>
Jest 5 grudnia 2025 roku, minęła właśnie dziewiąta, a ja - o dziwo - jestem już na nogach. I to całkiem dobrowolnie. Obudziłam się bez poczucia, że ktoś wyrwał mnie z objęć kołdry siłą, co samo w sobie jest drobnym cudem. Czuję się wyspana, spokojna, jakbym wreszcie dogoniła własny sen sprzed kilku dni. Za oknem pochmurnie, ale to ten rodzaj zimowego półmroku, który daje człowiekowi poczucie, że nigdzie nie musi się śpieszyć.
Radek oczywiście śpi dalej. Nie mam żadnych złudzeń - prędzej wstanę, umyję włosy, wypiję kawę, odpiszę na wiadomości, a może nawet ogarnę pranie, zanim on się w ogóle poruszy. Podejrzewam, że gdyby nie musiał, to w ogóle nie wstawałby o tej porze roku. Zimowe poranki są jego osobistym wrogiem, a dzisiejszy dzień ma dla niego szczególne znaczenie, bo wziął urlop. "Muszę wykorzystać, bo przepadnie" - mam to zdanie w pamięci od ponad tygodnia. Czyli dzień będzie płynął powoli, spontanicznie, bez planu. A ja w sumie lubię takie dni, nawet jeśli początkowo trochę mnie stresują.
Humor mam umiarkowanie dobry. Nie jestem w skowronkach, ale też nie w tych ponurych rejestrach, które potrafią się czasem do mnie przykleić. Mimo że obudził mnie tej nocy koszmar - podły, paskudny, taki, którego treści nie chcę nawet powtarzać, żeby nie niosły się dalej - udało mi się zasnąć ponownie i spać aż do rana. Zadziwiające, bo zwykle po takich przeżyciach jestem bardzo rozdygotana. Dziś jednak coś we mnie pozostaje spokojne. Może to kwestia tego, że nic nie muszę. Może przez to, że dom jest cichy, Radek oddycha miarowo obok, a ja czuję się jak w jakiejś prywatnej, bezpiecznej przestrzeni.
Nie mam jeszcze bladego pojęcia, co będziemy robić dziś razem. Radek wspominał, że "coś wymyśli", ale biorąc pod uwagę, jak wygląda jego kreatywność przed południem, zakładam, że decyzje zapadną najwcześniej po trzynastej. I dobrze. Lubię, kiedy dzień sam się układa. Może obejrzymy jakiś film, może zrobimy zakupy, a może po prostu zostaniemy w domu, każdy ze swoim kubkiem i z własnymi myślami. W grudniu świat jakby zwalnia, więc dlaczego my mielibyśmy przyspieszać?
Zaparzyłam sobie herbatę z miodem, otworzyłam laptopa i pomyślałam, że dobrze zacząć dzień słowem - choćby takim, które niczego nie rozwiązuje, ale porządkuje to, co we mnie. Lubię ten poranny moment pomiędzy "już jestem" a "jeszcze nic się nie zaczęło", kiedy wszystko jest możliwe, ale nic nie naciska.
Może to będzie dobry dzień. Nie idealny, nie wyjątkowy, po prostu dobry. Taki, w którym budzisz się spokojna, a to, co złe, zostaje za drzwiami snu. I w sumie... to już wystarczy.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.