>
Dziś znowu dałam się ponieść impulsowi - i chyba dobrze zrobiłam. Mimo że od rana chodziłam z lekkim bólem pięty (nie mam pojęcia, co ja wczoraj zrobiłam, może źle stanęłam, a może po prostu mój organizm potrzebuje nowego kompletu cudów), to po krótkim wahaniu podjęłam decyzję: jedziemy na starówkę. Tak, znowu. Przecież byliśmy tam wczoraj, ale coś mnie ciągnęło, żeby wrócić. Może chciałam poczuć tę przedświąteczną atmosferę jeszcze mocniej? A może po prostu - jak zwykle - potrzebowałam wyrwać się z domu, choćby na chwilę.
Wezwałam więc taksówkę. Radek uniósł tylko brwi, ale spojrzenie miał takie, jakby mówił: "Dobrze, jeśli chcesz, to jedziemy." I po chwili już siedzieliśmy w aucie, obserwując, jak Olsztyn powoli wciąga nas w swoje chłodne, grudniowe objęcia.
Na miejscu pojawił się jednak pewien problem. Wyobrażałam sobie rozświetloną starówkę, migoczącą światełkami jak z bożonarodzeniowego filmu. Niestety - nie wszystkie iluminacje działają w ciągu dnia. Gdy wysiedliśmy z taxi, spojrzeliśmy po sobie z Radkiem i oboje mieliśmy ten sam wyraz twarzy: "Serio? Po co tu przyjechaliśmy?" Przeszedł mnie lekki dreszcz irytacji. Ból pięty nagle stał się bardziej zauważalny, jakby chciał podkreślić moją frustrację.
A jednak coś we mnie kazało ruszyć dalej, choćby tylko kilka kroków. Skoro już tam dotarliśmy, żal byłoby zawrócić od razu. I dobrze, że poszliśmy - naprawdę się opłaciło.
Kiedy dotarliśmy do centrum starówki, zobaczyłam świecącą się choinkę. Wyglądała prześlicznie - jakby zupełnie nie przejmowała się tym, że jest dopiero popołudnie, a większość iluminacji postanowiła zrobić sobie przerwę. Te światła tchnęły we mnie coś na kształt dziecięcej radości. W jednej sekundzie całe wcześniejsze zniecierpliwienie wyparowało.
- Misio, zrób mi parę zdjęć - powiedziałam od razu, wyciągając smartfon.
Oczywiście się zgodził. Stałam więc pod choinką, trochę śmiejąc się sama z siebie: wczoraj byliśmy w tym samym miejscu, mam już zdjęcia, a jednak dziś te kilka dodatkowych kadrów wydało mi się absolutnie niezbędne. Może chodziło o tę nieidealność dnia? O ten mały zawód, który nagle zmienił się w coś niespodziewanie miłego?
Po mini sesji fotograficznej nie wróciliśmy od razu do domu. Przeszliśmy się spokojnie, bez pośpiechu. Starówka w ciągu dnia ma zupełnie inny urok. Ludzi było naprawdę bardzo dużo - w końcu była niedziela, a przedświąteczny sezon przyciąga całe tłumy. Czasem trudno było przecisnąć się przez skupiska spacerowiczów, rodzin z dziećmi i osób robiących zdjęcia, ale mimo tego miało to swój urok. Minęliśmy parę straganów, zatrzymaliśmy się nad rzeką, popatrzyliśmy na kamienice. Robiliśmy to wszystko bez planu. Tak po prostu - z ciekawości i dla samego bycia w chwili.
W końcu dotarliśmy aż do Mostu św. Jana. To jedno z moich ulubionych miejsc na starówce, nawet jeśli nie jest jakoś szczególnie spektakularne. Ma w sobie coś przyjemnie znajomego. Stanęliśmy tam chwilę, rozmawiając o niczym i o wszystkim. Ból pięty, zupełnie niespodziewanie, zniknął. Nawet nie poczułam momentu, w którym przestał dokuczać. Po prostu nagle zdałam sobie sprawę, że jest mi wygodnie, lekko i spokojnie.
Kiedy uznaliśmy, że pora wracać, wezwałam kolejną taksówkę. Tym razem kierowcą była kobieta - milcząca i wyraźnie nietowarzyska. Przez całą drogę praktycznie się nie odzywała, ograniczając komunikację do krótkiego potwierdzenia adresu i kilku grzecznościowych słów. W aucie panowała cisza, która z jednej strony była trochę niezręczna, a z drugiej... nawet pasowała do spokojnego zakończenia naszego niedzielnego spaceru.
Mimo że część starówki była jakby w półśnie, a wiele miejsc wyglądało inaczej, niż to sobie wcześniej w głowie ułożyłam, cała ta wizyta okazała się zaskakująco kojąca. Było dobrze - prawdziwie, niespiesznie, zwyczajnie, bez specjalnych fajerwerków, ale właśnie dzięki temu tak potrzebnie. Czasem mam wrażenie, że to właśnie w takich pozornie nieidealnych chwilach najlepiej odpoczywam; kiedy nic nie musi wyglądać perfekcyjnie, a ja mogę po prostu być, iść przed siebie i chłonąć małe drobiazgi, które składają się na spokojny, dobry dzień.
Postanowiliśmy, że wrócimy tam jeszcze raz - ale innego dnia, kiedy będzie już zmierzch, a iluminacje będą w pełni działać. I kiedy na starówce będzie mniej ludzi. Może wtedy poczuję ten pełny przedświąteczny klimat, którego dziś zabrakło. A może znowu wyjdzie inaczej niż w planach... ale chyba zaczynam się przyzwyczajać, że moje najlepsze chwile wyrastają właśnie z takich drobnych niespodzianek.
A pięta? Cóż - chyba zrozumiała, że dziś nie ma czasu na marudzenie.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.
Inni zdjęcia: Idk downwardspiralKoniec drogi pamietnikpotwora16.1.26 rena1ch4nJuż Brat nie cofniesz czasu. xciemna201-PIESTRZEC, pow. buski, woj. manekin1195-MAŁOPOLSKA manekin1193-BESTWINA, pow. bielskobialsk manekin1What does progress sound like? modernmedival:) dorcia2700Time. released