Photoblog.pl

Załóż konto

we all have a story to tell 

2018/07/22   

 

« następne   poprzednie »

być może powinnam założyć pamiętnik.

no tak. kupić gruby, porządny zeszyt. wziąć swoje piękne pióro. otwierać go wieczorami przy herbacie i pisać, pisać, pisać, pisać.

tak sobie pomyślałam któregoś dnia. być może powinnam. może powinnam pisać ciągle, na okrągło, jakoś przelewać swój słowotok, który dzieje się jedynie w mojej głowie, w ogóle poza nią nie wychodzi. kiedyś czytałam o jakimś piosenkarzu, czy tam raperze, że musi nawijać bardzo, bardzo szybko, bo ma bardzo, bardzo dużo do powiedzenia i boi się, że nigdy nie zdąży przekazać wszystkiego. ja się zawsze o to bardzo martwiłam. że cały ten zlepek słów w mojej głowie, który jeździ w niej na permanentnym rollercoasterze nigdy się nie skończy, to po pierwsze, a po drugie - nigdy nie ujrzy światła dziennego. nigdy nikt go do końca nie wysłucha. nigdy mnie nie przeczyta. nie dowie się tego wszystkiego.

ta myśl nigdy ode mnie nie odeszła, od kiedy tylko sięgam pamięcią - jest ze mną od zawsze.

wydarzyło się to, czego się zawsze najbardziej obawiałam. moje życie jest fajne, poukładane. systematyczne. ogarnięte. dotrzymuję swoich postanowień. mam jakiś pomysł na siebie, jakieś plany na przyszłość. głównie sprzątam i ogarniam życie. jak coś oglądam, to po angielsku. jak coś czytam, to dlatego, że tak sobie postanowiłam. jak gdzieś idę, to żeby coś załatwić, albo dobić do tej odpowiedniej ilości kroków dziennie. nie objadam się słodyczami na kolację, bo to niezdrowe i nie piję też za dużo alkoholu. śpię po 8 godzin, bo inaczej jestem niewyspana i boli mnie głowa. z jednej strony patrzę na siebie z perspektywy obcej osoby i wszystko jest super, nie jest wcale jakoś nudno, praktycznie mam ciekawą pracę, fajny związek, super psa. ale z drugiej strony jest we mnie jakaś ciągnąca się depresyjność, której nie potrafię się pozbyć. w każdym momencie życia wydawało mi się, że nie mam nikogo, to przeplatało się oczywiście z momentami, w których zdecydowanie kogoś miałam, ale zawsze czułam się na ten swój pojebany sposób samotna. czasami tego nienawidziłam, często czułam się z tym zaskakująco dobrze, bo w gruncie rzeczy lubiłam swoje własne towarzystwo, potrzebowałam jedynie mieć gdzie o tym opowiedzieć, kogoś, komu mogłabym powtarzać, że ludzie są zjebani. że zawsze zawodzą, że jedynie licząc samemu na siebie - nigdy się nie zawiedziesz. to przeplatało się też z momentami, kiedy wydawało mi się, że to ja robię coś źle, że to ze mną jest coś nie tak. że to we mnie jest cała ta zjebaność tego świata i nie potrafię się otworzyć jednocześnie na kilka osób, bo nie ma tylu ramion, którę ogarnęłyby ową otwartość.

myślałam, że to minie. no wiecie, że dorosnę. że będę poważną osobą, z pracą, mężem, dziećmi, domem. że codzienna joga i bieganie, albo coś w tym stylu, pozwoli mi zapomnieć o chujowości tego świata. że sprzątając w mieszkaniu, posprzątam też w swojej głowie. że nie będę potrzebować jakichś fotoblogów do zwierzania się ze swojego życia, bo to właśnie ich brak będzie zdrowy. będzie zdrowym rozsądkiem w świecie choroby.

ja nigdy nie wykluczałam normalnego życia, nie negowałam go. wręcz przeciwnie, bardzo go chciałam. nigdy po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że całe to moje pisanie nie było po prostu wylewaniem żali do internetu. było moją terapią. było dla mnie układaniem chaosu w głowie. było walką z nieprzerwaną samotnością. nie fizyczną. z samotnością, z którą każdy na tym świecie musi się cały czas zmierzać, bo każdy w gruncie rzeczy ciągle jest sam. ja nie potrafiłam sobie z tym nigdy poradzić w żaden inny sposób. nie potrafiłam się "wygadać". nie potrafiłam mieć super psiapsi, ani nic w tym stylu, którym wypłakiwałabym się w rękaw. nie potrafiłam się po ludzku najebać i zapomnieć o wszystkim innym. nie potrafiłam się z tym przespać, ani tego przemęczyć, ani wybiegać, ani wyjechać od tego gdzieś daleko. jedyne, co potrafiłam, to o tym pisać. czasami w fajny sposób, czasami w chujowy, ale to mi pomagało. to mi naprawdę pomagało. czy pisałam na wyszukanych portalach, blogach, czy tutaj, czy w wordzie, czy pisałam listy, czy swój własny, prywatny pamiętnik. potrafiłam się tego, chociaż częściowo, z siebie pozbyć, wylać tę gorycz palcami przez klawiaturę, czy raczej długopis. czasami myślę, że tylko to ratowało mnie przed całkowitym zwiariowaniem, przed jakąś chorobą psychiczną. to była moja własna, osobista terapia. jedyna, która pozwalała mi zapomnieć, jak skonstruowany jest ten świat.

czy w jakiś sposób wyrzucenie z siebie tych słów tutaj mi pomoże? nie wiem, nie sądzę. może w niewielkim stopniu. pomyślałam, że skoro powinnam założyć pamiętnik i przelewać tam swoje przemyślenia, to równie dobrze mogę zrobić to tutaj. może przeczyta to chociaż jedna osoba i chociaż w jednym niewielkim ułamku zrozumie, o co mi chodzi. bo chyba nawet ja sama nie wiem, o co mi chodzi.

chyba nie zawsze potrafiłam pisać dla siebie. ja wracałam przez te wszystkie lata do swoich dawnych wpisów po milion razy i to mi w pewien sposób pomagało, ale nie potrafiłam o niczym napisać, jeżeli to miał być mój jedyny cel. zawsze musiałam mieć tę świadomość, że może ktoś, jakoś, gdzieś. że może, jeżeli kiedyś coś mi się stanie, może wpadnę pod samochód, albo coś innego, że ktoś wróci do tych kilku słów i w ten właśnie sposób o mnie pomyśli. że ktoś wróci do moich słów, kiedy ja już nie będę mogła wrócić, kiedy ja już nie będę mogła sobie w żaden sposób pomóc.

 

 

pomóż sercu memu, gdy ciśnienie skoczy czasem

puść mi "rubber soul" beatlesów i bądź szczodra z basem

będę tobie grubym globem, ty mi bądź atlasem

wiosną bądź kukułką, bo wariuję robiąc lot nad gniazdem

 

Brak komentarzy

Najnowsze wpisy

Wpis atsuj

 

Wpis atsuj

 

Wpis atsuj

 

Wpis atsuj

 

Wpis atsuj

 

Wpis atsuj

 

Wpis atsuj

 

Wpis atsuj

 

Wszystkie wpisy