Tęsknię za końmi... i za tym panem ze zdjęcia. W sumie to nie wiem, za czym bardziej... ale to chyba nieco inne rodzaje tęsknoty, ponieważ Czarek był zwierzakiem, z którym najbardziej się związałam, a za końmi tęsknię generalnie... Czaruś był dla mnie niczym prawdziwy członek rodziny... Nasza więź była wyjątkowa od samego początku, dało się zauważyć, jak się do mnie przywiązał od małego... i zawsze miałam wrażenie - choć może to dziwnie zabrzmi - że się rozumieliśmy. Uwielbiałam to, jak się ze mną bawił, kładł przy mnie spać, wyczekiwał mnie, "rozmawiał" ze mną, kradł zawsze moją gumkę, atakował w formie zabawy i zaskakiwał swoim zachowaniem. A wiecie co najbardziej mnie zaskoczyło? Kiedy odwiedziłam Polskę, jednego dnia wybrałam się do kuzynki, która jest teraz jego właścicielką. Celem moich odwiedzin oczywiście był głównie Czarek, hehe. Gdy zostały dla mnie otworzone drzwi wejściowe, moim oczom ukazała się kuchnia ze stołem po środku i moim kociakiem, siedzącym na tymże stole. Co zrobił Czaruś? Popatrzył na mnie przez chwilę, naprawdę wymownym wzrokiem, ja "mrauknęłam" do niego w geście przywitania, jak za dawnych czasów, a ten wstał nagle i odmiauknął ruszając w moim kierunku! Serce zabiło mi mocniej, gdyż już byłam pewna, iż rozpoznał mnie, a jeszcze bardziej się upewniłam, jak nachyliłam twarz, on mnie powąchał i zaczął się do mnie tulić (jak zapewne wiecie większość kotów jest nieufna w stosunku do obcych), a następnie położyłam go sobie na kolanach i ten pozostał w takiej pozycji oddając się moim pieszczotom - kiedyś nie był on zwolennikiem przebywania na kolanach. Następnie ruszył za mną, gdy przeszliśmy do salonu i tam położył się przy moich stopach, wtulając się w nie i przymrużając oczy, czasami odchodząc, aby coś przegryźć i powracając w to samo miejsce. Nie macie pojęcia, jak ciężko było opuścić go ponownie, zwłaszcza widząc jego radość z moich odwiedzin... to, że mnie pamiętał... Przypomniały mi się nasze pierwsze chwile, gdy był jeszcze małym kotkiem, pozostawionym samemu sobie i zdanym na mnie... Tak mnie bolało serce, kiedy po raz ostatni składałam całuska na jego pyszczku i po raz ostatni mogłam nacieszyć się jego dotykiem. Pamiętam jego wzrok, gdy zamykałam za sobą drzwi. Tyle bólu, ale i tyle radości wywołało we mnie to nasze spotkanie. Za każdym razem, jednak, gdy pomyślę, że żyje mu się tam bardzo dobrze, ogarnia mnie spokój... Może niektórzy pomyślą, że przesadzam, każdy ma zresztą prawo myśleć, co chce. Chociaż wydaje mi się, że znajomi, których mam na fotoblogu zrozumieją to, ponieważ sami są miłośnikami zwierząt.