>
Dziś znowu uciekam w muzykę. To już chyba mój odruch bezwarunkowy - kiedy tylko czuję, że świat zaczyna być dla mnie za głośny, za szybki, za wymagający, zakładam słuchawki i daję się pochłonąć dźwiękom. Ostatnio coraz częściej wracam do tego, co od lat wywołuje we mnie najwięcej emocji - do emo i post-hardcore'u. Jest w tym coś pierwotnego, coś, co potrafi sięgnąć głębiej niż jakakolwiek inna muzyka. Może dlatego, że nie udaje, nie wygładza, nie filtruje. Po prostu wali prosto w serce, czasem aż do bólu.
Dziś zaczęłam od My Chemical Romance, bo jakoś tak pasowali do nastroju. The Ghost of You znów sprawiło, że miałam wrażenie, jakby ktoś wsunął rękę do środka mojego ciała i ścisnął delikatnie to moje przewrażliwione serducho. To zabawne, ale za każdym razem, gdy słucham tej piosenki, czuję się jednocześnie smutna i dziwnie bezpieczna. Jakby te emocje, na które normalnie brakuje mi słów, wreszcie ktoś powiedział za mnie.
Potem leciał Senses Fail, zwłaszcza Let It Enfold You. Zawsze kiedy słyszę pierwsze takty, przypomina mi się, że nie jestem jedyną osobą, która czuje "za bardzo". Że gdzieś tam są ludzie, którzy przelali ten nadmiar na gitary i krzyk, zamiast tłumić go w środku. Silverstein też robi dziś robotę - ich My Heroine wprost stapia się z moim nastrojem. W tej melodii jest coś takiego, co sprawia, że wszystkie moje myśli układają się w bardziej strawne kawałki.
A Funeral for a Friend... ach, ich mogłabym słuchać bez końca. History czy Escape Artists Never Die mają w sobie ten rodzaj nostalgii, który nie popycha mnie w dół, tylko przypomina, że każdy miewa trudniejsze momenty, a jednak jakoś idzie dalej. Czuję, że ich muzyka daje mi pozwolenie, żeby też po prostu czuć - bez usprawiedliwiania się, bez ukrywania, bez przepraszania za to, jaka jestem.
Czasem zastanawiam się, dlaczego akurat emo tak mocno do mnie trafia. Myślę, że chodzi o tę bezwstydną szczerość. W świecie, w którym wszyscy próbują wyglądać na poukładanych, pewnych siebie i wiecznie pozytywnych, te piosenki pozwalają być rozbitkiem. Pozwalają na chaos, na słabość, na wrażliwość. A ja tego potrzebuję bardziej, niż kiedykolwiek przyznaję na głos.
Może zabrzmi to patetycznie, ale mam poczucie, że muzyka ratuje mnie częściej, niż ludzie to robią. Kiedy czuję się nie na miejscu, kiedy mam wrażenie, że emocje wymykają mi się spod kontroli, kiedy nie potrafię znaleźć odpowiednich słów - wtedy wystarczy puścić jeden utwór i nagle wszystko przestaje być takie przytłaczające. To takie moje prywatne schronienie, maleńka przestrzeń, w której mogę być sobą bez żadnej zbroi.
Dziś, 3 grudnia 2025 roku, siedzę zawinięta w koc, słuchawki na uszach, świat za oknem jakby wymykał się definicjom. A ja pozwalam muzyce mówić za mnie. I chyba właśnie tego najbardziej mi teraz potrzeba - świadomości, że w tym całym poplątaniu emocji nie jestem sama.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.