>
Jest 7 grudnia, poranek, a ja siedzę przy kuchennym stole z kubkiem gorącej herbaty z cytryną i próbuję zebrać myśli, choć właściwie od wczoraj myślę tylko o jednym - o mojej nieszczęsnej pięcie. To niesamowite, jak jedna tak drobna część ciała potrafi wywrócić cały dzień do góry nogami. Wróciłam wczoraj ze spaceru po olsztyńskiej starówce i poczułam to paskudne kłucie z prawej strony, jakby ktoś wbił mi tam maleńką igłę, która nie daje o sobie zapomnieć przy każdym kroku.
Szczerze mówiąc, jestem trochę zła sama na siebie. Przecież wiedziałam, że te buty nie należą do najwygodniejszych. Już kiedy je zakładałam, miałam to znajome ukłucie podejrzenia, że to może nie być dobry pomysł. I tak wyszło, że dziś poruszam się jak po jakimś ultradługim biegu, choć wczoraj przeszłam raptem kilka kilometrów.
Radek już wczoraj wieczorem stwierdził, z tą swoją miną samozwańczego eksperta od wszystkiego, że może to "ostroga". Gdy to powiedział, spojrzałam na niego z takim niedowierzaniem, jakby chciał mi powiedzieć, że wyrosły mi skrzydła. Ostroga? Ja? Nie, absolutnie, nie ma mowy. Przecież to brzmi jak coś, co dopada ludzi w wieku mojej mamy, a nie mnie. Choć z drugiej strony... no właśnie. Zawsze jest jakaś "druga strona", którą człowiek wolałby zignorować.
Ale serio - nie chcę wierzyć w jakieś ostrogi. Dużo bardziej pasuje mi teoria o niewygodnych butach. Albo, co gorsza, może faktycznie coś sobie naciągnęłam. Chociaż nic takiego nie poczułam w trakcie spaceru. Po prostu wróciłam do domu, zdjęłam buty, a tu bum - ból, jakby stopy obraziły się na mnie za całodniowe lekceważenie.
Najgorsze jest to, że przez tę jedną piętę cały mój plan na dzisiejszy dzień stoi pod znakiem zapytania. Miałam jechać znów na Stare Miasto, chciałam porobić zdjęcia do wpisu świątecznego, może wypić grzańca na straganach, poczuć grudniowy klimat. A teraz? Teraz stoję w kuchni i kulę się jak jakaś babcia, balansując na jednej nodze i zastanawiając się, czy w ogóle wyjście z domu ma sens.
Nawet schodzenie po schodach było dzisiaj jak pokonywanie górskiego szlaku - tylko bez pięknych widoków i satysfakcji. Tylko ja, moja stopa i ten przeszywający ból, który każe mi od razu myśleć o ciepłych skarpetach, maści rozgrzewającej i pozostaniu w domu. A przecież nie tak planowałam spędzić tę niedzielę!
Zastanawiam się, czy nie zrobić sobie dnia "wolnego od przemieszczania się". Może to znak, żeby trochę odpuścić, posiedzieć pod kocem, nadgonić czytanie książki, którą odkładam od tygodni. Może świat nie ucieknie, jeśli przez jeden dzień nie będę biegała po mieście.
Choć znając siebie, pewnie jeszcze godzinę będę negocjować własną motywację, zanim podejmę decyzję. Na razie popijam herbatę i próbuję nie myśleć o każdym kroku, który jeszcze dziś przede mną. Może pięta się uspokoi. A jeśli nie, to trudno - nawet z lekkim utykaniem też jakoś trzeba żyć.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.