>
Wczorajszego wieczoru znów długo wisiałam na telefonie. Tym razem nie z Radkiem - choć on też był na linii - ale z moją teściową. Zadzwoniła z takim ciepłym, trochę podniosłym tonem, który od razu zwiastuje zaproszenie, prośbę albo ważną wiadomość. Okazało się, że chodzi o pierwsze: "Kasiu, a może przyjechalibyście do Jezioran na Święta?"
Niby nic nowego, niby co roku pojawia się taki temat, a jednak jak zwykle poczułam ten znany ucisk gdzieś między sercem a żołądkiem. Rodzinne zjazdy... Ech. Nigdy nie czułam się na nich jak ryba w wodzie. Zawsze mam wrażenie, że muszę przybrać jakąś pozę, dopasować się do rytmu rozmów, do żartów, do wspomnień, w których nie uczestniczyłam. Czuję się wtedy trochę jak widz w teatrze rodzinnych anegdot, który ma niby być aktorem, ale nie zna scenariusza.
Mama Radka jest naprawdę w porządku. Lubi mnie, ja ją... no, powiedzmy, że darzę ją sympatią, choć nie jest to ta łatwa, naturalna bliskość, którą mam z własną mamą. To inna energia, trochę bardziej formalna, trochę bardziej kontrolowana. I chyba to mnie męczy. Święta same w sobie są dla mnie wystarczająco intensywne emocjonalnie, a kiedy dorzuci się do tego rodzinne spotkania, gwar rozmów, rozkładanie stołu na dwanaście osób i odwieczne pytania o plany, pracę i "kiedy dzieci" - no cóż, robi się tego zwyczajnie za dużo.
Dlatego, mimo że zaproszenie było z pewnością szczere i z serca, ja od razu poczułam, jak wszystko we mnie zaczyna się bronić.
Jedno jest pewne: Wigilię spędzamy w Olsztynie, z moją mamą. Tu nie ma żadnych wątpliwości ani dyskusji. To nasza tradycja, nasz wspólny rytuał. A właściwie mój - przeniesiony z domu rodzinnego - który Radek bez słowa przyjął i teraz jest dla nas obojga ważny. Wigilia w Olsztynie to punkt, którego nie ruszam.
Ale Święta...
Tu już sprawa jest bardziej elastyczna. I tak między mną a Radkiem zapadła wczoraj w milczeniu ta jedna myśl: możemy przecież wpaść tylko na chwilę. Jeziorany to nie koniec świata. Godzina drogi w jedną stronę. Możemy pojechać z samego rana, napić się kawy, zjeść kawałek ciasta, spędzić trochę czasu, porozmawiać, wysłuchać rodzinnych historii - i wrócić do domu jeszcze przed wieczorem. Taka wersja "light", "ekspresowa", trochę jak wizyta kontrolna u lekarza, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
Nie chodzi o to, że nie chcę spędzać czasu z rodziną Radka. Chodzi o to, że wiem, jak reaguję na zbyt dużo bodźców, hałasu, rozmów, oczekiwań. Znam siebie na tyle dobrze, że wolę zaplanować wersję, która mnie nie przeciąży. I Radek to rozumie. Nie muszę mu tego tłumaczyć; wystarczy jedno spojrzenie.
Więc chyba tak zrobimy. Wpadniemy do Jezioran na parę godzin, a potem wrócimy do siebie, do naszego spokojnego rytmu.
A najciekawsze jest to, że kiedy już to sobie poukładałam w głowie, poczułam ulgę. Święta nie muszą być alboalbo. Mogą być "na naszych zasadach". I to jest chyba najlepszy prezent, jaki sama mogę sobie dać w tym roku.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.