>
Jest ósma rano, 8 grudnia, a ja siedzę teraz przy kuchennym stole z kubkiem gorącej kawy, próbując poukładać myśli po wyjątkowych, intensywnych trzech dniach. Czuję w sobie lekkie drżenie, takie charakterystyczne dla momentów, kiedy rzeczywistość nie dorównuje temu, co dzieje się w sercu. A moje serce dziś jest cięższe niż zwykle.
Wczorajszy wieczór był... piękny. Nie znajduję innego słowa, które oddałoby to wrażenie miękkości i przyjemnego zawieszenia, jakie stworzył Radek, gdy zapalił kadzidełka. Ten zapach - delikatny, ciepły, trochę orientalny - unosił się po całym mieszkaniu, nadając mu jakiejś magii, której nie czułam od dawna. Spędziliśmy razem czas, który zostawił we mnie słodkie echo bliskości, choć nie zamierzam opisywać szczegółów. Mogę tylko powiedzieć, że czułam się bezpiecznie, lekko, tak jakby cały świat na chwilę przestał istnieć poza tą jedną, wspólną przestrzenią.
A dziś rano codzienność dopadła mnie nagle - subtelnie, lecz nieubłaganie. Obudziłam się dopiero wtedy, gdy Radek pochylił się nade mną, by mnie pocałować przed wyjściem. Ten krótki moment między snem a jawą zawsze jest dla mnie trudny - ciało jeszcze śpi, ale serce już zaczyna rozumieć. I właśnie wtedy zrozumiałam, że nadszedł czas pożegnania.
Przez ostatnie trzy dni tak bardzo przyzwyczaiłam się do obecności Radka, że teraz, kiedy go nie ma, mieszkanie wydaje mi się zbyt duże, zbyt ciche, zbyt uporządkowane. Trzy dni to niby niewiele, ale czas nie mierzy się przecież minutami, tylko tym, jak mocno ktoś w nas zapada. A on zapadł. Głębiej, niż się spodziewałam.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, poczułam coś w rodzaju żalu, ale delikatnego - nie tego dramatycznego, który ściska gardło, a raczej takiego spokojnego, który świadczy o tym, że było naprawdę dobrze. Chciałabym móc powiedzieć, że jestem dorosła i potrafię brać takie rozstania na chłodno, ale chyba nie jestem i może nie chcę być. Bo właśnie w tej miękkości, którą ktoś zostawia po sobie, jest jakaś prawda. Taka, której nie trzeba ukrywać.
Radek musiał wracać do pracy - to wiedziałam od początku. Ten tydzień będzie dla niego wyjątkowo męczący, bo w sobotę mają inwentaryzację, więc szykuje się nawet sześciodniowy maraton. Trochę martwię się, jak to zniesie, bo znam go na tyle, żeby wiedzieć, że potrafi dawać z siebie więcej niż powinien. Ale z drugiej strony - właśnie to w nim lubię. Jego odpowiedzialność, zaangażowanie, to poczucie obowiązku, które sprawia, że czasem zapomina o odpoczynku, ale nigdy o ludziach, na których mu zależy.
Teraz, kiedy siedzę sama, czuję jednocześnie tęsknotę i wdzięczność. Tęsknotę za jego obecnością, głosem, sposobem, w jaki potrafi wypełnić przestrzeń ciepłem. I wdzięczność za to, że te ostatnie dni mogłam spędzić z kimś, kto sprawia, że świat staje się bardziej miękki. Nieczęsto mi się to zdarza, a może po prostu nieczęsto się na to otwieram.
Patrzę przez okno na pochmurne, grudniowe niebo. Zaczyna sypać drobnym śniegiem, takim ledwie widocznym, ale wystarczającym, żeby przypomnieć, że zima już jest. Myślę, że to nawet symboliczne - coś się kończy, coś zaczyna. Te trzy dni były jak ciepły koc rzucony na zimowy chłód, a teraz muszę nauczyć się funkcjonować bez niego. Przynajmniej do kolejnego spotkania.
Może to właśnie jest najpiękniejsze: że żal po pożegnaniu oznacza, że było warto. I było. Zdecydowanie.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.