gra ogromną rolę. Chodzi o to, że ten okres to dla mnie zawsze czas powrotów - do miejsc, do wspomnień, do ukochanych historii. I do samej siebie.
A dziś? Dziś po prostu wracam do czytania. Bo świat magii czeka, a ja jeszcze nie skończyłam tej przygody na popołudnie.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.
Inni zdjęcia: Koniec drogi pamietnikpotwora16.1.26 rena1ch4nJuż Brat nie cofniesz czasu. xciemna201-PIESTRZEC, pow. buski, woj. manekin1195-MAŁOPOLSKA manekin1193-BESTWINA, pow. bielskobialsk manekin1What does progress sound like? modernmedival:) dorcia2700Time. released189-IRLANDIA-Okolice Castlecove. manekin1