>
Dziś był jeden z tych dni, które zaczynają się całkiem zwyczajnie, a kończą się jak małe święto. Rano obudziłam się z poczuciem lekkiego podekscytowania - w końcu są mikołajki, a ja od dawna traktuję ten dzień jak symboliczny początek świątecznego czasu. Radek zaproponował, żebyśmy wybrali się na spacer po olsztyńskiej starówce, i choć przez chwilę zastanawiałam się, czy na pewno chcę wychodzić w ten chłód, ostatecznie dałam się namówić. Teraz, gdy piszę te słowa, cieszę się, że to zrobiłam.
Kiedy dotarliśmy na Stare Miasto, zatrzymałam się na moment, próbując przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz byliśmy tu razem. I szczerze? Nie mieliśmy pojęcia. Oboje zaczęliśmy rzucać różne daty, wspominać jakieś sytuacje, ale nic nie pasowało. Może to znak, że czas płynie szybciej, niż chcemy, a może po prostu za rzadko pozwalamy sobie na takie spokojne chwile tylko we dwoje.
Starówka jak zwykle miała w sobie ten specyficzny zimowy urok. Już z daleka widać było ogromną choinkę ustawioną w centralnym miejscu placu. Jeszcze ciemna i cicha, czekała na wieczór, kiedy rozbłyśnie po raz pierwszy w tym roku. Wokół niej piętrzyły się świąteczne dekoracje, porozwieszane latarenki, bombki i drobne światełka, które na razie pozostawały wyłączone. To nadawało całemu miejscu atmosferę oczekiwania - tak jakby miasto wstrzymało oddech tuż przed wielkim finałem.
Spacerowaliśmy powoli, bez pośpiechu, jakby czas nagle zwolnił specjalnie dla nas. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Śmialiśmy się, przystawaliśmy co kilka kroków, żeby popatrzeć na ozdoby albo zrobić jakieś zdjęcie. A jednak wiedzieliśmy, że jutro wrócimy tu ponownie, kiedy już wszystko zostanie rozświetlone. Chcemy wtedy zrobić więcej fotografii - takich prawdziwie świątecznych, pełnych kolorów i światła. Już teraz nie mogę się doczekać.
Pod koniec spaceru postanowiliśmy zajrzeć do Si Si Coffee, naszej ulubionej kawiarni na starówce. To jedno z tych miejsc, które zawsze działają na mnie kojąco. Nawet jeśli jestem zmęczona lub zestresowana, wystarczy, że przekroczę ich próg, poczuję zapach świeżo mielonej kawy i od razu mi lepiej. Zamówiliśmy po latte - standard u nas, zwłaszcza zimą. Usiadłam przy oknie, obserwując ludzi spacerujących po rynku, i pomyślałam, że właśnie takie drobne momenty składają się na szczęście.
Rozmawialiśmy spokojnie, delektując się ciepłem kubków. Kiedy wyszliśmy z kawiarni, oboje mieliśmy na twarzach szerokie uśmiechy. Czułam się lekka, zrelaksowana i po prostu... szczęśliwa. To niesamowite, jak zwykły spacer i kawa w dobrym towarzystwie potrafią poprawić nastrój bardziej niż niejedno spektakularne wydarzenie.
Na koniec złapaliśmy taksówkę i wróciliśmy do domu. Po drodze patrzyłam przez okno na zimowy Olsztyn i pomyślałam, że jeśli tak wygląda początek grudnia, to przed nami naprawdę piękny miesiąc.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.