>
Jest południe, 3 grudnia 2025 roku, a ja wciąż próbuję dojść do siebie po nocy, która właściwie nocą była tylko z nazwy. Spałam może dwie godziny - nawet nie ciągiem, raczej w krótkich, nerwowych przebłyskach, jakby mój mózg postanowił udawać, że odpoczywa, ale w gruncie rzeczy tylko się ze mną droczył. Teraz siedzę przy kubku letniej już kawy i czuję się, jakbym funkcjonowała na jakimś dziwnym autopilocie. Ciało działa, oczy są otwarte, ale reszta mnie lekko rozmywa się w tle jak źle ustawiona ostrość w aparacie.
Bezsenność to okropna towarzyszka. Nieproszona, uporczywa, wracająca zawsze wtedy, kiedy najmniej mam na nią przestrzeń. A dzisiaj naprawdę jej nie mam. Czuję każdy mięsień - jakby ktoś powoli dosypywał piasku do wszystkich stawów. Myśli mam poszarpane, jak rozmowę telefoniczną z kiepskim zasięgiem. Co chwilę gubię wątek. Czasem nawet mówić mi się nie chce, bo słowa wydają się za ciężkie, żeby je unieść. Dlatego wegetuję: powoli, ostrożnie, liźnięciami świadomości ogarniam świat dookoła.
Mimo tego wszystkiego trzymam się jednej nadziei - że dziś wreszcie zasnę jak człowiek. Właściwie od rana powtarzam to sobie jak mantrę: dziś się wyśpię, dziś musi się udać. Byłoby naprawdę, naprawdę miło. Zwłaszcza że perspektywa kilku spokojniejszych dni majaczy na horyzoncie.
W piątek Radek ma wolne. Musi wykorzystać urlop przed końcem roku, a jako że oboje ostatnio ciągle gdzieś pędzimy, te wspólne wolne godziny stają się czymś na wagę złota. Kiedy powiedział mi, że może zostać w domu, natychmiast poczułam w sobie małą, ciepłą iskrę nadziei. Może razem pośpimy dłużej. Może nie będę musiała wstawać jak zombie o nieludzkiej porze. Wyobrażam sobie leniwe, rozciągnięte poranki, takie bez pośpiechu, bez budzika, z cichym światłem zimowego słońca wpadającego przez zasłony. A potem powolne, niespieszne śniadanie, takie z kubkiem herbaty i patrzeniem na siebie z tym półuśmiechem, który mówi: w końcu mamy chwilę.
A w sobotę planujemy coś, na co czekam już od tygodnia - wyjście na Stare Miasto, żeby obejrzeć świąteczne iluminacje. Co roku rozświetlają całe ulice, sklepy, bramy, nawet najmniejsze zakamarki między kamienicami. Uwielbiam ten moment, kiedy pierwszy raz wchodzimy w tę plątaninę świateł, jakbyśmy wchodzili do innego świata. Zawsze wtedy czuję się trochę jak dziecko - zachwycone wszystkim, co świeci, mieni się, skrzy się w zimnym powietrzu. Mam nadzieję, że tym razem będzie tak samo, a może nawet jeszcze bardziej magicznie.
Ale zanim to wszystko nastąpi, muszę przetrwać ten dzisiejszy półsen. Nie jestem w najlepszej formie, ale trzymam się myśli, że już niedługo odpocznę. Że jeszcze tylko kilka godzin, kilka obowiązków, kilka zadań do odhaczenia. A potem może uda mi się po prostu zasnąć - mocno, głęboko, bez walki z własną głową.
Oby. Naprawdę oby.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.