>
Dzisiejszy wieczór minął mi tak szybko, że aż trudno mi uwierzyć, że to już noc. Usiadłam tylko "na chwilę" z czwartym tomem Harry'ego Pottera, moim ulubionym - Czary Ognia - i oczywiście ta "chwila" zamieniła się w kilka godzin, podczas których całkowicie przepadłam. Jest coś magicznego w zimowych wieczorach, kiedy można zawinąć się w koc, zaparzyć herbatę i pozwolić, by historia porwała cię tak mocno, że nawet nie zauważasz, jak świat za oknem ciemnieje.
Czytałam ten tom już któryś raz z rzędu, ale za każdym razem przeżywam wszystko tak samo intensywnie. I za każdym razem mam ten sam problem: nie mogę ochłonąć po wątku Alastora Moody'ego. Właściwie powinnam napisać - "Moody'ego". Bo przecież prawdziwy Moody pojawia się tam tylko na chwilę, schowany w kufrze, nawet nieświadomy tego, co dzieje się wokół. A całą historię i większość emocji zawdzięczamy jego sobowtórowi.
Uwielbiam tę postać... albo raczej to, co myślałam, że nią jest. Jego szorstkość, nieufność, bystre oko (dosłownie i w przenośni!), ta pozornie twarda skorupa, pod którą widać było inteligencję, doświadczenie i surową, ale szczerą troskę o uczniów. Wszystko to wydawało mi się takie prawdziwe, takie charakterystyczne. A potem - bum. Okazuje się, że przez cały czas był to śmierciożerca, Barty Crouch Jr., który po prostu wypił Eliksir Wielosokowy i perfekcyjnie zagrał rolę Moody'ego. Nadal nie mogę tego przeboleć.
Myślę, że właśnie dlatego ta część tak mocno do mnie wraca. Bo pokazuje, jak łatwo można ulec złudzeniu, jak przekonująca potrafi być iluzja. I jak bardzo przywiązujemy się do idei człowieka, nie znając go wcale. Czasem mam wrażenie, że to jedna z najbardziej gorzkich lekcji całej serii.
Mimo to coś we mnie zawsze będzie kochać "Moody'ego", tego z czwartego tomu. Nawet jeśli nie istniał naprawdę. A może właśnie dlatego - bo był idealnie wykreowanym cieniem, który zostawił po sobie zaskakująco realne emocje.
Na dziś kończę - ale wiem, że zanim zasnę, i tak będę jeszcze długo myśleć o tym, jak perfekcyjnie Rowling potrafiła wodzić czytelnika za nos. Cóż, magia. Dosłownie i w przenośni.
Tylko obserwowani przez użytkownika cieniolubna
mogą komentować na tym fotoblogu.